Pokazywanie postów oznaczonych etykietą magnetofonowa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą magnetofonowa. Pokaż wszystkie posty

piątek, 9 lipca 2021

Dziewczyny na płytach

Kornelia Binicwewicz, fot. Esra Ozdogan

W swoim życiu pisałem do różnych miejsc, wiele z nich już nie istnieje i nie pozostał po nich żaden ślad w internecie. Część z tych "zaginionych" tekstów co jakiś czas przypominam na blogu w niezmienionej formie. W bardzo opóźnionym drugim numerze GAMY znajdziecie mój spory tekst o nowej fali anatolijskiego rocka. To dobry moment, by przypomnieć mój wywiad z Kornelią Binicewicz z Ladies on Records ze starej Gazety Magnetofonowej. Rozmawialiśmy o roli kobiet w muzyce tureckiej.

Opowieść o Polce, która wyjechała do Turcji, by w ramach projektu Ladies on Records zajmować się muzyką potrójnie peryferyjną - bo zapomnianą, bo wykonywaną przez kobiety, bo z Bliskiego Wschodu.

Wyjechałaś trzy lata temu do Stambułu. Jak to wyglądało? Przyjechałaś nad Bosfor, stwierdziłaś, że jest super i już tam zostałaś?

W dużym uproszczeniu tak to wyglądało. Wcześniej zajmowałam się programowaniem festiwali, między innymi rakowskiego Festiwal Kultury Żydowskiej, wcześniej Festiwalu Muzyka i Świat. Od lat kolekcjonowałam płyty winylowe. W pewnym momencie zrozumiałam, że czas zmienić balans w moim życiu. Będąc kuratorem i producentem festiwali, moim głównym celem było uszczęśliwienie uczestników. Chciałam uszczęśliwić siebie. Dlatego zdecydowałam się wyjechać, skupić się na muzyce wykonywanej przez kobiety. Najpierw wyjechałam na miesiąc do Stambułu, by znaleźć jak najwięcej płyt z lat sześćdziesiątych, siedemdziesiątych. Ten miesiąc w Stambule był fantastyczny. Odkrywałam muzykę, o której nie śniłam. Spotykałam się z ludźmi, robiłam wywiady. Im dalej w las, tym więcej drzew. Po powrocie do Polski złożyłam wypowiedzenie, spakowałam swoje płyty i poleciałam do Stambułu, już na stałe. Oczywiście, był to bardzo ryzykowny krok, ale każda decyzja jest obarczona ryzykiem. Świetnie się czuję w Stambule, to najlepsza decyzja, jaką mogłam podjąć.

Dlaczego skupiłaś się na muzyce tureckiej?

Nie zajmuję się tylko muzyką turecką. Cały projekt Ladies on Records opiera się na eksploracji muzyki wokalistek z lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych z całego świata. Interesuje mnie przede wszystkim Bliski Wschód, basen Morza Śródziemnego, Europa Wschodnia, Środkowa. Projekt zakłada eksplorowanie muzyki poprzez digging, czyli szukanie płyt winylowych, odkrywanie historii i opowiadanie o nich, czyli docieranie do pierwotnego źródła, robienie mikstejpów, granie didżejsetów, pisanie. I co najważniejsze – wydawanie dawnej muzyki na nowo, czyli tworzenie kompilacji i reedycji nagrań z lat 60tych, 70tych i 80-tych.

Od wielu lat zbierałam płyty winylowe, eksplorowałam muzykę przede wszystkim z lat 60. i 70. Interesowałam się muzyką psychodeliczną z tego okresu. Turcja wynikła z poszukiwań i poczucia niedosytu. Stosunkowo dużo wiedziałam na temat muzyki z różnych krajów z lat 60. i 70. i o rożnych sytuacjach kulturowych. Przez fakt, że interesuję się przede wszystkim muzyką kobiecą i wykonywaną przez kobiety, zrozumiałam, że o Turcji wiem zdecydowanie za mało.

To, co mnie przyciągnęła do muzyki tureckiej, to to, jest na rozdrożu między Bliskim Wschodem a Europą. To daje fenomenalne wrażenie poczucia bliskości i odrębności zarazem, poznania i nierozumienia.

Kilkakrotnie wspomniałaś już, że muzyka z lat 60. i 70 to jest ten okres, który najbardziej cię fascynuje. Czy wynika to z tego, że to był okres radykalnej modernizacji społeczeństw pozaeuropejskich?

Między innymi. Jestem antropologiem kultury z wykształcenia i zamiłowania. W muzyce lat 60. i 70., wszędzie, gdziekolwiek pojedziesz i będziesz chciał odkrywać muzykę, doświadczysz jednego bardzo silnego nurtu – łączenia tradycji z nowinkami technologicznymi. Wszędzie na świecie muzycy czerpali inspiracje z muzyki amerykańskiej i brytyjskiej tamtego okresu. Te wpływy były przeniesione na lokalny grunt i interpretowane według lokalnych estetyk. Nurkując w muzyce i kulturze tego czasu możesz odkryć bardzo dużo na temat świata, w którym żyli ludzie, zmiksowanego z nowoczesnym pojęciem estetyki i muzyki. Tak się działo w Polsce, Indonezji, Afryce, Turcji, Libanie, Grecji, Izraelu, Brazylii czy Peru. Ten okres daje bardzo fajny wgląd w połączenia powstające dzięki poszukiwaniu inspiracji poza swoim własnym kręgiem kulturowym.

Jak to wygląda dzisiaj w Turcji? Jest sporo młodych artystów tureckich, którzy odwołują się do brzmień i estetyki tamtego okresu, jednak mam wrażenie, że interesują się nimi bardziej rynki zachodnie niż rodzimy.

Warto zaznaczyć jedną rzecz. Turcja nie zajmuje się swoją muzyką z tamtego okresu. Bardzo trudno jest znaleźć zespoły, które eksplorują tamten okres i starają się zrozumieć, co wtedy wydarzyło się w Turcji. Tak naprawdę nowe zespoły, które eksplorują brzmienia tureckie z lat 60tych czy 70tych w zasadzie nie są typowymi tureckimi zespołami. Tak jest w przypadku Deryi Yildirim i Grup Şimşek.

To, w jaki sposób Turcy interpretują swoją tradycją i jak się do niej odnoszą to temat na inną, fascynującą rozmowę. Derya Yildirim jest córką imigrantów, alewitów, którzy wyjechali z Turcji w latach 70. jako emigranci zarobkowi (gastarbeiter). Jej rodzice zamieszkali w Niemczech i zasymilowali się. Derya reprezentuje pokolenie ludzi, którzy tęsknią za światem swoich rodziców. Muzycy tureccy często nie podejmują się poszukiwań, bo nie ma tego przerwania, którego doświadczają dzieci imigrantów – są tak zanurzeni w swojej kulturze i tradycji, że nie uważają ich za interesujące. Grup Şimşek to zespół zbudowany z muzyków europejskich. W Turcji podobnych zespołów, które eksplorują psychodeliczną muzykę turecką prawie nie ma. Jedną z nielicznych artystek, które obecnie odwołują się do dziedzictwa lat 60. i 70. jest Gaye Su Akyol, która obecnie odnosi sukcesy.

Ona jest przykładem artystki skierowanej na rynki zachodnie.

W ojczyźnie jest znana od dłuższego czasu. Tymczasem została zauważona na Zachodzie i dzięki temu zainteresowali się nią Turcy. Często bywa tak, że akceptują muzykę turecką, po tym, jak ona przyjdzie do nich z zachodu. To jest przypadek...

Kapeli ze wsi Warszawa.

Faktycznie, widzisz, to kolejna rzecz, którą Turcy i Polacy mają wspólną. W podobnej sytuacji jest Selda Bağcan, kultowa obecnie artystka, która rozpoczęła swoją karierę w latach 70. Przez lata była niedoceniana przez młode pokolenie, aż Finders Keepers wydali ponownie jej płytę z 1976 i zaczęła być znowu słuchana w Turcji. Teraz jest wielką diwą. Widzisz, znowu Turcja przegląda się w Zachodzie.

Jaki był status kobiet w tureckiej muzyce w latach, którymi się zajmujesz?

Przede wszystkim, nie taki, jak można było się tego spodziewać, obserwując to zjawisko po latach z Polski. Muzyka turecka w latach 70. to potężny rynek, bo Turcja to bardzo duży kraj z ogromnym zapotrzebowaniem na muzykę. Około 70% katalogów większości tureckich wytwórni to nagrania wokalistek, a o muzyce tureckiej na Zachodzie mówi się przede wszystkim w związku z artystami płci męskiej – Bariş Manco, Erkin Koray, Cem Karaca.

Kobiety najczęściej występowały w muzyce pop. Paradoksalnie, choć kobiet w muzyce było tak wiele, zostanie artystką wcale nie było takie proste. Wszystko zależało od klasy społecznej, z jakiej się pochodziło. Dziewczynom z rodzin burżuazyjnych, wielkomiejskich, bogatych było łatwiej. Jednak, to kolejny turecki paradoks, ich kariery, mimo że pochodziły z zeuropeizowanych, zlaicyzowanych rodzin, kończyły się w momencie zamążpójścia. Mąż i rodzina po prostu nie wyobrażali sobie jej kontynuacji.

Dużo trudniej było w środowiskach bardziej tradycyjnych i religijnych. Przez wieki muzułmanki miały zakaz występów publicznych. Do lat 40. XX wieku piosenkarkami w Turcji były wyłącznie niemuzułmanki – żydówki, Ormianki, Greczynki, Rosjanki. Sytuacja zmieniła się wraz z powstaniem Republiki Tureckiej Atatürka, ale takich rzeczy nie da się łatwo zapomnieć. Bardzo często dziewczyny uciekały z domu, były wyklinane przez rodziny. Dużo zależało też od regionu pochodzenia i wyznawanego odłamu islamu. Jeśli dziewczyna pochodziła z rejonu Morza Czarnego, gdzie mieszka ludność bardzo konserwatywna, stanie się piosenkarką było prawie niemożliwe. Inaczej w przypadku alewitów, odłamu bliskiemu sufizmowi, bardziej liberalnemu – kobiety mogły występować razem z mężczyznami i odgrywały ważną rolę w muzyce ludowej. To bardzo złożona sytuacja.

Na dodatek pozycja artystek nie była bardzo silna. Często funkcjonowały jako ozdoby, ornament orkiestry. Bardzo rzadko pisały teksty, nie grały na instrumentach, nie miały zbyt kreatywnej roli. To dopiero widać, jak się wchodzi głębiej w temat. To mężczyźni pisali teksty o tym, jak to kobietom jest źle. Oczywiście były wyjątki od tej reguły – wspomniana Selda Bağcan, Sezan Aksu, Hümeyra, Ajda Pekkan, Neşe Alkan.

Na jakiej podstawie wybierałaś kobiety do „Turkish Ladies”?

Zajmowałam się Ladies on Records przez trzy lata, pracowałam z różnymi starymi wytwórniami muzycznymi, aż w końcu Sony Music Turkey w zeszłym roku zaproponowało mi stworzenie kompilacji. Oczywiście od razu wiedziałam, że musi to być kompilacja o tureckich piosenkarkach. Wiedziałam, że taka okazja może zdarzyć się tylko raz, dlatego postanowiłam opowiedzieć o bardzo szerokim spektrum artystek. Pokazać, w jaki sposób one funkcjonowały, odpowiedzieć na pytania, które stawiasz w tym wywiadzie. Wybierając utwory, kierowałam się przede wszystkim ich jakością, ale żeby też coś reprezentowały. Chciałam pokazać scenę pop, ale też muzykę psychodeliczną, scenę folkową, scenę arabesk, podkreślić związki piosenkarek z kinem. Innym aspektem było przedstawienie spektrum etnicznego i religijnego artystek.

W efekcie powstała płyta, która pokazuje szerokie grono wokalistek. Mamy tam reprezentantkę Afroturków, Esmeray. Świetna piosenkarka, jedna z moich ukochanych. Jej rodzina wywodzi się z Maroka. Ten świat kulturowy jest zapomniany, mimo że Afroturcy do dziś żyją w Turcji. Są jednak prawie niewidzialni, nie mówi się o ich pochodzeniu. Są wokalistki, które na co dzień były aktorkami lub podkładały głosy w dubbingu. Są alewitki, które bardzo odważnie opowiadają o rzeczywistości. Są artystki związane ze sceną psychodeliczną, z anadolu rock. Nie mogłam nie powiedzieć o gazino, czyli typowo tureckich lokalach, w których prezentowana była najbardziej aktualna muzyka turecka.

To musiało być bardzo trudne zadania, z tego całego ogromu piosenek i wielu piosenkarek wybrać kilkanaście.

Poprzez Sony Music Turkey pracowałam z kilkoma wytwórniami. Dlatego nie wybierałam utworów z całego katalogu muzyki tureckiej. Gdybym mogła wybrać ze wszystkiego, część utworów byłaby na pewno inna. Ale przy okazji mikstejpów mam całkowitą wolność, nie mam przy wyborze piosenek żadnych ograniczeń.

Na szczęście, przy tej kompilacji, miałam dostęp do trzech bardzo ważnych tureckich wytwórni, które zajmowały różne segmenty rynku.

Jakie środowiska prezentowały te wytwórnie?

One wszystkie do dziś istnieją, jak sobie radzą, to inna historia. Elenor był najprężniejszą firmą fonograficzną wydającą dużo popu i muzyki psychodelicznej. Byli zawsze na topie, sprzedawali płyty w ogromnych nakładach. Byli też mocno związani ze sceną filmową i yeşilçam, tureckim hollywoodem. Cokolwiek działo się w kinie tureckim, producenci z Elenor natychmiast to wyłapywali i wydawali u siebie. Kreowali gusta muzyczne. Tam nagrywali genialni artyści popowi, ale przecież turecki pop mocno flirtował z muzyką psychodeliczną.

Türküola wydawała przede wszystkim psychodelıcznym pop-rock i arabesk, czyli muzykę wywodzącą się z połączenia muzyki tureckiej z egipską. Charakteryzuje się mocną obecnością smyczków i tradycyjnych instrumentów. Arabesk to muzyka najbardziej związana z klasą robotniczą. Artyści opowiadali o trudach życia, nieszczęściu w miłości, życiu, pracy.

A Şahplak wydawał głównie lewicowe rzeczy. W latach 70. scena muzyczna była bardzo polityczna, albo się było po prawej, albo po lewej stronie. W zasadzie wszystko było polityczne. Şahplak zajmowała się też sceną folkową, wydawali dużo muzyki tradycyjnej oraz dużo muzyki alewitów.

Miałam szczęście, że mogłam pracować z tymi trzema firmami. Nie chciałam się też skupiać na artystkach, które są już znane. Podświadomie złożyłam tę kompilację tak, że odtwarza moją podróż. Nie każdy może zrobić taki krok, który ja zrobiłam - rzucić pracę, pojechać do obcego kraju i grzebać w starych płytach. Ludzie, którzy są głodni tej muzyki, chcą ją poznawać, więc postanowiłam jak najbardziej podzielić się tym, czego doświadczyłam.

Na ile to jest muzyka stambulska?

To jest dobre pytanie. Stambuł był i jest nadal najważniejszym ośrodkiem w Turcji, jeśli chodzi o muzykę nagrywaną. W Stambule była cała scena filmowa, najlepsze gazino, najlepsze koncerty. W Stambule ludzie poznawali najnowsze mody. Stambuł jest polifonicznym miejsce i jeśli można mówić o Turcji w kontekście kosmopolityzmu, to tak, Stambuł jest kosmopolityczny. Wszyscy się spotykali i działali razem, mimo wielu różnic.

Arabesk to jest muzyka miasta, bo opowiada o ludziach, którzy wyjechali z małych wsi do wielkich miast i tam próbują ułożyć sobie życie. Muzyka pop to muzyka bardziej burżuazyjna, więc też miejska. Ciekawostką jest, że w muzyce tureckiej w latach 60. i 70. dużą rolą odgrywały rodzime aranżacje zachodnich hitów. Zmieniano teksty na tureckie. Ta muzyka była bardzo popularna wśród burżuazji, która chciała być bardziej europejska.

Czujesz, że poznałaś muzykę turecką na tyle dobrze, żeby pojechać w inne miejsce i je eksplorować?

Jestem w Stambule trzy lata i nadal mam głód tej muzyki, ale jedno nie wyklucza drugiego. Mam nadzieję, że niedługo będę eksplorować muzykę kobiecą z innych rejonów. Czuję, że dużo zrozumiałam. Jak porównam siebie sprzed trzech lat i co wtedy myślałam o muzyce tureckiej, a co teraz wiem, to to jest totalnie inna perspektywa. Wiele rzeczy, które wtedy wydawały mi się nieistotne, jest niezwykle ważnych. To niekończąca się historia, ale nie można dać się zwariować.

Co cię najbardziej zaskoczyło w Turcji? Która z tych drobnych rzeczy, okazało się ważnych?

Najbardziej dla mnie zaskakujące dla mnie było to, jak Turcja jest bardzo zamknięta na inność. Miałam obraz Turcji jako kraju bardzo kosmopolitycznego, bardzo multikulturowego. W rzeczywistości tak jest, ale ideologia nacjonalistyczna jest bardzo monofoniczna. To było dla mnie dość dużym rozczarowaniem... Nie, nie rozczarowaniem, to mnie po prostu bardzo zszokowało. Musiałam sobie wszystko poukładać. Jest bardzo dużo rzeczy zamiecionych pod dywan, o wielu rzeczach się nie rozmawia. Najważniejsze jest bycie Turkiem. Nauczyłam się, że muszę inaczej zadawać pytania, że muszę rozmawiać o tej inności w inny sposób. Jeśli zapytasz kogoś w Turcji, czy gra greckie rzeczy, to usłyszysz, że nie ma zadanych takich wpływów. A to nieprawda, rebetiko było grane przede wszystkim w Smyrnie, dzisiejszym Izmirze. Trzeba śledzić, jak te greckie wpływy został sturczone.

Wiesz, o co muszę cię zapytać na koniec.

Zamierzam nadal pracować z muzyką turecką – jest jeszcze wiele do zrobienia i wiele płyt do wydania. Poza tym planuję eksplorować muzykę kobiet z innych krajów i kręgów kulturowych. Lata 60., 70., 80. są fantastyczną źródłem muzyki. Planuję pracować nad kobiecą muzyką, która jest mi bliska, również pod względem geograficznym i kulturowym. Trzymajcie kciuki.

Gazeta Magnetofonowa 4/2018


piątek, 11 października 2019

Prz(y)(e)szłość



Zabawne, że w numerze poświęconym przyszłości oba moje wywiady sięgają mocno w przeszłość.

Jorgos Skolias opowiedział mi o swojej muzycznej drodze, którą idzie już prawie pół wieku - od pierwszych półamatorskich zespołów, przez Krzak (i jak się do nich dostał) aż po ostatnie projekty. Najnowszy z nich, wspólna płyta z Jarosławem Besterem, Rebetiko Poloniko (o którym pisałem w letnim numerze GaMy), był pretekstem do naszego spotkania. Dlatego co jakiś czas wracamy do tych piosenek sprzed stu lat i ogólnie do greckości.

Z Brianem Massaką porozmawiałem o nowych płytach Moo Latte i Bitaminy, jak trafił do tej drugiej, ale też o jazzie, studiach muzycznych i byciu liderem. Największym powrotem do przeszłości było wyznanie, skąd Brian wziął afrykańskie sample, które trafiły na Syd i North. Tego tutaj oczywiście nie zdradzę, musicie iść do kiosku.

Z tematem numeru jest związany za to mój trzeci tekst, o przyszłości i teraźniejszości muzyki ludowej. Sprowokował go występ Śląska na OFFie i zachwyty z nim związane. A przecież ten zespół uosabia właśnie to, przed czym muzyka tradycyjna zażarcie się broni - muzealizację, wyciągnięcie formy z kontekstu, cepeliadę i skostnienie. Tyle innych zespołów i artystów próbuje uratować i popularyzować polską tradycję na ciekawsze sposoby.

Jednym z nich jest Radical Polish Ansambl, który jest na ostatniej prostej zbiórki na swój debiutancki album. RPA tworzy sześcioro skrzypków i perkusista (grający na instrumencie własnej konstrukcji). Szefem muzycznym jest Maciej Filipczuk i już samo to nazwisko powinno sprawić, żebyście zainspirowali się tą ekipą. W RPA niezwykle ważne są jeszcze dwie postacie.

Michał Mendyk z Bôłt Records, występujący tutaj w roli szeptuna nakierował Filipczuka na Tadeusza Sielanka, postać półlegendarną. Jedyne wzmianki o tym skrzypku spod Sochaczewa to wspomnienia Sławomira Rawicza, który miał uciec z Syberii przez Indie do Iranu, a jednym z towarzyszy w tej tułaczce był właśnie Sielanka. Informacje o nim pojawiają się też w artykule Mendyka w książce wokół zeszłorocznej edycji Sacrum Profanum. Muzykę Sielanki odkrył Wacław Zimpel, przeszukując archiwa delhijskiej Biblioteki Publicznej, gdzie natrafił na swojsko brzmiące nazwisko zapisane w dewanagari i kilka fragmentów notacji muzycznej, przypominających mazurki wraz z komentarzem, że stanowią “podstawę rozbudowanych form zbliżonych w swej logice formalnej i tonalnej do ragi, choć niezwiązanych z wyrafinowanym indyjskim systemem rytmicznym”. Brzmi to tak nieprawdopodobnie, jak przypis Jerzego Łozińskiego, dlaczego postanowił przetłumaczyć angielskie “dwarves” jako “krzatów” (również tutaj rolę notatka na marginesie, jednak całkowicie fikcyjna). Sielanka wydaje się być jednak postacią rzeczywistą.

To tym indyjskim mazurkom Sielanki będzie poświęcona pierwsza płyta RPA. Macie jeszcze kilka dni, żeby pomóc w jej wydaniu. Naprawdę warto, właśnie takiej muzyki wychodzącej z tradycji potrzebujemy. Ja się im dołożyłem


wtorek, 21 maja 2019

Dziedzictwo

Nie wierzę w magię liczb, ale mogło się okazać, że 13 numer Gazety Magnetofonowej będzie ostatnim. Na szczęście tak się nie stało, #14 powinien być już w kioskach. Można też nadal zamówić prenumeratę

Co w takim razie zrobiłem? Długo porozmawiałem.

Trudno mi w to uwierzyć, ale, choć śledzę poczynania Misi Furtak już 10 (!) lat, od momentu, kiedy tres.b nieśmiało wkraczali na polską scenę (pierwszy raz widziałem ich prawie dokładnie 10 lat temu w Hard Rock Cafe, a potem zaraz się okazało, że jadą na OFFa w zastępstwie za Loco Star) i zrobiliśmy jedną z pierwszych wideosesji dla Uwolnij Muzykę! (nie wierzcie dacie publikacji, kręciliśmy to pod koniec sierpnia 2009), to po raz pierwszy przeprowadziłem z nią wywiad dopiero teraz. A o każdej płycie starałem się napisać minimum kilka zdań. Osią rozmowy jest Co przyjdzie?, spróbowaliśmy podsumować sześć lat, które minęły od wydania Epki i wybiec w przyszłość.

Trochę mimochodem w rozmowie z Misią pojawiła się Hania Rani, której debiut Esja na pewno znajdzie się na mojej liście rocznej (ale o tym powinniście już wiedzieć), choć miał być zupełnie inna płytą. Dlaczego i co się stało z tamtymi, wcześniejszymi pomysłami, dlaczego zrezygnowała z kariery klasycznej pianistki? O tym możecie przeczytać w naszej rozmowie, ale o tym jak się razem pracowało i jak się poznały opowiadała Misia. Obie artystki łączy też w pewien sposób Islandia, ale tego już wam nie zdradzę.

I w sumie tyle, ale to były długie rozmowy, tak na 15 minut czytania każda.

poniedziałek, 20 czerwca 2016

Szukając korzeni


Najnowszy, trzeci numer Gazety Magnetofonowej poświęcony jest korzeniom. Czyli sporo folku, ale nie tylko. Znalazło się miejsce dla black metalu czy muzyki dawnej. 

O tej ostatniej rozmawiałem z Jackiem Urbaniakiem, dyrektorem artystycznym zespołu instrumentów dawnych Ars Nova, który w tym roku obchodzi trzydziestopięciolecie działalności. A dlaczego to zespół instrumentów, a nie muzyki dawnej, dowiecie się z wywiadu. Nie mogę przecież zdradzić wszystkiego. Krótko opisałem dwa zespoły z Warszawą w nazwie, które sięgają do dziedzictwa przedwojennej piosenki. To Combo Taneczne i Orkiestra Sentymentalna. Prawie równocześnie wydali swoje płyty i to było przyczynkiem do tego tekstu. Do muzyki przedwojennej współcześnie będę jeszcze wracał.

Wreszcie, wypuściłem się na poszukiwania najstarszej zachowanej polskiej muzyki w Ameryce. Niestety, nie udało mi się znaleźć informacji o nagraniach Polaków w Argentynie i Brazylii, lecz jedynie Stanach Zjednoczonych. Za to znów udało mi się porozmawiać z Ianem Nagoskim z mojej ukochanej oficyny Canary Records. Znów, bo poprzednio z Ianem mejlowałem przy okazji tekstu o muzycznych archiwistach dla T-Mobile Music. Dlatego, jeśli chcecie się dowiedzieć więcej o samej Canary, oraz dlaczego Ianowi należą się ordery i miliony monet, przeczytajcie i tekst, i zapis naszej poprzedniej konwersacji. Tym razem rozmawialiśmy tylko o polskich emigrantach.

Czy było Ci trudniej znajdować polskie nagrania niż greckie czy tureckie?

Zupełnie nie. Słowiańskie płyty można bardzo łatwo i bardzo tanio kupić. Prawie połowa mojej kolekcji nagrań imigrantów to muzyka słowiańska lub aszkenazyjska. Fala imigrantów z Europy Wschodniej na przełomie XIX i XX wieku była trzecią pod względem falą imigracji w historii Stanów Zjednoczonych i Ameryki Północnej. (Większe były jedynie irlandzka i niemiecka w XIX wieku). To był idealny moment na zarobek dla raczkującego przemysłu nagraniowego. Nie robiłem dokładnych obliczeń, ale nagrań słowiańskich jest około 10 razy więcej na rynku antykwarycznym niż bliskowschodnich.  Poza tym nagrania tureckie, greckie czy ormiańskie są bardzo poszukiwane przez kolekcjonerów w przeciwieństwie do muzyki słowiańskiej. 

Co w takim razie skłoniło Cię do wydania kompilacji jedynie z muzyką wschodnioeuropejską?

Podoba mi się ta muzyka i uważam, że za mało ludzi ją słyszało. Wiedziałem, że mało kto ją kupi, więc gdyby nie wsparcie Database of American Recorded Music, nie porwałbym się na wydanie Widow's Joy. Ostrzegałem ich, że nie sprzedadzą nakładu 1000 sztuk, ale i tak się zgodzili. Bardzo mnie to cieszy, bo chciałem przygotować taką kompilację od dłuższego czasu. 

Słyszę w tej muzyce szaloną radość, ale i delikatne wycofanie, które maskują bardziej skomplikowane uczucia. To z pewnością przyciągało mnie do tej muzyki. Poza tym to muzyka robotników, górników, hutników, a ona mnie niezwykle fascynuje. Te płyty można znaleźć w starych hutniczych miastach - Cleveland i Pittsburghu, które regularnie odwiedzam. Prawie nikt nie zwraca na nie uwagi, więc są tanie. Tanie i dobre - te cechy pojawiają się przy każdej historii, którą opowiadam.

Jaki był wpływ muzyki słowiańskiej na muzykę amerykańską?

Większy niż się o tym mówi. Ja wyrosłem na polkach Lawerence'a Welka regularnie puszczanych w telewizji. Polska jest popularna w stanach środkowoatlantyckich, gdzie się wychowałem i żyję do dziś. Co prawda, traktuje się ją protekcjonalnie i z pewnością nie jest cool. Można za to spotkać nagrania na każdym kroku. W pokoleniu wcześniejszym od mojego był na polkę bardzo duży popyt. Do dziś jest popularna chociażby w Teksasie. Ja słyszę te wpływy chociażby u Williego Nelsona.

To nie cała nasza rozmowa, więcej w kryjącym się pod piękną okładką czasopismem. Magnetofonowa jest już dostępna w Empikach i internecie