Pokazywanie postów oznaczonych etykietą anadolu pop. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą anadolu pop. Pokaż wszystkie posty

środa, 16 października 2024

Trzecia międzynarodówka

Trochę czasu musiało minąć, żebym przekonał się do Kit Sebastian. Doskonale pamiętam, że ich debiut zupełnie do mnie nie przemówił. Ale może to przez zapowiedzi i opisy, że to kolejny retro anatolijski zespół. A tureckości, takiej zauważalnej od pierwszego posłuchania, powierzchniowej, w ogóle tam nie było. Była za to ładna muzyka odwołująca się do lat 60. To jednak wtedy było za mało. A potem przyszła pandemia, ja miałem za dużo czasu na słuchanie muzyki i zrozumiałem, że Kit Sebastian to świetny zespół. 

To znaczy, oni mi pomogli to zrozumieć swoim drugim albumem, Melodi. Bardziej intrygującym niż debiut, wyraźniejszym i jaśniejszym. Bardziej, zgodnie z tytułem, melodyjnym. Chciało się po prostu do niego wracać. A może to ja po prostu w pandemii osłuchany we francuskich latach 60. byłem bardziej gotowy na to, co proponują Kit Martin i Merve Erdem. Na ich trzeci album francusko-tureckiego duetu już czekałem. 

A oni jeszcze mocniej weszli w wykreowany przez siebie vintage'owy świat. I mocno go poszerzyli - obok żywych, prawie bombastycznych aranży rodem spod ręki Jean-Claude'a Vanniera czy anatolijskiego popu, pojawia się tu i Ameryka Łacińska (przede wszystkim Brazylia), przedrewolucyjny Iran, ethiojazz, Azja Południowo-Wschodnia. Wszystko oczywiście przefiltrowane przez funk, stare filmy, library music, lounge, a jednocześnie nie tracące nic na zadziorności i przebojowości. 

Choć zdarza się wymieniać Kit Sebastian jednym tchem z Altın Gün czy Deryą Yıldırım & Grup Şimşek jako wskrzeszycieli anadolu pop na Zachodzie, to nie do końca prawda. Z jednej strony, w Bul Bul najbardizej zbliżają się do rozpędzonego funku Altın Gün, nawet Merve rezygnuje ze swojej egzaltowanej maniery na rzecz melodeklamacji. Z drugiej natomiast, Kit Sebastian ciążą w stronę exotiki, tej nieokreślonej tropikalności, ale zawsze retro. Bondopodobne filmy szpiegowskie, heist movies, może nawet gangsterskie obrazy z Bollywoodu. Bliżej im do YĪN YĪN czy The Bombay Royale, bezwstydnie skaczących po mapie. Czuję też pewne pokrewieństwo z naszym rodzimym składem Jantar, bo w podobny, brazylijski sposób myślą o piosenkach. 

Kit i Merve piosenki pisali w trasie, czerpią ze swojego emigranckiego doświadczenia. Ona ponad 10 lat temu porzuciła Turcję na rzecz studiów filmowych we Włoszech, a potem osiadła w Londynie. On większość swojego życia spędził podróżując między Brytanią a Francją. I to wszystko słychać, również w tekstach pisanych po turecku i angielsku. Sam jestem w podobnej sytuacji, zawieszony między dwoma miastami w dwóch różnych krajach i może dlatego bardziej to wszystko ze mną rezonuje i dlatego tak bardzo podoba mi się ten album.

wtorek, 11 kwietnia 2023

Prawdziwa miłość nie rdzewieje


A​ş​k
, czyli miłość. Holendersko-turecki zespół nie mógł wymyślić lepszego i trafniejszego tytułu dla swojego piątego albumu. Po dwupłytowym skręcie w stronę electro popu, wrócili do tego, co kochają najbardziej, czyli złotych lat tureckiego psychodelicznego rocka.

W Radiowym Centrum Kultury Ludowej piszę znów o moich ukochanych Altin Gun.


wtorek, 12 kwietnia 2022

Stambuł w Tel Awiwie


Izraelczycy w latach 60. oszaleli na punkcie muzyki greckiej i tureckiej. Zbiegło się to w czasie z elektryfikacją baglamy i bouzouki oraz z popularnością surf rocka, który idealnie nadawał się do połączenia z bliskowschodnią muzyką (co jest zresztą zasługą Dicka Dale'a, pochodzącego z Libanu pioniera gatunku). Zwrot w kierunku muzyki "orientalnej" był też częścią szerszego zwrotu w izraelskiej kulturze, do tej pory przesiąkniętej aszkenazyjską Europą Środkową. Muzyka grecko-turecka, scena mizrahim pozostaje tam popularna do dziś. A gdy w Europie mamy renesans anatolijskiego rocka - od Altın Gün po Kit Sebastian - zupełnie nie zaskakuje, że Izraelczycy też są częścią tego trendu. 

Po stanowczo zbyt długiej przerwie, wracam do pisania dla Soundrive. Na początek to, co lubię najbardziej, czyli turecki psych. 

wtorek, 3 sierpnia 2021

Baglama i syntezatory dla Ziemi

Dopiero, co o nich pisałem w GaMie i recenzowałem Yol w RCKL, a Altın Gün z zaskoczenia, kilka dni temu wydali drugi tegoroczny album. I to jeszcze podwójnie wyjątkowy.

Podwójnie – bo charytatywny i dostępny tylko na Bandcampie. Cały przychód ze sprzedazy zespół przeznacza na Earth Today, organizację, której celem jest ochrona połowy powierzchni planety do 2050 roku, cel niezwykle ambitny. Alem nie posłuchacie w streamingach, bo to wbrew pozorom nie jest najbardziej ekologiczny sposób słuchania muzyki (o czym można się przekonać, czytając Decomposed: Political Ecology of Music), powoduje przecież ogromne emisje dwutlenku węgla. Może jeszcze nie tyle, co kopanie bitcoinów, ale niebezpiecznie do tego poziomu się zbliża. Z tego samego powodu Alem istnieje tylko w formie cyfrowej.

Yol nagrali podczas pierwszych, zeszłorocznych lockdownów i wydaje się się, że Alem powstawał w podobnych okolicznościach. Może nawet częściowo równocześnie, bo za produkcję odpowiada ten sam skład – basista Jasper Verhulst i belgijski duet Asa Moto. Nawet jeśli powstawały w tym samym czasie, nie można powiedzieć, że to odrzuty, mniej udane fragmenty sesji, które mogłyby trafić najwyżej na strony b singli. A jeśli nagrali Alem później, to pierwszy przypadek w ich niedługiej historii, gdy na kolejnych albumach utrzymują ten sam brzmieniowy kierunek. Po kilku latach poszukiwań – od bardzo klasycznego anatolijskiego rocka przez funk po amalgamat disco, electropopu, przesterowanej baglamy i syntezatorów – dotarli do brzmienia, które im najbardziej odpowiada. Nie chodzi o to, że zmieniali się całkowicie; dokładali kolejne elementy układanki i teraz nie da się ich pomylić z nikim innym, a Alem tylko to potwierdza.

Choć to album siostrzany dla Yol, słychać, że tutaj dali sobie więcej swobody, miejsca na odrobinę szaleństwa i lenistwa. Bawią się atmosferą, wplatają nagrania terenowe – w końcu walczą o ochronę przyrody. To muzyka raczej do popijania raki przy zachodzie słońca, a nie dzikich tańców w środku nocy. Schowany na Yol saz wraca na pierwszy plan i momenty, kiedy współbrzmi razem gitarą i syntezatorami są na Alem najlepsze, jak w meandrującym, biegającym po ćwierćtonach, hipnotycznym Çarşambayı Sel Aldı czy instrumentalnym Özüne Özüm Kurban. Gdy odrobinę przyspieszają, pojawiają się gitarowe wywijasy niczym u Rüstəma Quliyeva i echa czasów, kiedy z Omarem Souleymanem grał tez sazista. To rzadkie momenty, częściej leniwie się snują, jak w przepełnionym reggae'owa pulsacją Kısasa Kısas, chyba jedynym w zestawie autorskim utworem. Poza nim sięgają, jak już przyzwyczaili do repertuaru Neşeta Erteşa, Seldy Bağcan czy Gülden Karaböcek i nadają im swojego charakterystycznego, kwaśnego sznytu.

Altın Gün wystrzeliwują kolejne płyty jak z karabinu maszynowego i jak na razie nie zaliczyli żadnej wtopy, jakby nie wiedzieli, jak się nagrywa słabe płyty. Miejmy nadzieję, że się nigdy nie dowiedzą, a takie świetne interpretacje anatolijskiego folku będą grali jak najdłużezj. A jak jeszcze robią to w szczytnym celu, to nie można temu nie przyklasnąć. Alem nie jest rewolucją na miarę Yol, ale to i tak jedna z najlepszych płyt roku.

piątek, 9 lipca 2021

Dziewczyny na płytach

Kornelia Binicwewicz, fot. Esra Ozdogan

W swoim życiu pisałem do różnych miejsc, wiele z nich już nie istnieje i nie pozostał po nich żaden ślad w internecie. Część z tych "zaginionych" tekstów co jakiś czas przypominam na blogu w niezmienionej formie. W bardzo opóźnionym drugim numerze GAMY znajdziecie mój spory tekst o nowej fali anatolijskiego rocka. To dobry moment, by przypomnieć mój wywiad z Kornelią Binicewicz z Ladies on Records ze starej Gazety Magnetofonowej. Rozmawialiśmy o roli kobiet w muzyce tureckiej.

Opowieść o Polce, która wyjechała do Turcji, by w ramach projektu Ladies on Records zajmować się muzyką potrójnie peryferyjną - bo zapomnianą, bo wykonywaną przez kobiety, bo z Bliskiego Wschodu.

Wyjechałaś trzy lata temu do Stambułu. Jak to wyglądało? Przyjechałaś nad Bosfor, stwierdziłaś, że jest super i już tam zostałaś?

W dużym uproszczeniu tak to wyglądało. Wcześniej zajmowałam się programowaniem festiwali, między innymi rakowskiego Festiwal Kultury Żydowskiej, wcześniej Festiwalu Muzyka i Świat. Od lat kolekcjonowałam płyty winylowe. W pewnym momencie zrozumiałam, że czas zmienić balans w moim życiu. Będąc kuratorem i producentem festiwali, moim głównym celem było uszczęśliwienie uczestników. Chciałam uszczęśliwić siebie. Dlatego zdecydowałam się wyjechać, skupić się na muzyce wykonywanej przez kobiety. Najpierw wyjechałam na miesiąc do Stambułu, by znaleźć jak najwięcej płyt z lat sześćdziesiątych, siedemdziesiątych. Ten miesiąc w Stambule był fantastyczny. Odkrywałam muzykę, o której nie śniłam. Spotykałam się z ludźmi, robiłam wywiady. Im dalej w las, tym więcej drzew. Po powrocie do Polski złożyłam wypowiedzenie, spakowałam swoje płyty i poleciałam do Stambułu, już na stałe. Oczywiście, był to bardzo ryzykowny krok, ale każda decyzja jest obarczona ryzykiem. Świetnie się czuję w Stambule, to najlepsza decyzja, jaką mogłam podjąć.

Dlaczego skupiłaś się na muzyce tureckiej?

Nie zajmuję się tylko muzyką turecką. Cały projekt Ladies on Records opiera się na eksploracji muzyki wokalistek z lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych z całego świata. Interesuje mnie przede wszystkim Bliski Wschód, basen Morza Śródziemnego, Europa Wschodnia, Środkowa. Projekt zakłada eksplorowanie muzyki poprzez digging, czyli szukanie płyt winylowych, odkrywanie historii i opowiadanie o nich, czyli docieranie do pierwotnego źródła, robienie mikstejpów, granie didżejsetów, pisanie. I co najważniejsze – wydawanie dawnej muzyki na nowo, czyli tworzenie kompilacji i reedycji nagrań z lat 60tych, 70tych i 80-tych.

Od wielu lat zbierałam płyty winylowe, eksplorowałam muzykę przede wszystkim z lat 60. i 70. Interesowałam się muzyką psychodeliczną z tego okresu. Turcja wynikła z poszukiwań i poczucia niedosytu. Stosunkowo dużo wiedziałam na temat muzyki z różnych krajów z lat 60. i 70. i o rożnych sytuacjach kulturowych. Przez fakt, że interesuję się przede wszystkim muzyką kobiecą i wykonywaną przez kobiety, zrozumiałam, że o Turcji wiem zdecydowanie za mało.

To, co mnie przyciągnęła do muzyki tureckiej, to to, jest na rozdrożu między Bliskim Wschodem a Europą. To daje fenomenalne wrażenie poczucia bliskości i odrębności zarazem, poznania i nierozumienia.

Kilkakrotnie wspomniałaś już, że muzyka z lat 60. i 70 to jest ten okres, który najbardziej cię fascynuje. Czy wynika to z tego, że to był okres radykalnej modernizacji społeczeństw pozaeuropejskich?

Między innymi. Jestem antropologiem kultury z wykształcenia i zamiłowania. W muzyce lat 60. i 70., wszędzie, gdziekolwiek pojedziesz i będziesz chciał odkrywać muzykę, doświadczysz jednego bardzo silnego nurtu – łączenia tradycji z nowinkami technologicznymi. Wszędzie na świecie muzycy czerpali inspiracje z muzyki amerykańskiej i brytyjskiej tamtego okresu. Te wpływy były przeniesione na lokalny grunt i interpretowane według lokalnych estetyk. Nurkując w muzyce i kulturze tego czasu możesz odkryć bardzo dużo na temat świata, w którym żyli ludzie, zmiksowanego z nowoczesnym pojęciem estetyki i muzyki. Tak się działo w Polsce, Indonezji, Afryce, Turcji, Libanie, Grecji, Izraelu, Brazylii czy Peru. Ten okres daje bardzo fajny wgląd w połączenia powstające dzięki poszukiwaniu inspiracji poza swoim własnym kręgiem kulturowym.

Jak to wygląda dzisiaj w Turcji? Jest sporo młodych artystów tureckich, którzy odwołują się do brzmień i estetyki tamtego okresu, jednak mam wrażenie, że interesują się nimi bardziej rynki zachodnie niż rodzimy.

Warto zaznaczyć jedną rzecz. Turcja nie zajmuje się swoją muzyką z tamtego okresu. Bardzo trudno jest znaleźć zespoły, które eksplorują tamten okres i starają się zrozumieć, co wtedy wydarzyło się w Turcji. Tak naprawdę nowe zespoły, które eksplorują brzmienia tureckie z lat 60tych czy 70tych w zasadzie nie są typowymi tureckimi zespołami. Tak jest w przypadku Deryi Yildirim i Grup Şimşek.

To, w jaki sposób Turcy interpretują swoją tradycją i jak się do niej odnoszą to temat na inną, fascynującą rozmowę. Derya Yildirim jest córką imigrantów, alewitów, którzy wyjechali z Turcji w latach 70. jako emigranci zarobkowi (gastarbeiter). Jej rodzice zamieszkali w Niemczech i zasymilowali się. Derya reprezentuje pokolenie ludzi, którzy tęsknią za światem swoich rodziców. Muzycy tureccy często nie podejmują się poszukiwań, bo nie ma tego przerwania, którego doświadczają dzieci imigrantów – są tak zanurzeni w swojej kulturze i tradycji, że nie uważają ich za interesujące. Grup Şimşek to zespół zbudowany z muzyków europejskich. W Turcji podobnych zespołów, które eksplorują psychodeliczną muzykę turecką prawie nie ma. Jedną z nielicznych artystek, które obecnie odwołują się do dziedzictwa lat 60. i 70. jest Gaye Su Akyol, która obecnie odnosi sukcesy.

Ona jest przykładem artystki skierowanej na rynki zachodnie.

W ojczyźnie jest znana od dłuższego czasu. Tymczasem została zauważona na Zachodzie i dzięki temu zainteresowali się nią Turcy. Często bywa tak, że akceptują muzykę turecką, po tym, jak ona przyjdzie do nich z zachodu. To jest przypadek...

Kapeli ze wsi Warszawa.

Faktycznie, widzisz, to kolejna rzecz, którą Turcy i Polacy mają wspólną. W podobnej sytuacji jest Selda Bağcan, kultowa obecnie artystka, która rozpoczęła swoją karierę w latach 70. Przez lata była niedoceniana przez młode pokolenie, aż Finders Keepers wydali ponownie jej płytę z 1976 i zaczęła być znowu słuchana w Turcji. Teraz jest wielką diwą. Widzisz, znowu Turcja przegląda się w Zachodzie.

Jaki był status kobiet w tureckiej muzyce w latach, którymi się zajmujesz?

Przede wszystkim, nie taki, jak można było się tego spodziewać, obserwując to zjawisko po latach z Polski. Muzyka turecka w latach 70. to potężny rynek, bo Turcja to bardzo duży kraj z ogromnym zapotrzebowaniem na muzykę. Około 70% katalogów większości tureckich wytwórni to nagrania wokalistek, a o muzyce tureckiej na Zachodzie mówi się przede wszystkim w związku z artystami płci męskiej – Bariş Manco, Erkin Koray, Cem Karaca.

Kobiety najczęściej występowały w muzyce pop. Paradoksalnie, choć kobiet w muzyce było tak wiele, zostanie artystką wcale nie było takie proste. Wszystko zależało od klasy społecznej, z jakiej się pochodziło. Dziewczynom z rodzin burżuazyjnych, wielkomiejskich, bogatych było łatwiej. Jednak, to kolejny turecki paradoks, ich kariery, mimo że pochodziły z zeuropeizowanych, zlaicyzowanych rodzin, kończyły się w momencie zamążpójścia. Mąż i rodzina po prostu nie wyobrażali sobie jej kontynuacji.

Dużo trudniej było w środowiskach bardziej tradycyjnych i religijnych. Przez wieki muzułmanki miały zakaz występów publicznych. Do lat 40. XX wieku piosenkarkami w Turcji były wyłącznie niemuzułmanki – żydówki, Ormianki, Greczynki, Rosjanki. Sytuacja zmieniła się wraz z powstaniem Republiki Tureckiej Atatürka, ale takich rzeczy nie da się łatwo zapomnieć. Bardzo często dziewczyny uciekały z domu, były wyklinane przez rodziny. Dużo zależało też od regionu pochodzenia i wyznawanego odłamu islamu. Jeśli dziewczyna pochodziła z rejonu Morza Czarnego, gdzie mieszka ludność bardzo konserwatywna, stanie się piosenkarką było prawie niemożliwe. Inaczej w przypadku alewitów, odłamu bliskiemu sufizmowi, bardziej liberalnemu – kobiety mogły występować razem z mężczyznami i odgrywały ważną rolę w muzyce ludowej. To bardzo złożona sytuacja.

Na dodatek pozycja artystek nie była bardzo silna. Często funkcjonowały jako ozdoby, ornament orkiestry. Bardzo rzadko pisały teksty, nie grały na instrumentach, nie miały zbyt kreatywnej roli. To dopiero widać, jak się wchodzi głębiej w temat. To mężczyźni pisali teksty o tym, jak to kobietom jest źle. Oczywiście były wyjątki od tej reguły – wspomniana Selda Bağcan, Sezan Aksu, Hümeyra, Ajda Pekkan, Neşe Alkan.

Na jakiej podstawie wybierałaś kobiety do „Turkish Ladies”?

Zajmowałam się Ladies on Records przez trzy lata, pracowałam z różnymi starymi wytwórniami muzycznymi, aż w końcu Sony Music Turkey w zeszłym roku zaproponowało mi stworzenie kompilacji. Oczywiście od razu wiedziałam, że musi to być kompilacja o tureckich piosenkarkach. Wiedziałam, że taka okazja może zdarzyć się tylko raz, dlatego postanowiłam opowiedzieć o bardzo szerokim spektrum artystek. Pokazać, w jaki sposób one funkcjonowały, odpowiedzieć na pytania, które stawiasz w tym wywiadzie. Wybierając utwory, kierowałam się przede wszystkim ich jakością, ale żeby też coś reprezentowały. Chciałam pokazać scenę pop, ale też muzykę psychodeliczną, scenę folkową, scenę arabesk, podkreślić związki piosenkarek z kinem. Innym aspektem było przedstawienie spektrum etnicznego i religijnego artystek.

W efekcie powstała płyta, która pokazuje szerokie grono wokalistek. Mamy tam reprezentantkę Afroturków, Esmeray. Świetna piosenkarka, jedna z moich ukochanych. Jej rodzina wywodzi się z Maroka. Ten świat kulturowy jest zapomniany, mimo że Afroturcy do dziś żyją w Turcji. Są jednak prawie niewidzialni, nie mówi się o ich pochodzeniu. Są wokalistki, które na co dzień były aktorkami lub podkładały głosy w dubbingu. Są alewitki, które bardzo odważnie opowiadają o rzeczywistości. Są artystki związane ze sceną psychodeliczną, z anadolu rock. Nie mogłam nie powiedzieć o gazino, czyli typowo tureckich lokalach, w których prezentowana była najbardziej aktualna muzyka turecka.

To musiało być bardzo trudne zadania, z tego całego ogromu piosenek i wielu piosenkarek wybrać kilkanaście.

Poprzez Sony Music Turkey pracowałam z kilkoma wytwórniami. Dlatego nie wybierałam utworów z całego katalogu muzyki tureckiej. Gdybym mogła wybrać ze wszystkiego, część utworów byłaby na pewno inna. Ale przy okazji mikstejpów mam całkowitą wolność, nie mam przy wyborze piosenek żadnych ograniczeń.

Na szczęście, przy tej kompilacji, miałam dostęp do trzech bardzo ważnych tureckich wytwórni, które zajmowały różne segmenty rynku.

Jakie środowiska prezentowały te wytwórnie?

One wszystkie do dziś istnieją, jak sobie radzą, to inna historia. Elenor był najprężniejszą firmą fonograficzną wydającą dużo popu i muzyki psychodelicznej. Byli zawsze na topie, sprzedawali płyty w ogromnych nakładach. Byli też mocno związani ze sceną filmową i yeşilçam, tureckim hollywoodem. Cokolwiek działo się w kinie tureckim, producenci z Elenor natychmiast to wyłapywali i wydawali u siebie. Kreowali gusta muzyczne. Tam nagrywali genialni artyści popowi, ale przecież turecki pop mocno flirtował z muzyką psychodeliczną.

Türküola wydawała przede wszystkim psychodelıcznym pop-rock i arabesk, czyli muzykę wywodzącą się z połączenia muzyki tureckiej z egipską. Charakteryzuje się mocną obecnością smyczków i tradycyjnych instrumentów. Arabesk to muzyka najbardziej związana z klasą robotniczą. Artyści opowiadali o trudach życia, nieszczęściu w miłości, życiu, pracy.

A Şahplak wydawał głównie lewicowe rzeczy. W latach 70. scena muzyczna była bardzo polityczna, albo się było po prawej, albo po lewej stronie. W zasadzie wszystko było polityczne. Şahplak zajmowała się też sceną folkową, wydawali dużo muzyki tradycyjnej oraz dużo muzyki alewitów.

Miałam szczęście, że mogłam pracować z tymi trzema firmami. Nie chciałam się też skupiać na artystkach, które są już znane. Podświadomie złożyłam tę kompilację tak, że odtwarza moją podróż. Nie każdy może zrobić taki krok, który ja zrobiłam - rzucić pracę, pojechać do obcego kraju i grzebać w starych płytach. Ludzie, którzy są głodni tej muzyki, chcą ją poznawać, więc postanowiłam jak najbardziej podzielić się tym, czego doświadczyłam.

Na ile to jest muzyka stambulska?

To jest dobre pytanie. Stambuł był i jest nadal najważniejszym ośrodkiem w Turcji, jeśli chodzi o muzykę nagrywaną. W Stambule była cała scena filmowa, najlepsze gazino, najlepsze koncerty. W Stambule ludzie poznawali najnowsze mody. Stambuł jest polifonicznym miejsce i jeśli można mówić o Turcji w kontekście kosmopolityzmu, to tak, Stambuł jest kosmopolityczny. Wszyscy się spotykali i działali razem, mimo wielu różnic.

Arabesk to jest muzyka miasta, bo opowiada o ludziach, którzy wyjechali z małych wsi do wielkich miast i tam próbują ułożyć sobie życie. Muzyka pop to muzyka bardziej burżuazyjna, więc też miejska. Ciekawostką jest, że w muzyce tureckiej w latach 60. i 70. dużą rolą odgrywały rodzime aranżacje zachodnich hitów. Zmieniano teksty na tureckie. Ta muzyka była bardzo popularna wśród burżuazji, która chciała być bardziej europejska.

Czujesz, że poznałaś muzykę turecką na tyle dobrze, żeby pojechać w inne miejsce i je eksplorować?

Jestem w Stambule trzy lata i nadal mam głód tej muzyki, ale jedno nie wyklucza drugiego. Mam nadzieję, że niedługo będę eksplorować muzykę kobiecą z innych rejonów. Czuję, że dużo zrozumiałam. Jak porównam siebie sprzed trzech lat i co wtedy myślałam o muzyce tureckiej, a co teraz wiem, to to jest totalnie inna perspektywa. Wiele rzeczy, które wtedy wydawały mi się nieistotne, jest niezwykle ważnych. To niekończąca się historia, ale nie można dać się zwariować.

Co cię najbardziej zaskoczyło w Turcji? Która z tych drobnych rzeczy, okazało się ważnych?

Najbardziej dla mnie zaskakujące dla mnie było to, jak Turcja jest bardzo zamknięta na inność. Miałam obraz Turcji jako kraju bardzo kosmopolitycznego, bardzo multikulturowego. W rzeczywistości tak jest, ale ideologia nacjonalistyczna jest bardzo monofoniczna. To było dla mnie dość dużym rozczarowaniem... Nie, nie rozczarowaniem, to mnie po prostu bardzo zszokowało. Musiałam sobie wszystko poukładać. Jest bardzo dużo rzeczy zamiecionych pod dywan, o wielu rzeczach się nie rozmawia. Najważniejsze jest bycie Turkiem. Nauczyłam się, że muszę inaczej zadawać pytania, że muszę rozmawiać o tej inności w inny sposób. Jeśli zapytasz kogoś w Turcji, czy gra greckie rzeczy, to usłyszysz, że nie ma zadanych takich wpływów. A to nieprawda, rebetiko było grane przede wszystkim w Smyrnie, dzisiejszym Izmirze. Trzeba śledzić, jak te greckie wpływy został sturczone.

Wiesz, o co muszę cię zapytać na koniec.

Zamierzam nadal pracować z muzyką turecką – jest jeszcze wiele do zrobienia i wiele płyt do wydania. Poza tym planuję eksplorować muzykę kobiet z innych krajów i kręgów kulturowych. Lata 60., 70., 80. są fantastyczną źródłem muzyki. Planuję pracować nad kobiecą muzyką, która jest mi bliska, również pod względem geograficznym i kulturowym. Trzymajcie kciuki.

Gazeta Magnetofonowa 4/2018


wtorek, 29 czerwca 2021

Anatolijscy psychonauci

Bardzo podoba mi się, że moje dwa ulubione zespoły zajmujące się unowocześnianiem, odświeżaniem anatolijskiego rocka, wydają swoje albumy w tych samych latach. Tak było w 2019 roku, kiedy Altın Gün oraz Derya Yıldırım & Grup Şimşek wydali odpowiednio „Gece” i „Kar yağar” (o obu zresztą pisaliśmy). Tak jest i w tym. Dzięki temu jeszcze wyraźniej widać, jak z bardzo podobnego materiału wyjściowego można tworzyć skrajnie różną muzyką, jak bogate jest dziedzictwo muzyki anatolijskiej. Świadczy o tym też fakt, że jeszcze nie zdarzyło się, by oba zespoły grały te same klasyki.

W Radiowym Centrum Kultury Ludowej piszę o "Dost 1", powłóczystej i kolorowej wycieczce do Anatolii.

poniedziałek, 21 czerwca 2021

Naddunajskie tropiki


Gdybym teraz zakładał zespół, to brzmiałby właśnie tak jak oni.

Takeshi’s Cashew wpisują się w coraz popularniejszy nurt, który nazywam na swój użytek tropikalną psychodelią. Duże zasługi w jego popularyzacji mają labele wygrzebujące perły muzyki perskiej, latynoskiej, arabskiej, indyjskiej, indyjskiej, zachodnioafrykańskiej, etiopskiej, południowowschodnioazjatyckiej. Słowem, muzyki niezachodniej sprzed dekad. Nagle okazało się, że muzycy z tych regionów nie odstawali, że doskonale byli zorientowani w najnowszych trendach, kochali nowinki techniczne, wplatali swoją tradycję w (ówczesną) współczesność. Że równie, a może nawet bardziej, inspirujące są płyty z Dżibuti i z Nowego Jorku. Nic dziwnego, że zespołów wkraczających na ścieżkę globalnej, tropikalnej psychodelii jest coraz więcej, szukanie wzorów w innych kulturach muzycznych bardzo poszerza możliwości. Mało kto jednak robi to z takim przytupem i rozmachem, jak wiedeńczycy.

W ich muzyce jest bowiem (prawie) wszystko. Jazzowe solówki fletu, kwaśne syntezatory niczym z ostatniej płyty Altin Gun czy debiutu Mauskovic Dance Band, surfowe gitary jak u Los Bitchos, wycieczki w stronę muzyki kambodżańskiej w stylu Yin Yin. Sięgają po cumbię, afrobeat, araboidalne melizmaty. Blisko im do tego kulturowego miszmaszu, który jest znakiem rozpoznawczym muzyki wydawanej przez Bongo Joe czy Catapulte Records. I aż dziw, że debiut wiedeńczyków nie ukazał się w żadnej z tych dwóch oficyn, tylko w kolońskiej Laut und Luise.

Humans in the Pool to niby tylko siedem utworów. Każdy z nich jest wielowątkowy, odważnie łączący różne wpływy - cumbia płynnie przechodzi w afrobeat a on w rytmy wywiedzione z gnawy. W Sarajevie krajobraz rozciąga się od Bałkanów przez Bliski Wschód po Tajlandię. Swoboda, z jaką przemierzają cały świat na przestrzeni kilku minut jest naprawdę imponująca, nie ma tu żadnych mielizn. Buja ten album niemiłosiernie, a jeszcze do tego dorzucają wściekły funk w Han Shot First, co mnie, jako fana Gwiezdnych Wojen od maleńkości, cieszy podwójnie.

Zwykła-niezwykła to płyta. Idealna na to lato, które znów jest zapowiadane jako rekordowe. Gorąca, zmierzwiona, rozedrgana jak fatamorgana.

środa, 24 marca 2021

Na obrzeżach x Radio Kapitał 24 III 2021

Poszukaliśmy folkowych źródeł psychodelicznych hitów i ich współczesnych interpretacji. Posłuchaliśmy tych, którzy wpłynęli na muzykę Altin Gun, Deryi Yildirim, ale też Seldy Bagcan czy Gulden Karabocek. Do tego krótka wycieczki do Tajlandii i Kolumbii, bez opuszczania Warszawy.

1. Magneto - Pama Rum Kwan (Requiem pour Satana)
2. PM Pocket Music - Pama Rum Kwan (Pama Rum Kwan)
3. Altın Gün - Kara Toprak (Yol)
4. Âşık Veysel - Kara Toprak (Âşık Veysel Arşiv 1)
5. Aşık Mahzuni Şerif - Nem Kaldı (Erim Erim Eriyesin)
6. Gülden Karaböcek - Nem Kaldı (Nem Kaldı)
7. Derya Yıldırım & Grup Şimşek - Nem Kaldı (Nem Kaldı)
8. Şatellites - Deli Deli (Big Baglama)
9. Şakir Öner Günhan - Deli Deli (Deli Deli)
10. Derya Yıldırım & Grup Şimşek - Deniz Dalgasız Olmaz (Deniz Dalgasız Olmaz)
11. Monsterra - Cumbia Monsterra (Peligro)

wtorek, 18 kwietnia 2017

Derya Yildirim & Grup Şimşek - "Nem Kaldı"


Derya Yildirim i towarzysząca jej międzynarodowa Grup Şimşek swoją debiutancką czwórkę dzielą na pół - dwa utwory to reinterpretacje tureckich klasyków, dwa to ich autorskie kompozycje nawiązujące do złotego okresu tureckiej psychodelii (jest też polski akcent).

Muzyka na Nem Kaldı to typowa wycieczka w przeszłość, do lat 60. i 70. Grup Şimşek złożona z muzyków z całej Europy to wybitni reinterpretatorzy i psychonauci. Dzięki temu EPka pełna jest haszyszowego dymu, kwaśnego, kolorowego anatolijskiego rocka (co zupełnie nie dziwi, biorąc pod uwagę fakt, że grali wcześniej w Orchestre du Montplaisant, w którym eksplorowali psychodeliczne tradycje ze wszystkich zakątków globu). Klawisze świdrują, bas leniwie pulsuje, gitary skrzą się kolorami tęczy. Nic więcej nie trzeba.

No dobrze, trzeba. Gdyby nie Derya, byłaby to kolejna udana próba wskrzeszenia przeszłości. Natomiast głos Yildirim, mieszkającej w Hamburgu grającej na sazie (długoszyjkowej lutni, popularnym instrumencie w Anatolii i na Kaukazie - gra na niej też Asiq Nargile) robi różnicę. gdy trzeba aż do przesady melodramatyczny, innym razem kuszący, głęboki i łamiący się. A jednocześnie nie przesłania muzyki. Może wynika to z tego, że nie tylko śpiewa, ale i gra.

A ten polski akcent? W ostatnim utworze, Davet Derya śpiewa tekst Nazima Hikmeta, ojca współczesnej tureckiej poezji, który miał polskie korzenie, przez jakiś czas mieszkał nad Wisłą. Jego przodkiem był Mehmet Dżelaledin Pasza, czyli Konstanty Borzęcki. O ich zagmatwanych losach fascynująco pisze Witold Szabłowski w Zabójcy z miasta moreli, którego przy tej okazji bardzo polecam. Szczególnie w świetle ostatnich wydarzeń w Turcji.