Pokazywanie postów oznaczonych etykietą unikać. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą unikać. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 2 listopada 2021

Przypisy do Nirvany

Choć tego może teraz nie widać, wychowałem się na kulcie lat 90. i grunge'u. Nastolatkiem stałem się pod sam koniec tamtej dekady, w gimnazjum nosiłem tylko i wyłącznie flanelowe koszule, czarne koszulki z logami zespołów, podarte spodnie łatane naszywkami. Dyskografie najważniejszych zespołów miałem w małym palcu. Żaden inny nurt nie był mi tak bliski. Tylko że lata 90. to nie tylko grunge. 

O tym zdaje się zapominać Anna Gacek. Dla niej początek lat 90. to nawet nie tyle grunge, ale Nirvana. Tragiczna historia Kurta Cobaina, jego romansu z narkotykami, miłości do Courtney Love, trudnego związku ze sławą, której jednocześnie pragnął i nienawidził. Wszystko inne, co pojawia się w Ekstazie jest tylko przypisem do historii Kurta. I to, że komercyjny pop umierał, i to, że Dave Gahan przedawkował, że Madonna zrobiła wyuzdany album fotograficzny, a U2 nagrali wybitne Achtung Baby - oczywiście w odpowiedzi na grunge - to wszystko pojawia się, by wybitność i wyjątkowość Nirvany wybrzmiała jak najmocniej. Wszystko poza modą, jedyną autonomiczną częścią książki, interesującą nawet dla mnie, choć zbyt przeładowaną plotkami, wojenkami między naczelną Vogue'a a Harper's Bazaar.

To przeładowanie sprawia, że przez Ekstazę ciężko przebrnąć bez poczucia zmęczenia. Książka jest zbiorem obiegowych opinii i cytatów z wywiadów. Eddie Vedder jest grzeczny i nieśmiały (co nie przeszkadza mu zdemolować Carnegie Hall i rzucać się rusztowań sceny w publiczność), w Seattle wszyscy szukają nowej Nirvany, RHCP to niepoważne chłopaki, które dzięki francuskiemu reżyserowi otworzyły się na odrobinę artyzmu, Alice in Chains - w przeciwieństwie do smutasów z Soundgarden - potrafili się zabawić. Kurt Cobain jest rozdarty między ambicją, komercyjnym sukcesem, a wiernością punkowym korzeniom. Bono... no cóż, to Bono. I tak dalej, nic, czego nie można było wyczytać w jakimkolwiek artykule poświęconym grunge'owi czy początkowi lat 90. Zamiast jakiejś autorskiej perspektywy, Gacek serwuje niekończący się potok anegdotek, wyimków ze wspomnień, fragmentów książek. Wydawca zapowiadał szerokie spojrzenie na początek lat 90., ale okazuje ono się bardzo wąskie.

O ile Brytania ma pojawić się w kolejnej części, co tłumaczy przelotne wspomnienie rave'ów czy zupełne pominięcie britpopu, to potraktowanie rapu w trzech zdaniach - że A Tribe Called Quest zagrali koncert w ramach MTV Unplugged, że RUN DMC odświeżyli karierę Aerosmith, że U2 wchodzili na scenę do dźwięków jednej z piosenek The Disposable Heroes of Hiphopcrisy - to rzecz niewybaczalna. To rap razem z grunge'em rozwalał kiczowatość lat 80. Brakuje też - choć to może pojawi się w kolejnych częściach - jak ten cały przewrót był odbierany poza Stanami i Brytanią. W Polsce na przykład. Jak to wpłynęło na naszą lokalną popkulturę. Tak samo brakuje wyrazistego głosu autorki. Dlaczego zdecydowała się na taką, a nie inną selekcję bohaterów? Bez tego Ekstaza jest kroniką jakich wiele. O latach 90. powiedziano już chyba wszystko, kolejna książka niewnosząca świeżego spojrzenia na temat jest po prostu mało potrzebna. Chyba, że lubicie anegdoty, plotki i tabloidowy, teledyskowy styl pisania.

Ja nie lubię, uwiera mnie pisanie Gacek. Wszystko jest przełomowe, największe, najlepsze. Na szczyt dostaje się tylko po to, żeby z niego zaraz spaść, bo ktoś kolejny już się na niego wspina. Mody zmieniają się jak w kalejdoskopie, media karmią się sensacją - przede wszystkim te brytyjskie. Rock umiera, by potem zmartwychwstać i zabić pop. Nirvana jest wielka, Metallica najpopularniejsza, a Guns n' Roses to bohaterowie poprzedniej epoki. Roczne wydatki Cobaina u szczytu sławy to koszt 30 sekund November Rain. I do tego mnóstwo powtórzeń. Jeśli Eddie Vedder to nieśmiały, jeśli Nirvana to zawsze najlepszy zespół i jeśli o tym nie wiecie, to Gacek przypomni o tym za każdym razem, kiedy pojawi się nazwa tria z Aberdeen. Gdyby Ekstaza była drinking game i na każde wystąpienie MTV, wysokiej rotacji, czy "naj" musiałbym wypić szota - nie dotrwałbym do trzeciego rozdziału. Tego, który jak wszystkie inne nosi tytuł inspirowany Przyjaciółmi. Serial, istny fenomen lat 90. pojawia się zresztą wspomniany mimochodem. W książce tak bardzo opartej na źródłach przydałby się ich wykaz, jakaś nawet skrótowa bibliografia, żeby móc pogrzebać głębiej w temacie.

Zmęczyła mnie Ekstaza. Zmęczyła i rozczarowała. Narracja pędzi na złamanie karku, ale w tym pędzie nie ma żadnego celu. Poza udowodnieniem, że Nirvana wielkim zespołem była, może nawet największym. Ale to już powinniście doskonale wiedzieć.

poniedziałek, 27 września 2021

Więcej patosu, słuchacz wytrzyma


„Raz na milion lat dochodzi do odłamu planetoid, swoistego zderzenia, które niesie za sobą niezliczone konsekwencje. Strumienie biegu czasu i nieskończone ilości miejsc przenikają się ze sobą w piękny i nieobliczalny sposób, zmieniając zastałe światy. Między pokryte najdostojniejszą rdzą szacunku symbole, wierzenia i tradycje wkrada się coś im obcego. Razem tworzą nowe.

Ten album to ten moment - raz na milion lat.” - głosi notka promująca Pieśni współczesne Miuosh i Śląska. Czy to prawda?

Nie będę czarował, ani budował suspensu. Nic z tej zapowiedzi się nie sprawdza. Miuosh pod płaszczykiem czegoś wyjątkowego sprzedaje po prostu pop. Czy to źle? Oczywiście, że nie. Tylko, że to jest zły pop, okraszonym klasycyzującymi aranżacjami, z bel canto śpiewaków Śląska. Poza Dolinami nie ma tu nic, co przykuwało by uwagę na więcej niż 15 sekund.

Gdybym miał opisać ten album jednym zdaniem byłoby to „Więcej patosu, słuchacz wytrzyma”. Nienośny patos wylewa się litrami z każdego dźwięku. Oto Miuosh, artysta z zupełnie innego świata, przekracza granice gatunków i ofiaruje światu swoje nawet nie Dzieło, tylko DZIEŁO. Wprowadza ten patos bardzo prostymi i oczywistymi środkami. A to zabrzmią groźnie kotły, a to smyczki szumnie zatrylą, a to sekcja dęta wprowadza podniosłe, wolne frazy, a to pojawiają się wokalizy. Oczywista oczywistość, ciężko się nabrać na te zabiegi, są zbyt wyraźne, zbyt grubymi nićmi szyte.

Pieśni współczesne są skażone przypadłością ścieżek dźwiękowych blockbusterów. To muzyka całkowicie przezroczysta, której jedynym celem jest budowanie podniosłego nastroju, wrażenia obcowania z czymś wielkim, niepowtarzalnym. Wystarczy jednak wsłuchać się odrobinę uważniej, potraktować je jako coś więcej niż tylko muzykę tła, by zorientować się, że jest to wydmuszka. Muzyka nie niesie ze sobą żadnej wartości, jest do bólu bezpieczna, wygładzona. W zasadzie poza użyciem łemkowskiego przez Igora Herbuta nie ma w niej niczego zaskakującego. Żaden z zaproszonych wokalistów nie wyszedł ze swojej strefy komfortu, nikt nie postarał się, żeby w nawet najdrobniejszy sposób zrobić coś nieoczywistego. Najlepiej słychać to w Zmierzchu z Kwiatem Jabłoni. To po prostu ich piosenka z troszkę innym aranżem. Jak pojawia się Król, to wiadomo, że muszą być syntezatory. Proste? Ach, zapomniałbym, pojawia się zza grobu Kora. Popkulturowa nekrofilia w pełnej krasie.

Wszystko może byłoby mniej bolesne, gdyby Miuosh nie dorabiał do tego szumnej ideologii. Gdyby nie twierdził, że razem ze Śląskiem tworzą nową, ale zakorzenioną w tradycji muzykę regionu. Zastanawiam się, czy poza Zespołem Pieśni i Tańca, region nie ma nic do zaprezentowania? Nie ma kapel, nie ma instrumentalistów? Zresztą, jaka to jest przełomowość, kiedy po podobne tropy sięgał 9 lat temu Donatan na Równonocy, kiedy mnóstwo jest albumów, na których popowe piosenki odgrywają orkiestry symfoniczne. A przecież można wplatać w muzykę rozrywkową czy alternatywną motywy oparte na tradycji na dużo ciekawsze sposoby. Pisałem o tym tyle razy, że nie widzę sensu w powtarzaniu się. Zostawię tylko link.

Taki album zdarza się raz na milion lat? Bardzo bym sobie tego życzył, ale obawiam się, że nastąpi wysyp podobnych potworków. Zresztą, album najlepiej podsumował sam autor w wywiadzie dla Wyborczej: W naszym kraju w ciągu ostatnich 25 lat zauważalna jest tendencja, żeby z kultury czy dziedzictwa robić cepelię. Mnie nie pozostaje nic innego, jak tylko się z nim zgodzić.