fot. Piotr Baczewski//Muzyka Zakorzeniona
Zacznijmy od tego, że jestem osobą z zewnątrz. Nie chodziłem do Domów Tańca, nie jeździłem na Tabory ani do Kazimierza Dolnego. O muzyce wywodzącej się z tradycji piszę już ponad 10 lat, od trzech także na tych łamach, w Radiowym Centrum Kultury Ludowej. Tak, piszę przede wszystkim o muzyce niepolskiej. Zastanawiałem się ostatnio, dlaczego tak jest.
Szukaj na tym blogu
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą felietony. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą felietony. Pokaż wszystkie posty
czwartek, 23 czerwca 2022
Łatwiej mi...
sobota, 11 września 2021
Rozpad
Każde pokolenie ma takie wydarzenie. Do końca życia człowiek pamięta, gdzie był i co robił, gdy TO się wydarzyło. Moje ma dwa. Pierwsze z nich, zamachy 11 września miały miejsce dwie dekady temu. Co do dnia.
Dwadzieścia lat… Szmat czasu. Miałem wtedy niecałe 13 lat. Gdy TO się wydarzyło gadałem przez telefon z kolegą z klasy, jeszcze stacjonarny na kablu. Tydzień wcześniej zaczęliśmy gimnazjum. Nie pamiętam, o czym rozmawialiśmy. Pewnie o szkole. Babcia ze swojego pokoju powiedziała, że samolot wbił się w wieżowiec w Stanach. Będąc prawdziwie przemądrzałym nastolatkiem, odpowiedziałem, że pewnie ogląda jakiś film sensacyjny, tylko myśli, że to wiadomości i wróciłem do plotkowania. A jednak miała rację, to była transmisja na żywo z Nowego Jorku. Kiedy już przekonałem się, że TO się dzieje naprawdę, nie mogłem oderwać się od telewizora.
Legenda głosi, że William Basinski przenosząc swoje stare nagrania z taśm do komputera odkrył, że analogowy nośnik uległ degradacji. Każde przejście taśmy przez głowicę magnetofonu sprawiało, że nagranie dosłownie się rozpadało po kawałku. Pociął taśmy na krótkie loopy, dodał pogłosy i zapętlił je w magnetofonie aż nie zostało nic, poza szumem samej maszyny. Stworzona i powtarzana przez Basinskiego legenda głosi również, że ukończył kompozycje rankiem 11 września, a odsłuchiwał je razem z przyjaciółmi na dachu swojego mieszkania na Brooklynie z widokiem na zasnuty dymem Dolny Manhattan. Z tego miejsca nakręcił godzinny film. Później sam sobie przeczył i mówił, że na tym dachu wcale nie słuchali Disintegration Loops, a on je skończył dzień później. Jeszcze inna wersja mówi, że całość skończył kilka dni przed 11 września i dopiero oglądanie katastrofy z dachu na Brooklynie nadało nowy sens tej muzyce. Jak było naprawdę, tego się nie dowiemy, ale też to zupełnie nieistotne, bo Disintegration Loops na zawsze zrosło się z 9/11. Trudno się dziwić, że Basinski wybrał Disintegration Loops jako swoistą elegię dla ofiar zamachów i tamtego odchodzącego świata. Krótkie, ale pełne emocji loopy rozpadają się z każdym powtórzeniem i nigdy nie brzmią tak samo.
Po 19 latach od premiery można odczytywać Disintegration Loops nie tylko jako pieśń żałobną dla ofiar 11 września, ale i całej cywilizacji. Świat nam się sypie, rozpada. Może nawet szybciej niż jesteśmy w stanie to przyznać. Katastrofalne zmiany klimatyczne to już nie tylko ostrzeżenia naukowców, ale fakt. Czy przekroczyliśmy tipping point? Tego nie wiemy, ale nawet jeśli jeszcze nie, to ten punkt bez powrotu zbliża się w zastraszającym tempie. Może właśnie dlatego ostatnio, gdy wracam do nich (a wracam coraz częściej), przed oczami mam nie płonące wieże WTC, ale płonącą planetę. Rozpadające się ekosystemy, rozpadają się jak te loopy. Aż nie zostanie z nich nic.
Dwadzieścia lat… Szmat czasu. Miałem wtedy niecałe 13 lat. Gdy TO się wydarzyło gadałem przez telefon z kolegą z klasy, jeszcze stacjonarny na kablu. Tydzień wcześniej zaczęliśmy gimnazjum. Nie pamiętam, o czym rozmawialiśmy. Pewnie o szkole. Babcia ze swojego pokoju powiedziała, że samolot wbił się w wieżowiec w Stanach. Będąc prawdziwie przemądrzałym nastolatkiem, odpowiedziałem, że pewnie ogląda jakiś film sensacyjny, tylko myśli, że to wiadomości i wróciłem do plotkowania. A jednak miała rację, to była transmisja na żywo z Nowego Jorku. Kiedy już przekonałem się, że TO się dzieje naprawdę, nie mogłem oderwać się od telewizora.
Legenda głosi, że William Basinski przenosząc swoje stare nagrania z taśm do komputera odkrył, że analogowy nośnik uległ degradacji. Każde przejście taśmy przez głowicę magnetofonu sprawiało, że nagranie dosłownie się rozpadało po kawałku. Pociął taśmy na krótkie loopy, dodał pogłosy i zapętlił je w magnetofonie aż nie zostało nic, poza szumem samej maszyny. Stworzona i powtarzana przez Basinskiego legenda głosi również, że ukończył kompozycje rankiem 11 września, a odsłuchiwał je razem z przyjaciółmi na dachu swojego mieszkania na Brooklynie z widokiem na zasnuty dymem Dolny Manhattan. Z tego miejsca nakręcił godzinny film. Później sam sobie przeczył i mówił, że na tym dachu wcale nie słuchali Disintegration Loops, a on je skończył dzień później. Jeszcze inna wersja mówi, że całość skończył kilka dni przed 11 września i dopiero oglądanie katastrofy z dachu na Brooklynie nadało nowy sens tej muzyce. Jak było naprawdę, tego się nie dowiemy, ale też to zupełnie nieistotne, bo Disintegration Loops na zawsze zrosło się z 9/11. Trudno się dziwić, że Basinski wybrał Disintegration Loops jako swoistą elegię dla ofiar zamachów i tamtego odchodzącego świata. Krótkie, ale pełne emocji loopy rozpadają się z każdym powtórzeniem i nigdy nie brzmią tak samo.
Po 19 latach od premiery można odczytywać Disintegration Loops nie tylko jako pieśń żałobną dla ofiar 11 września, ale i całej cywilizacji. Świat nam się sypie, rozpada. Może nawet szybciej niż jesteśmy w stanie to przyznać. Katastrofalne zmiany klimatyczne to już nie tylko ostrzeżenia naukowców, ale fakt. Czy przekroczyliśmy tipping point? Tego nie wiemy, ale nawet jeśli jeszcze nie, to ten punkt bez powrotu zbliża się w zastraszającym tempie. Może właśnie dlatego ostatnio, gdy wracam do nich (a wracam coraz częściej), przed oczami mam nie płonące wieże WTC, ale płonącą planetę. Rozpadające się ekosystemy, rozpadają się jak te loopy. Aż nie zostanie z nich nic.
sobota, 14 grudnia 2019
Najszybsza dekada
![]() |
| Oczywiście nie piszę na maszynie do pisania, nie jestem aż takim hipsterem |
Blog został, audycja też się w końcu pojawiła - po dwóch latach, pod jeszcze inną nazwą i z innym pomysłem, do którego wróciłem w lipcu tego roku w Radiu Kapitał i wreszcie audycja i blog nazywają się tak samo.
Przez te 10 lat opublikowałem 529 wpisów. Niby dużo, ale to po pierwsze prawie dokładnie jeden post w tygodniu, po drugie sporo z nich to playlisty audycji, inne to linki do moich tekstów opublikowanych gdzie indziej, jeszcze inne to jakieś krótkie notki spisywane na szybko i publikowane bez większych przemyśleń. Może nie drugie tyle, ale niezliczona liczba wpisów leży gdzieś rozgrzebana w chmurze, albo nie wyszła poza fazę pomysłu. Tytanem pracy nie jestem, choć ciągle sobie obiecuję co styczeń, że tym razem to już na pewno będę pisał i publikował prawie codziennie.
Dziesięć lat to szmat czasu, a ta dekada biegła jeszcze szybciej niż inne. Z blogów, które istniały (i które czytałem), kiedy publikowałem tutaj pierwszy wpis, żaden już nie jest aktywny, albo - jak w przypadku Ziemi Niczyjej - wpisy pojawiają się maksymalnie kilka razy w roku (przypominam, że na Polifonii Bartek Chaciński zaczął pisać dopiero w kwietniu 2010). Przestali publikować nawet tacy stachanowcy jak WAFP! I ja to doskonale rozumiem, zajawka musi się kiedyś skończyć, jeśli nie przynosi żadnej gratyfikacji i satysfakcji. Fakt przeniesienia pisania o muzyce na Facebookowe walle i peje boli. W 2010 roku przez moment wydawało się, że może trend uda się odwrócić, ale musicspot upadł prawie tak nagle, jak powstał. Dobrze, że chociaż nie zniknął z sieci, bo kilka wartościowych tekstów zniknęłoby bezpowrotnie. Najbardziej żałuję, że Marta Słomka już nie pisze (a może pisze, tylko o tym nie wiem).
Dla mnie ta dekada była dobra. Poza blogiem pisałem do kilkunastu miejsc, od Bandcampa po Politykę. Po kilku z nich nie został nawet ślad w sieci - zniknęła chociażby strona M/I. W niektórych miejscach nie zagrzałem miejsca, w innych pojawiam się nieregularnie, w kilku jestem na stałe. Czyli chyba całkiem spoko.
Myślałem, jak zaznaczyć te dziesięć lat - może zmienić wygląd bloga, może zupełnie go przearanżować? I tak rozkminałem, aż zrobiło się za późno, żeby zrobić coś większego. Mam ze dwa niespisane wywiady (spisywanie nagrań to jedna z najgorszych rzeczy w tym zawodzie), a wydają się zbyt ciekawe, żeby siedziały tylko w chmurze, nieprzeczytane. Do końca roku postaram się je tutaj opublikować.
poniedziałek, 23 lipca 2018
Nasza własna retromania
![]() |
| Mała Orkiestra Dancingowa//fot.Michał Ramus / Festiwal Kultury Żydowskiej w Krakowie |
Kiedy dwa lata temu pisałem do Magnetofonowej krótki tekst o dwóch warszawskich zespołach zajmujących się graniem przedwojennych piosenek w wiernych aranżacjach - podwórkowym Combo Tanecznym Janka Młynarskiego i kawiarnianej Orkiestrze Sentymentalnej - które w tym samym okresie wydawała swoje płyty, wyglądało to na niszową sprawę.
Jednak w ciągu tych dwóch lata odwołania do lat międzywojennych stały się niemalże codziennością, poczynając od literackich bestsellerów, po masowo kręcone seriale. Ten okres również coraz mocniej rezonuje w muzyce. Na początku tego roku dla dwutygodnika przybliżyłem to zjawisko w muzyce, skupiając się na czterech zespołach - wspomnianej już Orkiestrze Sentymentalnej i jej drugim albumie, Tańcz mój złoty, niedocenianym i chyba zbyt radykalnym w swoich interpretacjach by odnieść sukces Zespole BODO, rewolucyjno-rekonstrukcyjnej Hańbie! oraz Jazz Bandzie Młynarski-Masecki, który stał się prawdziwym fenomenem na miarę wskrzeszenia debiutu Zbiga Wodeckiego przez Mitch & Mitch.
Już wtedy na oku miałem zaczynającą regularne granie w SPATiFie Małą Orkiestrę Dancingową Noam Zybelberga, która dosłownie tydzień temu wydała swój debiut. O tyle ciekawy, że Zybelberg postawił sobie za cel granie piosenek mających niecałe sto lat z podobną pieczołowitością, co Bacha, czyli jak najwierniej w stosunku do oryginałów. O tym, skąd takie podejście i jak Noam odtwarza aranżacje, możecie dowiedzieć się z mojego artykułu w Wyborczej o MOD. Jest też trochę o fascynującej historii osobistej Noama, który jest potomkiem warszawskich Żydów, wychowanym w Izraelu, ale więcej o sobie mówił dla rozmowwy
Nie zdążyło jeszcze zmaleć zainteresowanie Nocą w wielkim mieście Jazz Bandu, gdy Młynarski z Maseckim ogłosili kolejny projekt. Tym razem nie skupiony wokół postaci Adam Astona, a Mieczysława Fogga. Nowe, jeszcze liczniejsze wcielenie ich projektu - Jazz Camerata Varsoviensis - nagrało płytę poświęconą “pieśniarzowi Warszawy”. Nie śpiewa na niej tylko Młynarski, Jan pełni rolę bardziej dyrektora, okazjonalnie stając przy mikrofonie.
Młynarski w ciągu kilku lat wyrósł na najbardziej wyrazistego propagatora nieprzebranego bogactwa muzyki przedwojennej w jej różnych odmianach i składa hołd kolejnym postaciom. Przecież dopiero co (w kwietniu) z Combem Tanecznym wypuścił album na setną rocznicę urodzin Stanisława Grzesiuka. Skacze między “dancingiem, salonem i ulicą”. Jak brzmią na żywo piosenki Fogga przepuszczone przez ręce Maseckiego i Młynarskiego będzie można przekonać się za tydzień, 27 lipca. Bo na płycie brzmią bardzo dobrze, ale o tym innym razem.
poniedziałek, 22 maja 2017
Zbig był king
Nie będę udawał, że jarałem się Zbigiem przed odgrzebaniem jego debiutu przez Mitch & Mitch. Jestem jedną z tych osób, które zakochały się w muzyce Wodeckiego na OFF Festivalu. No, trochę wcześniej, bo gdy tylko ogłosili wspólny koncert, sprawdziłem ten rzekomo legendarny album. Faktycznie, był legendarny, wypełniony samymi hitami, choć trochę kulały teksty (ale Wodecki miał tego świadomość). Polska odpowiedź na bossa novę i barokowy pop. Niesprawiedliwość dziejowa aż biła po uszach, to powinien był być hit, podwaliny współczesnego polskiego popu. Tak się jednak nie stało, Zbigniew Wodecki przeszedł zupełnie bez echa, co zaważyło na przyszłej karierze krakowskiego muzyka.
2 sierpnia 2013 roku. Dzień, który przeszedł do legendy. Zmienił nie tylko moje podejście do Wodeckiego. Do dziś pamiętam prześmiewcze komentarze w internetach przed koncertem i już na samym festiwalu. Że Pszczółkę Maję będzie grał przez godzinę na zmianę z Chałupy Welcome To. A potem widziałem, jak śmieszkowanie ustępuje niedowierzaniu i zachwytowi. Zbig z pomocą Mitchów zagrał piosenki, o których już dawno zapomniał. Zagrał je po raz pierwszy.
Po czterech latach najbardziej z tego koncertu pamiętam trzy rzeczy. Po pierwsze, radość i wzruszenie Zbiga, który chyba sam był zaskoczony tak dobrym przyjęciem swoich piosenek w Katowicach, radość zespołu, który pomógł Wodeckiemu spełnić młodzieńcze marzenie po 37 latach. Po drugie, fenomenalne Panny mego dziadka. I wreszcie po trzecie Minha teimosia, uma arma pra te conquistar Jorge Bena, które stało się nieformalnym hymnem festiwalu. Sam wybór tego kawałka na zakończenie był symboliczny. Może gdyby debiut Wodeckiego osiągnął sukces, Zbig kultowy status osiągnąłby dużo wcześniej.
Potem widziałem Zbiga z Mitchami jeszcze dwukrotnie. Nie zdążyłem kupić biletów na pierwszy, nagrywany koncert w Studiu Koncertowym Polskiego Radia im. Lutosławskiego, szczęśliwie dodali jeszcze jeden, wcześniejszy. Z towarzyszeniem kilkunastoosobowej orkiestry materiał wypadł jeszcze piękniej, jeszcze dostojniej, jeszcze pełniej. I znów koncert zakończył się Jorge Benem, eksplozją czystej, niczym nieskrępowanej radości.
Rok później w strugach deszczu zagrali na otwarciu Placu Defilad. To też był wspaniały koncert, ale zacząłem sobie myśleć, że Zbig powinien z Mitchami nagrać coś nowego, bo znów zagrali to samo. Faktycznie takie plany były, Wodecki w wywiadach nieśmiało o tym pomyśle wspominał,
wtorek, 17 stycznia 2017
Festiwal w potrzebie
![]() |
| Sharon Van Etten, fot. Michał Heller |
Białystok ma skarb, którego mogą mu pozazdrościć inne miasta, ale sam nie do końca o niego dba. Wielka szkoda, gdyby w przyszłym roku festiwal się nie odbył. Dlatego już teraz trzymam kciuki i rezerwuję nocleg w Białymstoku na ostatni weekend czerwca.Tak zakończyłem swoją relację z zeszłorocznej edycji Halfwaya. Teraz, gdy program festiwalu na rok 2017 jest już gotowy - na razie ogłoszono Angel Olsen, the Veils i Gruska Babuska, dla których będzie to pierwszy koncert poza Islandią (a nieogłoszone nazwy też elektryzują) - impreza po raz kolejny padła ofiarą samorządowych przepychanek. Miejscy radni postanowili w 2017 roku nie wspierać wydarzeń organizowanych przez jednostki wojewódzkie (a taką jest Opera i Filharmonia Podlaska), choć w 2014 roku postanowili zrobić coś zupełnie odwrotnego.
Halfway, choć jest wydarzeniem kameralnym, gra duża rolę w promocji miasta. Co roku prezentuje przemyślany line-up, w którym obok dużych nazwisk (Wilco, Sharon Van Etten, the Antlers, Destroyer, Woven Hand) można znaleźć reprezentantów lokalnej, białostockiej alternatywy. To także jeden z niewielu polskich festiwali, który rokrocznie zaprasza artystów zza naszej wschodniej granicy. To festiwal, który zasłużenie wyrobił sobie markę jednej z najbardziej przyjaznych i klimatycznych imprez w kraju. Tak zasłużenie, że w plebiscycie na najlepszy festiwal 2016 roku zajął 3. miejsce, choć nie może równać się wielkością ani budżetem nie może równać się z Open'erem i Offem, które pokonał. Halfway to nie tylko koncerty, z każdym rokiem coraz śmielej wchodzi w miejską przestrzeń z dodatkowymi wydarzeniami.
Wreszcie, Halfway to festiwal, którego los jest mi bardzo bliski, bo to impreza idealna na toczący naszą kulturę nadmiar bodźców. W ciągu trzech dni występuje tu mniej artystów niż przez pół dnia na Glastonbury, ale dzięki temu każdemu koncertowi poświęca się maksimum uwagi. To festiwal, na którym nie sposób przegapić żadnego występu. To festiwal, na którym headlinerzy potrafią uciąć sobie pogawędkę z fanami we foyer Opery bez tabuna ochroniarzy. To festiwal z wyjątkową, trochę marzycielską atmosferą, z niedzisiejszym, nabożnym podejściem do muzyki, co w zalewie ogromnych imprez jest ucieczką do przodu. Koncerty na Halfwayu są często bardziej kameralne i intymne niż klubowe, o innych festiwalach nie ma co wspominać. To skarb Białegostoku, jestem jedną z tych osób, które pierwszy raz do Białegostoku przyjechały na Halfway i teraz nie mogą się doczekać powrotu na Podlasie.
Jutro głosowanie nad poprawkami do miejskiego budżetu. Można jeszcze wysyłać listy do radnych, szczegóły tutaj. Ja swój już wysłałem.
poniedziałek, 31 października 2016
Śpiewający las
O płycie Żywizny pisałem krótko na Facebooku, większa recenzja pojawi się w grudniowym numerze Magnetofonowej. Tutaj chciałbym się skupić na jej jednym aspekcie - lesie. To naturalne środowisko dla kurpiowskich pieśni, to w lesie etnomuzykolodzy nagrywali Stanisława Brzozowego. To w lesie Żywizna, czyli Raphael Rogiński i Genowefa Lenarcik, nagrali swój debiut. A las śpiewał z nimi.
***
Styczeń. Człowiek z wiolonczelą i las świerków przykrytych śniegiem. Instrument ma pięć wieków, zrobiony jest z drzewa tego lasu. Człowiek opiera go na pniu i wbija nóżkę poziomo w korę. Stroi i zaczyna grać suitę Bacha na wiolonczelę solo. Wystrzeliwuje niskie nuty prosto w drewno, eksploruje je cierpliwie, zagłębia się w nie, aż zaczyna się coś dziać. Drzewo - trzydziestometrowy olbrzym - reaguje. Budzi się, drgania wchodzę we włókna, stają się przedłużeniem instrumentu. Czymś więcej. Pół lasu dźwięczy, powtarza, jakby je znało na pamięć. Rozpoznaje głos przodka. (...) Wiolonczela stała się drzewem i zawładnęła lasem.
***
Ten fragment Legendy żeglujących gór Paolo Rumiza od razu skojarzył mi się nie tylko z Żywizną, ale i z debiutem Resiny. Dla Karoliny Rec przyroda, las jest ogromną inspiracją. To tak silne w jej muzyce, że doskonale bym o tym wiedział, nawet gdyby mi o tym nie mówiła w wywiadzie. Każdy dźwięk wyraża podziw dla natury, zachwyt i ukojenie. A gdyby zrobiła tak jak Mario Brunello i zamiast wykreować leśną przestrzeń w studiu, wbiła nóżkę instrumentu w pień drzewa, czy jej wiolonczela zawładnęłaby lasem?
***
Las zaśpiewał też Izie Dłużyk, niewidomej od urodzenia gdańszczance (Karolina z kolei jest gdynianką, mieszkańcy Trójmiasta mają z przyrodą wręcz niemiejski związek). Iza nagrywa ptaki, ich śpiew. Kilka tygodni temu ukazał się jej album z nagraniami terenowymi z polskiego lata. Można je było usłyszeć na Unsoundzie. By las zaśpiewał, Iza nie potrzebuje żadnego instrumentu, tylko słuchu i rejestratora. Dla niej las, dźwięki ptaków są najdoskonalszą muzyką.
poniedziałek, 20 czerwca 2016
Szukając korzeni
Najnowszy, trzeci numer Gazety Magnetofonowej poświęcony jest korzeniom. Czyli sporo folku, ale nie tylko. Znalazło się miejsce dla black metalu czy muzyki dawnej.
O tej ostatniej rozmawiałem z Jackiem Urbaniakiem, dyrektorem artystycznym zespołu instrumentów dawnych Ars Nova, który w tym roku obchodzi trzydziestopięciolecie działalności. A dlaczego to zespół instrumentów, a nie muzyki dawnej, dowiecie się z wywiadu. Nie mogę przecież zdradzić wszystkiego. Krótko opisałem dwa zespoły z Warszawą w nazwie, które sięgają do dziedzictwa przedwojennej piosenki. To Combo Taneczne i Orkiestra Sentymentalna. Prawie równocześnie wydali swoje płyty i to było przyczynkiem do tego tekstu. Do muzyki przedwojennej współcześnie będę jeszcze wracał.
Wreszcie, wypuściłem się na poszukiwania najstarszej zachowanej polskiej muzyki w Ameryce. Niestety, nie udało mi się znaleźć informacji o nagraniach Polaków w Argentynie i Brazylii, lecz jedynie Stanach Zjednoczonych. Za to znów udało mi się porozmawiać z Ianem Nagoskim z mojej ukochanej oficyny Canary Records. Znów, bo poprzednio z Ianem mejlowałem przy okazji tekstu o muzycznych archiwistach dla T-Mobile Music. Dlatego, jeśli chcecie się dowiedzieć więcej o samej Canary, oraz dlaczego Ianowi należą się ordery i miliony monet, przeczytajcie i tekst, i zapis naszej poprzedniej konwersacji. Tym razem rozmawialiśmy tylko o polskich emigrantach.
Czy było Ci trudniej znajdować polskie nagrania niż greckie czy tureckie?
Zupełnie nie. Słowiańskie płyty można bardzo łatwo i bardzo tanio kupić. Prawie połowa mojej kolekcji nagrań imigrantów to muzyka słowiańska lub aszkenazyjska. Fala imigrantów z Europy Wschodniej na przełomie XIX i XX wieku była trzecią pod względem falą imigracji w historii Stanów Zjednoczonych i Ameryki Północnej. (Większe były jedynie irlandzka i niemiecka w XIX wieku). To był idealny moment na zarobek dla raczkującego przemysłu nagraniowego. Nie robiłem dokładnych obliczeń, ale nagrań słowiańskich jest około 10 razy więcej na rynku antykwarycznym niż bliskowschodnich. Poza tym nagrania tureckie, greckie czy ormiańskie są bardzo poszukiwane przez kolekcjonerów w przeciwieństwie do muzyki słowiańskiej.
Co w takim razie skłoniło Cię do wydania kompilacji jedynie z muzyką wschodnioeuropejską?
Podoba mi się ta muzyka i uważam, że za mało ludzi ją słyszało. Wiedziałem, że mało kto ją kupi, więc gdyby nie wsparcie Database of American Recorded Music, nie porwałbym się na wydanie Widow's Joy. Ostrzegałem ich, że nie sprzedadzą nakładu 1000 sztuk, ale i tak się zgodzili. Bardzo mnie to cieszy, bo chciałem przygotować taką kompilację od dłuższego czasu.
Słyszę w tej muzyce szaloną radość, ale i delikatne wycofanie, które maskują bardziej skomplikowane uczucia. To z pewnością przyciągało mnie do tej muzyki. Poza tym to muzyka robotników, górników, hutników, a ona mnie niezwykle fascynuje. Te płyty można znaleźć w starych hutniczych miastach - Cleveland i Pittsburghu, które regularnie odwiedzam. Prawie nikt nie zwraca na nie uwagi, więc są tanie. Tanie i dobre - te cechy pojawiają się przy każdej historii, którą opowiadam.
Jaki był wpływ muzyki słowiańskiej na muzykę amerykańską?
Większy niż się o tym mówi. Ja wyrosłem na polkach Lawerence'a Welka regularnie puszczanych w telewizji. Polska jest popularna w stanach środkowoatlantyckich, gdzie się wychowałem i żyję do dziś. Co prawda, traktuje się ją protekcjonalnie i z pewnością nie jest cool. Można za to spotkać nagrania na każdym kroku. W pokoleniu wcześniejszym od mojego był na polkę bardzo duży popyt. Do dziś jest popularna chociażby w Teksasie. Ja słyszę te wpływy chociażby u Williego Nelsona.
To nie cała nasza rozmowa, więcej w kryjącym się pod piękną okładką czasopismem. Magnetofonowa jest już dostępna w Empikach i internecie.
niedziela, 5 czerwca 2016
Kogo zobaczę w te wakacje
Białystok, Gdynia, Londyn, Gdynia,
Katowice, Łódź, Gdańsk. Tak wygląda moja rozpiska festiwalowa.
Niektóre bardzo duże,
wręcz ogromne. Inne kameralne, z jedną sceną i luźną domową
atmosferą. Jeszcze inne gdzieś pomiędzy. Jedne pełne hałaśliwych
gitar, inne prezentujące muzykę z całego świata. Letnie
festiwale. W tym roku odwiedzę siedem z nich.
Pierwszy już za niecałe
trzy tygodnie. Białostocki Halfway w tym roku (podobnie jak w
poprzednich latach) swój program oparł na trzech filarach: szeroko
pojętej Skandynawii, najbliższej okolicy i Stanach. Frakcja
nordycka wydaje się najbardziej interesująca na tegorocznej edycji.
Zagra Eivor, legenda muzyki farerskiej, czarująca Norweżka Ane Brun
czy wybuchowi Islandczycy z Mammut. Będzie tez Julia Marcell, którą
zawsze warto zobaczyć, Destroyer (którego leniwa muzyka powinna w
Białymstoku zabrzmieć lepiej niż na OFFie) i wreszcie Wilco.
Wielką zaletą Halfwayu jest miejsce, położony w samym centrum
Białegostoku amfiteatr. Tu nikt się nie spieszy, nie ma biegania
między scenami.
Tak samo jest na gdyńskiej
Globaltice. Tu też od lat artyści występują na jednej scenie w
parku Kolibki, rzut kamieniem (i to dosłownie) od morza. Czas płynie
tak samo powoli, ale muzyka jest zupełnie inna. W tym roku
najbiedziej cieszy mnie obecność Fanfare Ciocarlia, jednej z
najpopularniejszych rumuńskich orkiestr dętych, Monsieur Doumani,
szalonych Cypryjczyków dających drugi życie wyspiarskim piosenkom
oraz Cigdem Aslan i Tahir Palali, którzy wspólnie sięgają po
muzykę tureckich alewitów.
Zupełnie inaczej wygląda
inny gdyński festiwal – Open'er. Cztery sceny, hektary terenu
festiwalowego do przemierzania i największe gwiazdy. W tym roku
program zapowiada się wyjątkowo imponująco – PJ Harvey, At the
Drive-In, Red Hot Chili Peppers, Beirut, Savages, Shy Albatross, Zbig
z Mitchami. Szkoda tylko, że to kolejny rok bez sceny World, na
której kiedyś grali Tinariwen, Buraka Som Sistema czy Matisyahu.
Na szczęście OFF Festival
w tym roku znów oddaje jeden dzień na scenie eksperymentalnej
muzykom „niezachodniej”. Na jej deskach zabrzmią dźwięki Ata
Kak, ghańskiego wokalisty i instrumentalisty, odkrytego niedawno
przez Briana Shimkovitza z Awesome Tapes from Africa czy Orlando
Juliusa, legendy afrobeatu. A to nie wszystko, na innych scenach też
będzie się działo, zagrają Marokańczycy z Master Musicians of
Jajouka, Basia Bulat, Anohni i mój chyba tegoroczny faworyt
katowickiego festiwalu – egipski magik keyboardu Islam Chipsy i
jego trio E.E.K., którzy przyspieszają chaabi do granic możliwości.
Jak to brzmi? Wyobraźcie sobie naspidowanego Rizana Sa'ida i
będziecie mieli przybliżoną odpowiedź.
Sa'id w wakacje wróci do
Polski, oczywiście w towarzystwie Omara Souleymana. Po dwóch bardzo
udanych wiosennych koncertach w Warszawie i Gdańsku, królowie
syryjskiego disco wystąpią na łódzkim Domoffonie. Warto tam
pojechać nie tylko ze względu na szykujące się bliskowschodnie
szaleństwo. Nie ogłosili jeszcze pełnego lineupu, a już mogą
konkurować z OFFem – Wire, U.S. Girls, No Joy, Zola Jesus.
Wszystko w przestrzeni Off Piotrkowska.
Gitary zawładną Gdańskiem
na początku września. Cieszy bardzo silna polska reprezentacja na
Soundrive'ie – Daniel Spaleniak, Henry David's Gun, Pictorial
Candi. Zagrają też przebojowe i skromne dziewczyny z Hinds, łączący
Afrykę z głośnymi gitarami Petite Noir, przywołujący lata 90.
Kanadyjczycy z Dilly Dally, psychodeliczni Sunflower Bean. Poza nimi
dużo nowości z Wysp Brytyjskich i bliskiej zagranicy. Znów dużym
atutem jest lokalizacja, centrum Gdańska, na postoczniowych terenach
w klubie B90.
I jest jeszcze jeden
festiwal-niefestiwal. British Summer Time w Londynie. To właściwie
bardziej cykl jednodniowych imprez odbywających się na początku
lipca w Hyde Parku. Każda z nich ma program częściowo ułożony
przez wybraną gwiazdę. Ja zobaczę, kogo wybrali Mumford and Sons.
Brytyjczycy zaprosili nie tylko artystów, którymi pracowali nad
najnowszą Epką – Baaba Maala, The Very Best i Beatenberg, ale też
Alabama Shakes, Kurta Vile'a, Wolf Alice i Baio.
I tak to mniej więcej
wygląda w tym roku.
środa, 24 czerwca 2015
Dlaczego Taylor Swift ma rację w sporze z Apple?
Jeden z poczytniejszych polskich blogerów napisał tekst o tym, jak to - pardon le mot - "Taylor wszystkich nas zrobiła w chuja". W czym rzecz? Oczywiście w tym, że Taylor nie spodobał się pomysł niepłacenia tantiem przez Apple za odtworzenia utworów przez pierwsze trzy miesiące działania usługi streamingowej Apple Music. I postanowiła o tym napisać list otwarty. Tak, Taylor Swift ma pozycję, żeby sobie pozwolić na taki ruch, choć nie była pierwszą osobą, która wypowiedziała się ten temat. Podobne zdanie wyraził lider Brian Jonestown Massacre, Anton Newcombe oraz przedstawiciele niezależnego wydawcy Beggars Group. Newcombe na dodatek twierdzi, że w wypadku odmowy przyjęcia warunków Apple'a, koncern zagroził usunięciem dyskografii BJM z iTunes.
Apple zachowało się nieetycznie, wykorzystując swoją dominującą pozycję na rynku, żeby narzucić warunki niekorzystne dla pozostałych stron umowy. Taylor by sobie poradziła, zresztą sama w liście przyznaje, że jest już na takim etapie, że spokojnie może zarabiać tylko na graniu koncertów (i kontraktach reklamowych), a walka toczy się przede wszystkim o mniejszych artystów. Dobrze ich punkt widzenia opisuje na swoim blogu Aram Bajakian:
Nie sprzedaję dziesiątek tysięcy albumów i zdaję sobie sprawę, że moja muzyka nie będzie sprzedawać się w takich nakładach. Jednak mogę sprzedać kilka setek albumów i każdy taki zakup robi różnicę. Różnicę między tym, czy będzie mnie stać na nagranie nowej płyty, czy nie. Różnicę między tym, czy będę w stanie wspierać branżę muzyczną zatrudniając inżyniera dźwięku i specjalistę od masteringu, czy nie. Ma wpływ na to, ile mogę zapłacić moim kolegom po fachu za grę na moim albumie.
O to właśnie chodzi w tym sporze. Nie o wielkich, nie o brak milionów dla Taylor Swift, tylko o muzyków, dla których każdy grosz jest ważny, by móc dalej tworzyć. Jeśli Newcombe nie kłamał, Apple posunęło się do szantażu, by zmusić muzyków i wytwórnie do przyjęcia swoich warunków. Usunięcie utworów z iTunes dla wielu twórców byłoby pobawieniem ich poważnego źródła dochodów, bo sklep Apple ma pozycję niemal monopolistyczną na rynku cyfrowej dystrybucji.
Skoro Apple stać na trzymiesięczny darmowy okres próbny, bo przewidywane zyski będą tak wysokie, że takie działanie jest opłacalne, stać ich również na to, żeby zapłacić tantiem artystom.
Wreszcie, całe to zamieszanie może mieć wpływ na zupełnie inne rynki, bo przecież problem niepłacenia za korzystanie z efektów cudzej pracy, czy za samą pracę (lub rażąco niskich płac) nie jest jedynie właściwy rynkowi muzycznemu.
piątek, 19 czerwca 2015
Błędna interpretacja
W 1984 roku Ronald Reagan w przemówieniu wyborczym wykorzystuje Born in the U.S.A. Bruce'a Springsteena. Wybór kuriozalny, ponieważ piosenka Bossa jest antywojennym manifestem, pełnym zgorzknienia i rozczarowania Ameryką, która wysyła swoich żołnierzy na bezsensowną wojnę w Wietnamie. Mino tego dość jasnego przekazu, Reagan skupił się tylko na tytule i refrenie, interpretując go jako przejaw patriotycznej dumy, choć w rzeczywistości jest przesiąknięty ironią i desperacją.
We wtorek podobny błąd popełnił Donald Trump, ogłaszając swój start w nadchodzącej kampanii, wykorzystał podobny hymn - Rockin' in the Free World Neila Younga. Miliarder ubiega się o nominację Republikanów, z którymi, delikatnie mówiąc, nie jest Youngowi po drodze. Wystarczy wspomnieć album Living With War, krytykujący interwencję w Iraku i Let's Impeach the President z niego, nawołującą do odwołania Busha juniora. Rockin' in the Free World też niesie ładunek polityki - to bezpośrednia krytyka administracji Busha seniora oraz Ameryki końcówki lat 80. Znów wydaje się, że najważniejszy jest tytuł, będący pozorną pochwałą USA i dlatego Trump wykorzystał nagranie. Na to oczywiście odpowiedział Young, oświadczając, że żadnej zgody nie udzielał Trumpowi. Bo nie musiał, wystarczyło, że komitet wyborczy Trumpa wykupił odpowiednią licencję od BMI i ASCAP, amerykańskich Organizacji Zbiorowego Zarządzania.
Najbardziej kuriozalnym przypadkiem wykorzystania utworu jest zdecydowanie użycie piosenki Manic Street Preachers przez British National Party. Skrajnie prawicowa partia wykorzystała piosenkę skrajnie lewicowego zespołu. Zresztą takich wpadek BNP ma na swoim koncie więcej. Antyimigrancyjną akcję "Bitwa o Anglię" promowała plakatem z myśliwcem Dywizjonu 303, ale to zupełnie inna historia.
We wtorek podobny błąd popełnił Donald Trump, ogłaszając swój start w nadchodzącej kampanii, wykorzystał podobny hymn - Rockin' in the Free World Neila Younga. Miliarder ubiega się o nominację Republikanów, z którymi, delikatnie mówiąc, nie jest Youngowi po drodze. Wystarczy wspomnieć album Living With War, krytykujący interwencję w Iraku i Let's Impeach the President z niego, nawołującą do odwołania Busha juniora. Rockin' in the Free World też niesie ładunek polityki - to bezpośrednia krytyka administracji Busha seniora oraz Ameryki końcówki lat 80. Znów wydaje się, że najważniejszy jest tytuł, będący pozorną pochwałą USA i dlatego Trump wykorzystał nagranie. Na to oczywiście odpowiedział Young, oświadczając, że żadnej zgody nie udzielał Trumpowi. Bo nie musiał, wystarczyło, że komitet wyborczy Trumpa wykupił odpowiednią licencję od BMI i ASCAP, amerykańskich Organizacji Zbiorowego Zarządzania.
Najbardziej kuriozalnym przypadkiem wykorzystania utworu jest zdecydowanie użycie piosenki Manic Street Preachers przez British National Party. Skrajnie prawicowa partia wykorzystała piosenkę skrajnie lewicowego zespołu. Zresztą takich wpadek BNP ma na swoim koncie więcej. Antyimigrancyjną akcję "Bitwa o Anglię" promowała plakatem z myśliwcem Dywizjonu 303, ale to zupełnie inna historia.
środa, 27 maja 2015
Przeczesując Bandcamp #4
W dzisiejszym odcinku nieregularnego przeglądu Bandcampa polecam trzy płyty. Z Tuluzy, Oakland i Buenos Aires.
Cocanha - 5 cants polifonics a dançar
Kukania jest legendarną krainą wiecznej szczęśliwości pojawiającą się w langwedockich podaniach. Od niej nazwę zespołu zaczerpnęły trzy dziewczyny z Tuluzy. Tytuł ich debiutanckiej EPki mówi właściwie wszystko - to pięć polifonicznych piosenek do tańca. Tradycyjnych, z wyjątkiem Zinga Zanga. Zaaranżowanych bez żadnych fajerwerków. Choć dużo skromniejsze i w zasadzie inne w charakterze, przypominają mi jeden z moich ukochanych albumów, Marions les Roses.
Waterstrider - Nowhere Now
Czekałem na te płytę, odkąd tylko usłyszałem Redwood. Indie rock podbity Afryką - jestem zawsze na tak. Jednak album zespołu Nate'a Salmana nie jest taki oczywisty. Tak, Afryka (Zachodnia i Kongo) to ważne odniesienie i inspiracja, ale nie jedyne. Wysublimowane melodie przywodzą na myśl Vetiver, a falsetowy wokal Josh Klingohffera. Nowhere Now w swojej"lepkości" brzmienia i słoneczności lokują się bardzo blisko Gold Codes, jednej z mojej ulubionych zeszłorocznych płyt. Zresztą Waterstrider i Gold Codes są jak dwie strony medalu. Oba zespoły łącza Afrykę z indie i psychodelią, tworząc fantastyczne, złożone piosenki. I podobnie, jak debiut Brytyjczyków, Nowhere Now jest mocnym kandydatem do mojego podsumowania. (Album został usunięty z Bandcampa)
Sobrenadar - Tres
O Pauli Garcii ukrywającej się pod pseudonimem Sobrenadar pisałem już prawie dwa lata temu. Tres zbiera jej dotychczasowe wydawnictwa oraz prezentuje zupełnie nowy materiał. Zupełnie nowy nie znaczy jakiejkolwiek rewolucji. Sobrenadar nadal gra syntezatorowy, rozmyty dream pop, który nabiera dodatkowej miękkości dzięki eterycznemu wokalowi (i hiszpańskiemu). Idealna muzyka na lato (które może w tym roku nadejdzie).
Cocanha - 5 cants polifonics a dançar
Kukania jest legendarną krainą wiecznej szczęśliwości pojawiającą się w langwedockich podaniach. Od niej nazwę zespołu zaczerpnęły trzy dziewczyny z Tuluzy. Tytuł ich debiutanckiej EPki mówi właściwie wszystko - to pięć polifonicznych piosenek do tańca. Tradycyjnych, z wyjątkiem Zinga Zanga. Zaaranżowanych bez żadnych fajerwerków. Choć dużo skromniejsze i w zasadzie inne w charakterze, przypominają mi jeden z moich ukochanych albumów, Marions les Roses.
Waterstrider - Nowhere Now
Czekałem na te płytę, odkąd tylko usłyszałem Redwood. Indie rock podbity Afryką - jestem zawsze na tak. Jednak album zespołu Nate'a Salmana nie jest taki oczywisty. Tak, Afryka (Zachodnia i Kongo) to ważne odniesienie i inspiracja, ale nie jedyne. Wysublimowane melodie przywodzą na myśl Vetiver, a falsetowy wokal Josh Klingohffera. Nowhere Now w swojej"lepkości" brzmienia i słoneczności lokują się bardzo blisko Gold Codes, jednej z mojej ulubionych zeszłorocznych płyt. Zresztą Waterstrider i Gold Codes są jak dwie strony medalu. Oba zespoły łącza Afrykę z indie i psychodelią, tworząc fantastyczne, złożone piosenki. I podobnie, jak debiut Brytyjczyków, Nowhere Now jest mocnym kandydatem do mojego podsumowania. (Album został usunięty z Bandcampa)
Sobrenadar - Tres
O Pauli Garcii ukrywającej się pod pseudonimem Sobrenadar pisałem już prawie dwa lata temu. Tres zbiera jej dotychczasowe wydawnictwa oraz prezentuje zupełnie nowy materiał. Zupełnie nowy nie znaczy jakiejkolwiek rewolucji. Sobrenadar nadal gra syntezatorowy, rozmyty dream pop, który nabiera dodatkowej miękkości dzięki eterycznemu wokalowi (i hiszpańskiemu). Idealna muzyka na lato (które może w tym roku nadejdzie).
wtorek, 6 maja 2014
Off Folk
Dużo działo się ostatnio w materii ogłoszeń festiwalowych. Najpierw, jeszcze w kwietniu, cały lineup ogłosił niezawodny, jak zwykle Ethno Port. W tym roku najbardziej wypatruję występów Hosseina Alizadeha i Pejmana Hadadiego na zakończenie festiwalu, roztańczonych Kongijczyków (ale nie tych z dawnego Zairu, lecz Kongo-Brazzaville) z Les Tambours de Brazza, trębaczy z Fanfare Ciocarlia, tureckie Taksim Trio oraz koncert rozpoczynający wydarzenie, czyli Dhafera Youseffa. Oczywiście, pozostali wykonawcy tez niczego sobie, międzykontynentalna współpraca Trebuniów-Tutków i Twinkle Brothers budzi dobre wspomnienia z ich warszawskiego występu sprzed kilku lat, a Transkapelę widziałem pięć lat temu na Globaltice, która szczęśliwie w tym roku się odbędzie. Po nieudanym konkursie na dotację z Ministerstwa Kultury przyszłość nadmorskiego festiwalu zawisła na włosku, jednak dzięki determinacji organizatorów dziesiąta edycja odbędzie się. Na razie została ogłoszona jedna gwiazda imprezy Sierra Leone's Refugee All Stars i polski Mozaik.
Mimo tego w ostatnich dniach największe wrażenie zrobił Off Festival. Nie chodzi mi o Slowdive czy kolejne w większości anonimowe amerykańskie gitarowe zespoły, ale o trzy rzeczy. Po pierwsze, Orchestre Poly-Rythmo de Cotonou z Beninu, legenda muzyki afrykańskiej, która kładła podwaliny pod afrobeat. Już samo to ogłoszenie Rojkowi należy się medal. A to nie wszystko, 2. sierpnia z okazji roku Kolberga scena eksperymentalna zmienia się w folkową, a tam Kapela Brodów, Karpaty Magiczne, Frank Fairfield, mimo folkowości mocno wpisujący się w charakter sceny eksperymentalnej Jerusalem in My Heart, Same Suki, DakhaBrakha (którzy pokazują zazębianie się alternatywy z muzyką tradycyjną, grali przecież kiedyś na Ethno Porcie) czy wreszcie wiksujący Senegalczycy i Niemiec Mark Ernestus & Jeri Jeri. To będzie najlepszy dzień festiwalu, a ja pewnie nie opuszczę ani jednego z tych koncertów. Jednak najważniejszy jest fakt, że to nie jednorazowa podmiana, by wpisać się w kolejną rocznicę. Jeden folkowy dzień ma być na scenie eksperymentalnej co roku.
Czekam na edycję z Sahel Sounds w roli głównej.
Mimo tego w ostatnich dniach największe wrażenie zrobił Off Festival. Nie chodzi mi o Slowdive czy kolejne w większości anonimowe amerykańskie gitarowe zespoły, ale o trzy rzeczy. Po pierwsze, Orchestre Poly-Rythmo de Cotonou z Beninu, legenda muzyki afrykańskiej, która kładła podwaliny pod afrobeat. Już samo to ogłoszenie Rojkowi należy się medal. A to nie wszystko, 2. sierpnia z okazji roku Kolberga scena eksperymentalna zmienia się w folkową, a tam Kapela Brodów, Karpaty Magiczne, Frank Fairfield, mimo folkowości mocno wpisujący się w charakter sceny eksperymentalnej Jerusalem in My Heart, Same Suki, DakhaBrakha (którzy pokazują zazębianie się alternatywy z muzyką tradycyjną, grali przecież kiedyś na Ethno Porcie) czy wreszcie wiksujący Senegalczycy i Niemiec Mark Ernestus & Jeri Jeri. To będzie najlepszy dzień festiwalu, a ja pewnie nie opuszczę ani jednego z tych koncertów. Jednak najważniejszy jest fakt, że to nie jednorazowa podmiana, by wpisać się w kolejną rocznicę. Jeden folkowy dzień ma być na scenie eksperymentalnej co roku.
Czekam na edycję z Sahel Sounds w roli głównej.
piątek, 25 kwietnia 2014
Kup płytę
Jutro (i pojutrze) odbędzie się polska edycja Record Store Day, dnia sklepu płytowego. W ciągu lat rozrósł się z inicjatywy mającej ratować małe sklepy płytowe przed upadkiem spowodowanym popularnością sklepów wielkopowierzchniowych, jak Wal-Mart do prawie ogólnoświatowego wydarzenia. RSD ma zwracać uwagę na małe sklepy i wytwórnie. Zawsze odbywa się w trzecią sobotę kwietnia. Zawsze? Nie.
W Polsce tegoroczna edycja RSD odbywa się tydzień później, bo trzecia sobota kwietnia okazała się być tą Wielką. Rozumiem i popieram do pewnego stopnia tę decyzję, ale doskonale pokazuje ona, jak bardzo na marginesie codzienności znajduje się muzyka. Jednak mimo tego oraz dominacji Empiku, można patrzeć w przyszłość z ostrożnym optymizmem.
Choć najczęściej kupuję płyty przez Internet lub na koncertach, lubię chodzić do sklepów płytowych, przegrzebać stosy winyli i CD, bo może trafi się coś interesującego. Miejsc, gdzie można to zrobić pojawia się w Warszawie coraz więcej. Jest Nie zawsze musi być chaos, gdzie trafiłem na Krar Collective, warto przejść się do Pardon, To Tu nie tylko na koncert, bo wybór płyt mają bardzo interesujący (choć ceny trochę za wysokie). Główna impreza związana z RSD skupiona jest wokół Side One (przede wszystkim rap i okolice, ale trafiłem tam na reedycję "Vol. 2" malijskiej orkiestry Super Djata Band de Bamako). W tym roku wyjątkowo w Sztukach i Sztuczkach przy Szpitalnej 8 odbędzie się część dzienna, czyli po prostu kiermasz płyt z małych wytwórni. Wystawi się ich ponad 30. Od elektroniki do indie rocka. Szkoda tylko, że prawie żadna nie zdecydowała się na specjalne, okolicznościowe wydawnictwa, z których słynie ten dzień.
Warto jutro (i pojutrze - w Krakowie) udać się na RSD i kupić płytę. Bo może w przyszłym roku będzie jeszcze lepiej.
W Polsce tegoroczna edycja RSD odbywa się tydzień później, bo trzecia sobota kwietnia okazała się być tą Wielką. Rozumiem i popieram do pewnego stopnia tę decyzję, ale doskonale pokazuje ona, jak bardzo na marginesie codzienności znajduje się muzyka. Jednak mimo tego oraz dominacji Empiku, można patrzeć w przyszłość z ostrożnym optymizmem.
Choć najczęściej kupuję płyty przez Internet lub na koncertach, lubię chodzić do sklepów płytowych, przegrzebać stosy winyli i CD, bo może trafi się coś interesującego. Miejsc, gdzie można to zrobić pojawia się w Warszawie coraz więcej. Jest Nie zawsze musi być chaos, gdzie trafiłem na Krar Collective, warto przejść się do Pardon, To Tu nie tylko na koncert, bo wybór płyt mają bardzo interesujący (choć ceny trochę za wysokie). Główna impreza związana z RSD skupiona jest wokół Side One (przede wszystkim rap i okolice, ale trafiłem tam na reedycję "Vol. 2" malijskiej orkiestry Super Djata Band de Bamako). W tym roku wyjątkowo w Sztukach i Sztuczkach przy Szpitalnej 8 odbędzie się część dzienna, czyli po prostu kiermasz płyt z małych wytwórni. Wystawi się ich ponad 30. Od elektroniki do indie rocka. Szkoda tylko, że prawie żadna nie zdecydowała się na specjalne, okolicznościowe wydawnictwa, z których słynie ten dzień.
Warto jutro (i pojutrze - w Krakowie) udać się na RSD i kupić płytę. Bo może w przyszłym roku będzie jeszcze lepiej.
wtorek, 31 grudnia 2013
Polska 2013: wstęp
Spoglądając na mijające dziś 365 dni, śmiało mogę napisać: to był ten rok. Po latach kompleksów (z każdym rokiem coraz mniej uzasadnionych) wobec muzyki zagranicznej, anegdot o niemożności wyboru polskiej płyty roku (bo wszystkie takie złe), można już przestać się czegokolwiek i przed kimkolwiek wstydzić. Pozbądźmy się wstydu raz na zawsze. Ten, 2013 rok zapamiętam przede wszystkim, jako dwunastomiesięczną erupcję kreatywności polskich artystów (a Kuby Ziołka w szczególności). Po raz pierwszy dużo trudniej było mi ułożyć rodzime dziesiątki do podsumowań T-Mobile Music i Uwolnij Muzykę!. Z powodu natłoku dobroci. Wybrana przeze mnie dwudziestka do własnego zestawienia nie wyczerpuje tematu w żadnym wypadku. Poza nią znaleźli się chociażby Ampacity, XXANAXX, Makowiecki, Fern, Cukunft, Shofar, BOKKA i wielu innych, którzy nagrali w 2013 roku dobre i bardzo dobre albumy. Konkurencja była niezwykle silna.
Cieszy fakt, że po latach bezmyślnego kopiowania wzorców anglosaskich, polscy artyści zwrócili się w stronę lokalności, płyt odnoszących się do różnie pojmowanej rodzimej tradycji i kultury. Nie tylko ci związani z muzyka etniczną i ludową. A ci, dla których punktem odniesienia nadal jest Nowy Jork i Londyn, nie boją się przemycać własnej tożsamości. I to moim zdaniem jest najważniejsza cecha 2013 roku w polskiej muzyce.
Dlaczego więc tworzę oddzielne podsumowanie dla naszej muzyki? Z wygody, przyzwyczajenia, wreszcie, zgromadzone na jednej liście robią jeszcze większe wrażenie.
Cieszy fakt, że po latach bezmyślnego kopiowania wzorców anglosaskich, polscy artyści zwrócili się w stronę lokalności, płyt odnoszących się do różnie pojmowanej rodzimej tradycji i kultury. Nie tylko ci związani z muzyka etniczną i ludową. A ci, dla których punktem odniesienia nadal jest Nowy Jork i Londyn, nie boją się przemycać własnej tożsamości. I to moim zdaniem jest najważniejsza cecha 2013 roku w polskiej muzyce.
Dlaczego więc tworzę oddzielne podsumowanie dla naszej muzyki? Z wygody, przyzwyczajenia, wreszcie, zgromadzone na jednej liście robią jeszcze większe wrażenie.
poniedziałek, 30 grudnia 2013
Co tam panie słychać w Afryce?
W 2013 roku muzycy afrykańscy coraz śmielej przebijali się do świadomości słuchaczy zachodnich. Najgłośniej było słychać tych, którzy grali na gitarach.
Przypomniałem kilka najciekawszych afrykańskich gitarowych albumów z mijającego roku.
piątek, 14 czerwca 2013
5 powodów, by jechać na Globaltikę
1. Miejsce
Trójmiasto fajne jest. To wiemy wszyscy. Wiemy też, że w Trójmieście najfajniejsza jest Gdynia. Modernistyczne centrum, morze, port, lasy, trolejbusy. Trudno nie pokochac tego miasta. Jeśli przeprowadzać się, to właśnie tam. Na granicy Gdyni i Sopotu znajduje się park Kolibki, w którym zaraz przy plaży co roku odbywa się Globaltica. Dwa lata temu jeden dzień również nad samym brzegiem morza. W tym - jeden koncert będzie miał miejsce w nieodległym Teatrze Muzycznym
2. Termin
Gdynia wśród swoich wszelkich zalet ma jedną wadę. Odwiedza się ją przede wszystkim w trakcie Open'era. Na szczęście, Globaltica odbywa się w ostatni tydzień lipca (w tym roku 24-28), gdy już na pewno wszyscy zamiejscowi openerowicze wrócą do siebie.
3. Spokój
Nie nabiegacie kilometrów między scenami, nie będzie żadnych dylematów pt. "wszystkie zespoły, które chciałem zobaczyć na tym festiwalu grają o tej samej porze", nie będziecie musieli wkuwać rozpiski na pamięć. Kameralność jest jedną z największych zalet Globaltiki. Choć sceny będą w tym roku dwie, żaden koncert się nie nakłada, spokojnie zdążycie przemieścić się z miejsca na miejsce, po prostu doskonale. Festiwal to nie wyścigi.
4. Artyści
Nie znamy jeszcze wszystkich artystów, którzy zagrają w Gdyni, ale już teraz wiadomo, że będzie bardzo interesująco. Znakiem rozpoznawczym organizatorów od kilku lat jest zapraszanie mniej oczywistych artystów "world music". Tak jest i w tym roku. Ja, póki co, najbardziej ciesze się z obecności Watcha Clan, marsylskiej grupy łączącej północnoafrykańską muzykę tradycyjna z elektroniką. Warto też zwrócić uwage na Mahotella Queens, legendę muzyki południowoafrykańskiej, staż mają prawie tak długi, jak Stonesi. Polskim akcentem będzie Orkiestra św. Mikołaja, obchodząca swoje dwudzieste piąte urodziny oraz zespół Buby Kuyateh. Do tego psychodeliczna, kwaśna salsa z Portoryko, cygański rock'n'roll z Serbii, męski chór z Gruzji. Na zakończenie festiwalu zaśpiewa Claudia Aurora, która mnie bardzo kojarzy się z Aną Mourą. A to nie wszystkie atrakcje, następne ogłoszenia pod koniec czerwca.
5. Cena
Choć przez Internet przetoczyła się debata o publicznym wkładzie w kulturę i dlaczego to źle, to jednak ma ona swoje dobre strony. Karnety na tegoroczną edycję kosztują 35 zł i mimo tego że trzeba dopłacić 50 zł za koncert Claudii Aurory w Teatrze Muzycznym, nadal jest to śmiesznie niska cena. Nic tylko jechać do Gdyni.
Trójmiasto fajne jest. To wiemy wszyscy. Wiemy też, że w Trójmieście najfajniejsza jest Gdynia. Modernistyczne centrum, morze, port, lasy, trolejbusy. Trudno nie pokochac tego miasta. Jeśli przeprowadzać się, to właśnie tam. Na granicy Gdyni i Sopotu znajduje się park Kolibki, w którym zaraz przy plaży co roku odbywa się Globaltica. Dwa lata temu jeden dzień również nad samym brzegiem morza. W tym - jeden koncert będzie miał miejsce w nieodległym Teatrze Muzycznym
2. Termin
Gdynia wśród swoich wszelkich zalet ma jedną wadę. Odwiedza się ją przede wszystkim w trakcie Open'era. Na szczęście, Globaltica odbywa się w ostatni tydzień lipca (w tym roku 24-28), gdy już na pewno wszyscy zamiejscowi openerowicze wrócą do siebie.
3. Spokój
Nie nabiegacie kilometrów między scenami, nie będzie żadnych dylematów pt. "wszystkie zespoły, które chciałem zobaczyć na tym festiwalu grają o tej samej porze", nie będziecie musieli wkuwać rozpiski na pamięć. Kameralność jest jedną z największych zalet Globaltiki. Choć sceny będą w tym roku dwie, żaden koncert się nie nakłada, spokojnie zdążycie przemieścić się z miejsca na miejsce, po prostu doskonale. Festiwal to nie wyścigi.
4. Artyści
Nie znamy jeszcze wszystkich artystów, którzy zagrają w Gdyni, ale już teraz wiadomo, że będzie bardzo interesująco. Znakiem rozpoznawczym organizatorów od kilku lat jest zapraszanie mniej oczywistych artystów "world music". Tak jest i w tym roku. Ja, póki co, najbardziej ciesze się z obecności Watcha Clan, marsylskiej grupy łączącej północnoafrykańską muzykę tradycyjna z elektroniką. Warto też zwrócić uwage na Mahotella Queens, legendę muzyki południowoafrykańskiej, staż mają prawie tak długi, jak Stonesi. Polskim akcentem będzie Orkiestra św. Mikołaja, obchodząca swoje dwudzieste piąte urodziny oraz zespół Buby Kuyateh. Do tego psychodeliczna, kwaśna salsa z Portoryko, cygański rock'n'roll z Serbii, męski chór z Gruzji. Na zakończenie festiwalu zaśpiewa Claudia Aurora, która mnie bardzo kojarzy się z Aną Mourą. A to nie wszystkie atrakcje, następne ogłoszenia pod koniec czerwca.
5. Cena
Choć przez Internet przetoczyła się debata o publicznym wkładzie w kulturę i dlaczego to źle, to jednak ma ona swoje dobre strony. Karnety na tegoroczną edycję kosztują 35 zł i mimo tego że trzeba dopłacić 50 zł za koncert Claudii Aurory w Teatrze Muzycznym, nadal jest to śmiesznie niska cena. Nic tylko jechać do Gdyni.
sobota, 18 maja 2013
Rewolucja nie umarła
Maciek Piasecki na łamach T-Mobile-Music w tekście o śmierci muzycznej lewicy próbuje wyjaśnić, dlaczego muzycy nie piszą już protest songów. Zgodzić można się w pełni jedynie z pierwszym słowem tytułu jego tekstu "TU już nie będzie rewolucji", ona dzieje się gdzie indziej.
Podobnie nie umarły protest songi. W tym samym czasie, gdy zawiązywał się ruch Occupy, a Londyn ogarniały zamieszki, północna Afryka i Bliski Wschód budziły się ze snu Arabskiej Wiosny. Autorytarne reżimy zostały zmiecione przez (naprawdę) masowe protesty w Egipcie, Tunezji i Jemenie. Nie wszędzie poszło tak gładko. Libijczycy w krwawy sposób usunęli Muammara Kaddafiego (co pośrednio wpłynęło na kolejne tuareskie powstanie), a Baszar Al-Assad wraz z antyrządowymi rebeliantami postanowili utopić Syrię we krwi. Wszędzie tam byli muzycy. Część z gitarami, część zamieniła je na karabiny.
Wszystko zaczęło się od samospalenia Mohameda Bouazizego, dwudziestosześcioletniego ulicznego sprzedawcy. Na to wydarzenie niemal natychmiast zareagowała mieszkająca od 2008 roku w Paryżu Emel Mathlouthi. Do Francji wyemigrowała z powodu różnych szykan ze strony reżimu, w tym zakazu emisji jej utworów w radiu i telewizji. Dzięki Internetowi jej piosenka "Kelmti Horra" stała się hymnem tunezyjskiego przewrotu. W swojej muzyce Mathlouthi łączy ciężką, trochę trip-hopową elektronikę z folkiem (nie tylko arabskim, lecz również dylanowskim) i orkiestrowymi, patetycznymi aranżacjami. W marcu ubiegłego roku, gdy rządy Ben Alego były tylko złym wspomnieniem, ukazał się debiutancki album artystki, zatytułowany, jak jej najsłynniejszy protest song. Co ciekawe, wydawcą jest francuska wytwórnia World Village, a Mathlouthi w rodzinnej Tunezji gra sporadycznie.
W Egipcie rewolucja brzmiała na więcej głosów. Najgłośniej przebijał się Ramy Essam, od samego początku biorący udział w manifestacjach na kairskim placu Tahrir. Zamieszkał tam w namiocie i dzień w dzień pisał piosenki, które potem wykonywał publicznie przynajmniej kilka razy dziennie. Najpierw po prostu wśród ludzi, następnie na prowizorycznych scenach. Jego piosenki to z jednej strony klasyka muzyki buntu w zachodnim rozumieniu, tylko na głos i gitarę, z drugiej Essam w nagraniach nie stroni od nowoczesnych brzmień, dubstepowe dropy nie są mu obce. Inną, subtelniejszą drogę obrała Youssra El Hawary niż nie przebierający w słowach i środkach gitarzysta. Jej "bronią" jest akordeon i błyskotliwe teksty. Najsłynniejszy jej utwór "El Soor" do słów Waleda Tahora odnosi się już do porewolucyjnego Egiptu i tytułowego muru oddzielającego dzielnicę rządową od reszty Kairu. Głośno również protestowali egipscy raperzy.
To tylko kilka przykładów, które absolutnie nie są wyczerpujące. Warto przy tym pamiętać, że utożsamianie arabskich protest songów jedynie z lewicą jest równie błędne co zakładanie śmierci muzyki buntu w ogóle. Obalane reżimy odwoływały się do socjalistycznych wartości i były całkowicie świeckie. W manifestacjach natomiast brali udział zarówno członkowie islamistycznych grup, jak różne frakcje lewicowe.Te protesty różniły się od wydarzeń w USA i Zjednoczonym Królestwie również tym, że na przykład Occupy Wall Street otrzymało wsparcie od części uznanych muzyków, jak Bruce'a Springsteena czy Neila Younga, to arabskie gwiazdy siedziały bardzo cicho i zabrały głos dopiero, gdy znany był już wynik starcia.
Świat arabski to tylko jeden z przykładów na fałszywość twierdzenia o śmierci protest songu. Budzi się południowowschodnia Azja, po poluzowaniu reżimu z zupełnego podziemia wyszli birmańscy punkowcy, w Afryce Subsaharyjskiej muzyka zaangażowana społecznie i politycznie przeżywa renesans, szczególnie w Mali, Nigerii i Senegalu (o czym prawdopodobnie napiszę wkrótce), o tuareskiej muzyce zaangażowanej już pisałem. Piasecki pisze "w zachodniej muzyce kończy się zatem etap, który trwał co najmniej od zaangażowanych społecznie bluesowych ballad Wielkiego Kryzysu", jednak nawet w Europie nie jest to zjawisko martwe. Owszem, w Grecji najmocniej i najgłośniej grzmiał ponad sześćdziesięcioletni Yannis Aggelakis, jednak do świadomości ogółu przebijali się z równą mocą raperzy z Soul System czy Active Member, którzy w swoich tekstach nie tylko wzywają do buntu, ale zamieszczają poważne deklaracje polityczne. W Portugalii protesty zostały częściowo zainspirowane piosenką powstałego w 2006 roku kwartetu Deolinda. Wystarczy tylko pamiętać, że świat nie kończy się na Nowym Jorku i Londynie.
Podobnie nie umarły protest songi. W tym samym czasie, gdy zawiązywał się ruch Occupy, a Londyn ogarniały zamieszki, północna Afryka i Bliski Wschód budziły się ze snu Arabskiej Wiosny. Autorytarne reżimy zostały zmiecione przez (naprawdę) masowe protesty w Egipcie, Tunezji i Jemenie. Nie wszędzie poszło tak gładko. Libijczycy w krwawy sposób usunęli Muammara Kaddafiego (co pośrednio wpłynęło na kolejne tuareskie powstanie), a Baszar Al-Assad wraz z antyrządowymi rebeliantami postanowili utopić Syrię we krwi. Wszędzie tam byli muzycy. Część z gitarami, część zamieniła je na karabiny.
Wszystko zaczęło się od samospalenia Mohameda Bouazizego, dwudziestosześcioletniego ulicznego sprzedawcy. Na to wydarzenie niemal natychmiast zareagowała mieszkająca od 2008 roku w Paryżu Emel Mathlouthi. Do Francji wyemigrowała z powodu różnych szykan ze strony reżimu, w tym zakazu emisji jej utworów w radiu i telewizji. Dzięki Internetowi jej piosenka "Kelmti Horra" stała się hymnem tunezyjskiego przewrotu. W swojej muzyce Mathlouthi łączy ciężką, trochę trip-hopową elektronikę z folkiem (nie tylko arabskim, lecz również dylanowskim) i orkiestrowymi, patetycznymi aranżacjami. W marcu ubiegłego roku, gdy rządy Ben Alego były tylko złym wspomnieniem, ukazał się debiutancki album artystki, zatytułowany, jak jej najsłynniejszy protest song. Co ciekawe, wydawcą jest francuska wytwórnia World Village, a Mathlouthi w rodzinnej Tunezji gra sporadycznie.
W Egipcie rewolucja brzmiała na więcej głosów. Najgłośniej przebijał się Ramy Essam, od samego początku biorący udział w manifestacjach na kairskim placu Tahrir. Zamieszkał tam w namiocie i dzień w dzień pisał piosenki, które potem wykonywał publicznie przynajmniej kilka razy dziennie. Najpierw po prostu wśród ludzi, następnie na prowizorycznych scenach. Jego piosenki to z jednej strony klasyka muzyki buntu w zachodnim rozumieniu, tylko na głos i gitarę, z drugiej Essam w nagraniach nie stroni od nowoczesnych brzmień, dubstepowe dropy nie są mu obce. Inną, subtelniejszą drogę obrała Youssra El Hawary niż nie przebierający w słowach i środkach gitarzysta. Jej "bronią" jest akordeon i błyskotliwe teksty. Najsłynniejszy jej utwór "El Soor" do słów Waleda Tahora odnosi się już do porewolucyjnego Egiptu i tytułowego muru oddzielającego dzielnicę rządową od reszty Kairu. Głośno również protestowali egipscy raperzy.
To tylko kilka przykładów, które absolutnie nie są wyczerpujące. Warto przy tym pamiętać, że utożsamianie arabskich protest songów jedynie z lewicą jest równie błędne co zakładanie śmierci muzyki buntu w ogóle. Obalane reżimy odwoływały się do socjalistycznych wartości i były całkowicie świeckie. W manifestacjach natomiast brali udział zarówno członkowie islamistycznych grup, jak różne frakcje lewicowe.Te protesty różniły się od wydarzeń w USA i Zjednoczonym Królestwie również tym, że na przykład Occupy Wall Street otrzymało wsparcie od części uznanych muzyków, jak Bruce'a Springsteena czy Neila Younga, to arabskie gwiazdy siedziały bardzo cicho i zabrały głos dopiero, gdy znany był już wynik starcia.
Świat arabski to tylko jeden z przykładów na fałszywość twierdzenia o śmierci protest songu. Budzi się południowowschodnia Azja, po poluzowaniu reżimu z zupełnego podziemia wyszli birmańscy punkowcy, w Afryce Subsaharyjskiej muzyka zaangażowana społecznie i politycznie przeżywa renesans, szczególnie w Mali, Nigerii i Senegalu (o czym prawdopodobnie napiszę wkrótce), o tuareskiej muzyce zaangażowanej już pisałem. Piasecki pisze "w zachodniej muzyce kończy się zatem etap, który trwał co najmniej od zaangażowanych społecznie bluesowych ballad Wielkiego Kryzysu", jednak nawet w Europie nie jest to zjawisko martwe. Owszem, w Grecji najmocniej i najgłośniej grzmiał ponad sześćdziesięcioletni Yannis Aggelakis, jednak do świadomości ogółu przebijali się z równą mocą raperzy z Soul System czy Active Member, którzy w swoich tekstach nie tylko wzywają do buntu, ale zamieszczają poważne deklaracje polityczne. W Portugalii protesty zostały częściowo zainspirowane piosenką powstałego w 2006 roku kwartetu Deolinda. Wystarczy tylko pamiętać, że świat nie kończy się na Nowym Jorku i Londynie.
czwartek, 2 grudnia 2010
Kilka wynurzeń o muzyce, dziennikarstwie i kulturze
Zanim zabrałem się za nowego Kanyego, wpadłem na Porcysiu na recenzję "My Beautiful Dark Twisted Fantasy" pióra Borysa Dejnarowicza. To raczej esej o popkulturze, ale Dejnarowicz już tak ma. Zostawmy na chwilę, ciekawe swoją drogą, rozważania o wpływie pozycji w popkulturze autora na ocenę płyty, pierwszej dziesiątki PFM od ośmiu lat i jak ona wpłynie na gitarowych nudziarzy i skupmy się na poruszonym przez Dejnarowicza problemie "amerykocentryzmu" prezentowanego min. właśnie przez Pitchforka. O przekonaniu PFM o wyższości muzycznej własnego kraju nad resztą świata pisał już chociażby na swoim blogu Mariusz Herma. Dejnarowicz w swoim tekście rozszerza ten zarzut (słusznie) na inne media i w swoim stylu przechodzi do analiz tego zjawiska. W pewnym momencie chciałem bronić Pitchforka, bo przecież zrecenzowali w tym roku Omara Khorshida i Omara Souleymana. Chwilę później druga myśl znokautowała pierwszą jednym prostym pytaniem: kto ich wydaje? Sublime Frequencies, goście z Seattle. Nawet arabskich muzyków PFM wybiera do recenzji, bo ich wydawca jest made in US.
Z drugiej strony, my odbiorcy nie jesteśmy całkiem bez winy. Jasne, ciągle jesteśmy bombardowani amerykańską kulturą, świat się homogenizuje, ale ciągle mamy wybór. Internet i blogi gości, którzy jeżdżą po świecie i nagrywają lokalsów, czy gości wrzucających cały katalog Jugotonu ułatwiają nam poszukiwania zajawek spoza anglosaskiego kręgu kulturowego. Nie namawiam w tym miejscu do pokazania środkowego palca chłopcom i dziewczynom zza Wielkiej Wody, ja też przecież najbardziej lubię muzykę made in USA. Chodzi mi tylko o dywersyfikację źródeł. Ostatnie kilka lat w polskiej muzyce były jak wiemy bardzo inspirujące. O czym zresztą przekonałem się dopiero dołączając do Uwolnij Muzykę! Od kilku miesięcy szukam muzyki z byłej Jugosławii czy Afryki i okazuje się, że ona pod wieloma względami przewyższa produkcje zachodnie. Wróćmy jednak do tekstu Dejnarowicza (na powrót do Kanyego przyjdzie czas).
Jedna rzecz w wywodzie Dejnarowicza walnęła mnie niczym obuchem. I tu posłużę się cytatem:
No właśnie, co z "My Dark Twisted Fantasy". Trzynaście długaśnych kawałków, całość ma 69 minut. Jestem po jednym przesłuchaniu, więc nie będę się silił na recenzję. Drugie przesłuchanie miało miejsce podczas pisania tego tekstu. Męczyła mnie ta płyta momentami straszliwie, czego dowodem jest fakt, że po sześciu kawałkach wyłączyłem Kanyego i jego zastępy gości, i zapuściłem sobie "Kilka numerów o czymś" Małpy. Płytę, o której istnieniu nie ma pojęcia dziennikarz PFM, bo po co.
Z drugiej strony, my odbiorcy nie jesteśmy całkiem bez winy. Jasne, ciągle jesteśmy bombardowani amerykańską kulturą, świat się homogenizuje, ale ciągle mamy wybór. Internet i blogi gości, którzy jeżdżą po świecie i nagrywają lokalsów, czy gości wrzucających cały katalog Jugotonu ułatwiają nam poszukiwania zajawek spoza anglosaskiego kręgu kulturowego. Nie namawiam w tym miejscu do pokazania środkowego palca chłopcom i dziewczynom zza Wielkiej Wody, ja też przecież najbardziej lubię muzykę made in USA. Chodzi mi tylko o dywersyfikację źródeł. Ostatnie kilka lat w polskiej muzyce były jak wiemy bardzo inspirujące. O czym zresztą przekonałem się dopiero dołączając do Uwolnij Muzykę! Od kilku miesięcy szukam muzyki z byłej Jugosławii czy Afryki i okazuje się, że ona pod wieloma względami przewyższa produkcje zachodnie. Wróćmy jednak do tekstu Dejnarowicza (na powrót do Kanyego przyjdzie czas).
Jedna rzecz w wywodzie Dejnarowicza walnęła mnie niczym obuchem. I tu posłużę się cytatem:
Podam przykład. Pewien znany recenzent PFM przyznał parę dni temu publicznie, że wysłuchał w tym roku 70 płyt i dlatego układając swoją listę top50 na głosowanie w PFM pod koniec sięgał już po tytuły średnio go pasjonujące. Ja wiem, czego on słuchał. W połowie "obowiązujących", "głośnych" "amerykańskich" premier, a w połowie polatał sobie po blogach i wytwórniach, które ceni. Facet nigdy się nie dowie, czy aby przypadkiem w jego top50 nie znalazłyby się płyty Tin Pan Alley bądź Kristen – a to dlatego, że ich nie poznał. Jego punkt widzenia jest amerykański i tacy właśnie ludzie są częściami składowymi "Metacritics", "Pazz & Jop" etc. Kolo jest profesjonalnym dziennikarzem.Dla tych, którzy tak, jak ja, nie mogą uwierzyć w to, co przed chwilą przeczytali streszczę te rewelacje własnymi słowami. Jeden z dziennikarzy Pitchforka, jednego z najbardziej opiniotwórczych mediów, przesłuchał 3 razy mniej nowych płyt niż ja. Gdy przeczytałem te słowa pierwszy raz, poczułem jak moja szczęka robi dziurę w podłodze i leciiii. Teraz jest pewnie gdzieś w okolicach Nowej Zelandii. Tyle moich żalów. Wracamy do Kanyego.
No właśnie, co z "My Dark Twisted Fantasy". Trzynaście długaśnych kawałków, całość ma 69 minut. Jestem po jednym przesłuchaniu, więc nie będę się silił na recenzję. Drugie przesłuchanie miało miejsce podczas pisania tego tekstu. Męczyła mnie ta płyta momentami straszliwie, czego dowodem jest fakt, że po sześciu kawałkach wyłączyłem Kanyego i jego zastępy gości, i zapuściłem sobie "Kilka numerów o czymś" Małpy. Płytę, o której istnieniu nie ma pojęcia dziennikarz PFM, bo po co.
wtorek, 30 listopada 2010
Oficjalny soundtrack do filmu pt. "Grudzień 2010"
Grudzień zaczyna się dopiero jutro, ale już pogoda iście zimowa. Odświeżam w takim razie cykl zapoczątkowany w październiku.
Tym razem przenosimy się z Nowego Jorku na północny wschód. Daleko na północ, na wschód trochę mniej i lądujemy, cóż za zaskoczenie, na Islandii. Islandczycy zimową muzykę mają we krwi, ale czego innego można się spodziewać, po kraju, który wygląda tak:
Jasne, zimy w Reykjaviku nie są może bardzo srogie (na pewno mniej srogie niż nasza ostatnia), ale trwają prawie cały rok ;) Mógłbym tu wymienić prawie każdą islandzką płytę, ale napiszę tylko o dwóch.
Tym razem przenosimy się z Nowego Jorku na północny wschód. Daleko na północ, na wschód trochę mniej i lądujemy, cóż za zaskoczenie, na Islandii. Islandczycy zimową muzykę mają we krwi, ale czego innego można się spodziewać, po kraju, który wygląda tak:
Jasne, zimy w Reykjaviku nie są może bardzo srogie (na pewno mniej srogie niż nasza ostatnia), ale trwają prawie cały rok ;) Mógłbym tu wymienić prawie każdą islandzką płytę, ale napiszę tylko o dwóch.
Druga płyta mum to nie tylko jedna z najlepszych płyt kończącej się dziesięciolatki, ale i absolutnie obowiązkowa pozycja na zimę. Baśniowa, przywodząca na myśl magiczny świat zatopiony w wiecznej zimie. Nie jest to zima niebezpieczna, nie; to zima piękna, ale i melancholijna oraz tajemnicza. Idealna pozycja na wieczorne spacery po śniegu.
Zima z jednej strony podobna, do tej na płycie mum, bo piękna, ale opisana zupełnie z innej perspektywy. Wyobraźmy sobie mały domek na odludziu. Dookoła pola, las i śnieg, a my siedzimy w tej chatce (koniecznie z bali) przy kominku, pijemy ciepłe kakao i przygotowujemy się do wielkiej zabawy w śniegu, względnie z tej zabawy wróciliśmy i grzejemy się przy ogniu. Ech, szkoda tylko, że ich druga płyta jest wielkim zawodem.
Kolejne zimowe płyty prosto z Islandii już za miesiąc
Subskrybuj:
Posty (Atom)










