Pokazywanie postów oznaczonych etykietą funk. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą funk. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 2 lipca 2023

Anatolijski groove z Małopolski

Aż chce się napisać "Polacy nie gęsi i swój turecki revivalowy zespół mają". I to jaki.

MLDVA pierwotnie byli duetem didżejskim Tomasza Jureckiego i Grzegorza Dąbka, którzy wyspecjalizowali się w graniu setów z muzyką grecką i turecką. Z tej fascynacji przyszła potrzeba założenia zespołu, już nie tylko selekcjonowania, ale też grania klasyków. Do Jureckiego i Dąbka dołączyli grający na Rhodesie Wojciech Długosz, perkusista Szymon Piotrowski oraz - a może przede wszystkim - dwóch Turków - gitarzystę/baglamistę Çınara Timura i wokalistę Ulaşa Çıbuka. Więcej o samej historii MLDVA pisałem w drugim (i ostatnim) numerze Nowej Magnetofonowej prawie dwa i pół roku temu. Już wtedy mieli nagrany materiał, jednak musiał odczekać cały ten czas, aż w końcu ukazał się w londyńskiej oficynie Shapes of Rhythm, która wyjątkowo upodobała sobie Polaków - wydali i dwie pierwsze płyty Gaijin Bues, i Sneaky Jesus. 

MLDVA, podobnie jak Altın Gün postawili (przynajmniej na razie) na granie ludowych i rockowych klasyków. Podchodzą do nich jednak z zupełnie innej strony. Holendrzy - z krótką przerwą na Yol i Alem - starają się dość wiernie trzymać psychfolkowej estety lat 60. i 70., dodając trochę więcej funkowego groove'u. Derya Yıldırım & Grup Şimşek z kolei grają bardzo rozwlekle, hipisowsko. MLDVA wchodzi bez trzymanki w rozbujany funk, mocny groove i pełne, okrągłe brzmienie prosto z boombapowego Nowego Jorku i gfunkowego Los Angeles. Co nie może dziwić, w końcu wychowali się na rapowych klasykach.

Mnóstwo jest w tej muzyce luzu, jeszcze więcej tańca, wychodzi to ich klubowe doświadczenie. Doskonale wiedzą, do czego nóżka sama chodzi. Do tego to potężne brzmienie, tłuściutkie, ociekające basem, ale perfekcyjnie selektywne, lekkostrawne. Chyba najlepiej słychać to w Adımız Miskindir Bizim. Bas, którego nie powstydziłby się Funkadelic George'a Clintona, lekko nerwowy, prowadzi cały utwór. Nad nim króluje Ulaş wchodzący w tradycyjnie brzmiące melizmaty oraz wykręcający wirtuozerską (ale nie przegadaną) solówkę Długosz. Inny zdecydowany faworyt to nagrany na setkę w krakowskim Chederze Ölüm Allah'ın Emri z repertuaru Barışa Manço. Jest w nim i space rock, i stoner, potężny bas, obezwładniające bębny, kwaśne syntezatory. I jak to wszystko wspaniale razem jedzie.

W instrumentalnym medleyu Zülüf Dökülmüş Yüze / Kozan Dağı najbrzdiej błyszczy Timur, który pokazuje pełnię możliwości mikrotonalnej gitary (i robi to dużo lepiej niż King Gizzard). Pięknie gra unisono z Długoszem i Çibukiem w Sarı Çizmeli Mehmet Ağa. Drugi instrumentalny utwór Bir Adım Öte to idealny plażowy letniaczek. Do słuchania na stambulskim wybrzeżu Morza Czarnego przy zachodzącym słońcu. W nim MLDVA pozwala sobie na najwięcej solówkowej swobody.

Swoboda w podejściu do wykonywania klasyków sprawia, że debiut krakowiaków jest tak dobry. Grają po swojemu, ale z szacunkiem. Nie unowocześniają klasyki na siłę, nie rekonstruują jej, po prostu bawią się tymi piosenkami. Nadają im nowych kolorów, patrzą na nie z innej perspektywy. Oryginalność podejścia nie jest wymuszona, przychodzi im naturalnie. I to po prostu słychać.

piątek, 14 października 2022

Pełen chill

Nie zazdroszczę Vieux Farce Touremu. Podobnie jak synom Lennona. Żyją w cieniu ojców i chyba nigdy z niego nie wyjdą. Nie ma bardziej znanego malijskiego, może nawet po prostu afrykańskiego gitarzysty niż Ali Farka Toure. Z taką legendą nie można się mierzyć. Można próbować się przeciw niej buntować, można z nią nie walczyć, kontynuując rodzinne dzieło i dziedzictwo. 

Tę ostatnią taktykę przyjmują na przykład synowie Feli Kutiego, jak ojciec grający żarliwy afrobeat. Synowie Boba Marleya są solidnymi wykonawcami reggae. Rodzinną ścieżką kontynuuje Vieux Farka. Śpiewa, pisze piosenki, gra na gitarze. Snuje te sahelskie opowieści w ojcowskim duchu. Z Khruangbin robi coś innego niż zwykle, a jednak mocno wpisującego się w dotychczasową drogę. Teksańczycy zafascynowanie Alim Farką, zaproponowali synowi wspólne granie utworów ojca.

Zgodził się, może nie czuje się tym dziedzictwem tak przytłoczony jak Julian Lennon, z którym niedawno rozmawiał Jarek Szubrycht. Może chce, by to dziedzictwo nie tylko przetrwało, ale też zataczało jak najszersze kręgi. Ali Farka nie przepadał ani za światem zachodnim, ani za sukcesem, który przyszedł w latach 90. Nie lubił jeździć w trasy, wielokrotnie zastanawiał się nad rzuceniem kariery muzyka. Ciągnęło go do siebie, do rodzinnego Niafunke, którego pod koniec życia stał się burmistrzem i które niechętnie opuszczał. Vieux Farka jest tu ojcowskim przeciwieństwem - ciągle w trasie, ciągle wymyśla kolejne projekty, angażuje się w rozmaite współpracę. Wierny jednak pustynnym językowi muzyki, ale nie obawia się wpuszczania nowości w ten świat.

Taki jest Ali. Vieux Farka i Khruangbin ani są niewolniczo przywiązani do oryginalnych kompozycji, ani ich nie dekonstruują. Raczej ubarwiają leniwym, rozmytym brzmieniem, gitarową mgiełką. Wszystko jest tu okrągłe, słoneczne. Nawet głos Tourego brzmi jakby dobywał się zza chmurki. To chyba wpływ Khruangbin, których muzyka jest właśnie wycofana i nieinwazyjna, na granicy windowego muzaka. Trochę przez zmiękczają przesłanie często zaangażowanych piosenek Alego Farki. Większy nacisk kładą na samą ich strukturę, dodają do niej sporo funku, a sobie pozwalają na swobodę, słychać, że to efekt improwizowanych, jamowych sesji.

Wszechobecny pogłos, nałożony chyba na każdy instrument, schowanie wokali w miksie, w wyciągnięcie w nim na pierwszy plan basy kojarzą się z dubem i jego kleistością. To muzyka, która podkreśla letnie upały. Jest kolorowa, ale to kolory wyblakłe na słońcu, delikatnie funkująca, buja i kołysze. Nie ma tu ani grama pośpiechu, pełen chill. 

Dobrali się idealnie. Khruangbin brakowało od dawna wyrazistości, Vieux Farce rozpoznawalnego partnera, który doda czegoś nowego. Wykorzystali nawzajem swoje atuty, Khruangbin przemyca tajski groove, to ładne brzmienie, Vieux Farka dodaje swoją gitarową wirtuozerię. I tak to się kręci. Nic wielkiego, ale czasem nie potrzeba niczego więcej. A ojciec? Byłby z niego dumny.


środa, 16 września 2020

Prawdziwy heros



Marokański żyd mieszkający w Jerozolimie w szczycie izraelskiego szału na grecką muzykę nauczył się śpiewać po grecku i nagrał płytę odwołującą się bardziej do brzmień basenu Morza Egejskiego i Anatolii niż rodzinnego kraju, a potem zniknął w pomroce dziejów. Każde słowo w tym zdaniu jest prawdą. 

W tej historii najbardziej mnie zaskoczył rozmiar tego szału na grecką muzykę w Izraelu. Że warto było się nauczyć greki i nagrać płytę z tsifteteli i innymi greckimi tańcami. Yakov Ben Hammo, znany bardziej jako Koko był perkusistą i wokalistą. Nie wiem, kiedy się urodził, ani gdzie. Przybył do Izraela czy już się w nim urodził? Stawiam na to pierwsze, bo na okładce swojego debiutu z 1977 roku przypomnianego przez Fortuna Records wygląda na dojrzałego faceta. Spogląda z niej prawdziwy twardziel, choć w dzwonach i kolorowej koszuli oraz obowiązkowym zarostem na klacie i wielkim wisiorem w kształcie gwiazdy Dawida. A może Koko wygląda bardziej jak amant-twardziel, bliskowschodni odpowiedni Seana Connery’ego, tylko występujący w filmach kasy B.

Klasy B nie jest z pewnością muzyka, którą grał. Może sprawdziłaby się w takich produkcjach, ale jest fantastyczna. Koko nie bawi się w kokieterię, od pierwszych dźwięków zaprasza na psychodeliczną, taneczną imprezę gdzieś na Krecie, a może szemranych przedmieściach Aten i Salonik. Nie jest to rebetiko, ono w tamtych czasach było już skansenem, ale słychać podobieństwa. Muzyka Koko jest równie mocno zanurzona w Anatolii i Bliskim Wschodzie, tym ogólniejszym. Organy ślizgają się po ćwierćtonach, brzmienie gitary bardzo przypomina Omara Khorshida, tego egipskiego geniusza. Koko gra na bardzo skromnym zestawie perkusyjnym, chyba nie ma w nim stopy, tylko tomy, werbel i bębny kielichowe. Bas chodzi jak zaklęty, co jakiś czas odezwie się klarnet. I to już właściwie wszystkie instrumenty odpowiedzialne za tę tawernianą orgię dźwięków. 

To nie jest muzyka ludowa, ale nie jest do rock’n’roll. Koko podąża za trendami z tamtych lat - ma być lokalnie i globalnie. Obie formy - grecko-arabsko-turecka i amerykańska - spotykają się w połowie drogi. Buja ta muzyka trochę funkowo, trochę egejskimi rytmami. Jasne, takie połączenie sprawdza się prawie zawsze, trudno je zepsuć, ale u Koko brzmi to wyjątkowo dobrze. Do tego wszystkiego trzeba dołożyć głos naszego bohatera. Głęboki i przejmujący. Jakby wraz z nauką greckiego, wziął sobie do serca mitycznych herosów, którzy robią wszystko z godnym bogów rozmachem. On też. Gdy (jak podejrzewam) przeżywa nieszczęśliwą miłość w Katogiri, to cierpi bardziej niż cały zastęp Romeów. Jego głos mógłby poruszyć skały, może dlatego stoi obok miniatury twierdzy. Gdy bawi się, to jest cesarzem imprez, na których ouzo i raki leją się strumieniami. 

Yakov nie doczekał tej reedycji, nie będzie triumfalnego powrotu na scenę na tę jedną, ostatnia trasę. Zmarł w 2018 roku, gdy Fortuna Records przekonali go w końcu do swojego pomysłu na wznowienie jego debiutu. Dzień przed planowanym podpisaniem umowy dostał ataku serca.


piątek, 22 listopada 2013

24 godziny

W 24 godziny można dojechać pociągiem do Konstancy, przejść 96 kilometrów, przesłuchać 35 płyt, dojechać z Warszawy do Barcelony samochodem. Można też obejrzeć raz teledysk (?) do nowego singla Pharrela Williamsa. I posłuchać "Happy" 360 razy. O tu.

piątek, 7 czerwca 2013

5x7": czerwiec

Miało być  co miesiąc, trochę się spóźniłem, dlatego w czerwcu będą dwa odcinki 5x.

Boy Friend - "Love Dropper / D'Arrest"
Odprysk dreampopowego, teksaskiego Sleep ∞ Over okazał się być dużo bardziej interesujacy. Ten singel to łącznik między debiutancką, kasetową EPką ("D'Arrest") a długogrającym albumem ("Lovedropper"). Jest tu wszystko, czego można się spodziewać po dreampopie. Rozmyte wokale, plamy dźwięków, atmosfera niczym z marzeń sennych, Crista Palazzolo i Sarah Brown dodają do tego zabójcze melodie i palące słońce. Obie piosenki zostały trochę inaczej zmiksowane niż na swoich pierwotnych wydaniach.


Mdou Moctar / Brainstorm - "Anar/Vanessa"
Marzenie każdego szanującego się hipstera (dlatego mam tę siódemkę). Nieznany portlandzki zespół Brainstorm coveruje nigryjski hit autorstwa Mdou Moctara, tuareskiego gitarzysty, który nie boi się używać automatu perkusyjnego ani nadużywać auto-tune'a. Jego piosenka jest tak zła, że aż dobra. Amerykanie podchodzą do "Anar" dość zachowawczo, ale oni z kolei nie boją się zmienić tej surowej kompozycji w potencjalny hit. I na szczęście dają mniej autotune'a.




Koudede - Guitars from Agadez vol. 6
Koudede, legenda wśród tuareskich gitarzystów, nie doczekał się wydania tego singla. W dniu, kiedy Sublime Frequencies zaakceptowali próbne tłoczenie, Koudede zginął w wypadku samochodowym, wracając z koncertu do swojego rodzinnego Agadezu. Dwa utwory zarejestrowane w styczniu w stolicy Mali, Bamako to tuareski rock w najlepszym wydaniu. Nieokiełznany, dziki, nieidący na żadne kompromisy, psychodeliczny. W "Hat-iman-in" nie biorą jeńców (że pozwolę sobie na takie sformułowanie) swoimi jazgotliwymi gitarami, natomiast "Nelil-igorasan" to chwila wytchnienia.

Muzyka końca lata - "Nie ukryjesz się przede mną / Shake Banana (Bangeliz Eurodance Remix)"
Jeden z moich ulubionych zespołów porwał się na soczysty, peerelowski funk. Oryginał wykonywała Halina Frąckowiak z Grupą ABC. Wersja MKL buja równie mocno, choć dęciaki i klawisze w ich aranżu pojawiają się daleko w tle, ustępując miejsca fantastycznej linii basu i gitarom. Aż chce się tańczyć po prostu. Druga strona tego singla to dyskotekowy remiks Błażeja Króla najabsurdalniejszej piosenki MKL, do której tańczy się jeszcze lepiej.

Adesose Wallace / Simo Lagnawi - Africa
Split wydany przez Ghetto Lounge, małą londyńską wytwórnię zajmującą się, jak można się domyślić, muzyką afrykańską. Adesose Wallace zabiera się za poważne zadanie, gra piosenkę Feli (który to już cover dziś?), wychodzi mu to całkiem zgrabnie, ale brakuje ognia. Ciekawiej prezentuje się druga strona, na której rządzi Simo Lagnawi, grający gnawę na guimbri (basowej lutni). Silnie osadzoną w szamańskiej tradycji, w której łatwo się zatopić.



sobota, 26 stycznia 2013

2012: miejsca 15-11

15. Circle Takes the Square - "Decompositions vol.1"
Circle Takes the Square są Gun n' Roses screamo. Przerwa między albumami nie była może tak długa, ale w ciągu tych ośmiu lat niejednokrotnie pojawiały się informacje, że już, zaraz. W końcu dwa lata temu wypuścili EPkę, którą teraz uzupełnili o kolejne pięć utworów i wypuścili jako pierwszą część większej całości, jaka ma być "Decompositions". Nie jest to dzieło na miarę "As the Roots Undo", ale płytę życia nagrywa się tylko raz. Chyba że nazywasz się Neil Young. Niemniej CTTS przez te lata nie wypadli z formy. Karkołomne partie gitar nakładają się na połamane rytmy perkusji potępieńczy krzyk przechodzi w deklamację, czy po prostu czysty śpiew. Teksty znów ocierają się o filozofię. Czyli po prostu stare, dobre Circle Take the Square. Prawie, bo ciekawy, folkowy kierunek wyznacza "North Star, Inverted".


14. Lee Fields - "Faithful Man" (recenzja)

W roku 2011 największym kozakiem był Charles Bradley, w ubiegłym jego kolega, Lee Fields.  Z oboma gra prawie ten sam skład, ale Lee jest bardziej funkowy, choć tak samo stylowy. Nieważne, czy śpiewa o miłosnych podbojach czy poważnych sprawa, pan Fields jest tak samo żarliwy, mimo 64 lat na karku.


13. Mark Lanegan - "Blues Funeral" (recenzja)

Osiem lat trzeba było też czekać na solową płytę Marka. Mimo tej przerwy, "Blues Funeral" zaczyna się tam, gdzie kończy się "Bubblegum". Lanegan odważniej sięga po elektronikę, nie zapominając przy tym, że to blues jest najważniejszy, nawet, gdy grasz disco.

12. Alabama Shakes - "Boys & Girls" (recenzja)

Zwykły zespół z niezwykłą wokalistką. Brittany Howard swoim genialnym głosem i wyczuciem wyciąga Alabama Shakes z oceanu pełnego podobnych zespołów, chcących wskrzesić klimat i ducha lat 70. Jednak to właśnie im się udaje, ponieważ panna Howard to wcielenie Janis Joplin. I nie trzeba już nic pisać.


11. Swearin' - "Swearin'" (recenzja)

Bezpretensjonalne, szczeniackie granie w tym roku silnie do mnie przemawiało. Niem, czy oznaka starzenia, czy może coś innego. Proste, krótkie piosenki (całość trwa mniej niż "Driftin' Back" Younga z "Psychedelic Pill") Swearin' zdominowały ostatnie miesiące. Lokują się gdzieś między Weezerem, Subways, Sebadoh a JPNDRDS. Szybciej nie mogli trafić do mojego serduszka. Szczeniactwo forever.


niedziela, 9 września 2012

Uskudar 9 IX 2012

1. RUTA - Oj, niech przyjdzie deszcz
2. RUTA - Mama - Anarchija
3. Firewater - The Bonney Anne
4. Firewater - Glitter Days
5. Baba Alex - Kajri
6. MC Yogi - Hanuman
7. Ravi Harris & the Prophets - Ravi's Thing
8. Ravi Harris & the Prophets - Funky Sitar Man
9. Ilaiyaraaja - Love Theme on Computer
10. Ilaiyaraaja - Pattu Engey
11. Ilaiyaraaha - Disco King
12. The Bombay Royale - You Me Bullets Love