Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gdynia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gdynia. Pokaż wszystkie posty

piątek, 13 marca 2020

Morska muzyka



Kocham morze. Stały rytm fal, przypływów i odpływów ma w sobie coś uspokajającego hipnotyzującego, ale też każde uderzenie fal o kamienie przypomina, że chwilowy spokój może zmienić się w niszczycielski żywioł. Nawet takie małe, niewydarzone i zimne jak Bałtyk. A może właśnie dlatego, że jest takie nietypowe, lubię je szczególnie. Najbardziej po sezonie, kiedy nawet Gdynia zapada w letarg. Miejska plaża i bulwar nadmorski w lecie pełne tak, że ledwo da się przejść, w listopadzie czy grudniu są prawie wymarłe. Zresztą, gdy jest gorąco i tłoczno, też to miasto uwielbiam.

Między innymi dlatego tak bardzo lubię Kiev Office, zespół będący emanacją Gdyni, a teraz i całego Pomorza. Już tytuł ich siódmego albumu, Nordowi Môl, wyznacza nowy kierunek, po raz pierwszy bezpośrednio sięgają do kaszubszczyzny. A to dopiero początek. Jeszcze wyraźniej niż wcześniej kierują się ku lokalności, wyciągają zapomniane historie, inspirują się historią regionu i dziewiętnastowiecznymi reportażami o życiu helskich rybaków. Michał Miegoń w dwóch utworach sięga po diabelskie skrzypce, kaszubski instrument ludowy, używany kiedyś przede wszystkim w obrzędach. Wreszcie, słychać też kaszubski, co prawda tylko w jednym fragmencie, ale to interpretacja ludowej piosenki. Na tym etapie powinniście wiedzieć, że jestem kupiony.

Nie chodzi o to, że Miegoń, Lewandowski i Wroński przebrali się w ludowe stroje, rzucili gitary w kąt i udają, że jest ten XIX wiek. Oni po prostu poszerzyli swoje inspiracje, ale nadal grają bardzo współczesny rokendrol. Trochę w tym post-punku, trochę lokalnej, trójmiejskiej sceny, szczypta noise rocka. Chyba też dali sobie więcej swobody, wydłużyli piosenki, wprowadzili miejsce na instrumentalne, momentami ilustracyjne pasaże czego apogeum jest w najlepszym fragmencie płyty, ponaddziesięciominutowej Abrazji. Zanurzyli się w Bałtyku po uszy. Jeszcze bardziej niż wcześniej w każdym dźwięku słychać wiatr od morza. Skąpane w echach gitary raz brzmią jak delikatna bryza letnim wieczorem na molo w Orłowie, innym razem to wiuga przynosząca sztorm i fale podcinające redłowski klif.





Trudno nie pisać o Nordowim Môlu bez chociażby wspomnienia o innej emanacji gdyńskości, Lonker See. Oba zespoły łączy wiele, od podobnego zakochania w rodzinnym mieście, przez Joannę Kucharską, która opuściła Kiev Office, by w całości skupić się na Lonkerach, podobny ładunek psychodelii, aż do wspólnych płyt Michał Miegonia i Bartka Borowskiego, lidera Lonker See (Jellyfishes Diary, choć ma już siedem lat to niedościgniony wzór morskiej muzyki).

Lonker See (nazwę biorą od Jeziora Łąkiego) bardziej niż na morze patrzą na kosmos i wychodzi im uduchowiony space rock ze sporą dawką jazzowych improwizacji. Tak przynajmniej było do tej pory, bo Hamza to bardziej przyziemne, osadzone na solidnych riffach granie. Jeszcze nie piosenkowe, ale już nie oparte tylko na improwizacji. Lonkersi w przeciwieństwie do Kiev Office nakładają na siebie ograniczenie szaleństwa. Pozwalają sobie na pewną przebojowość. No, przebojowość w kontekście do ich wcześniejszych odjazdów, bo takie Open & Close to Lonker See w pigułce - od melodii do hałasu przez jazzowe odloty.

Gdynia dosłownie pojawia się tylko raz, w tytule jednego utworu, ale nie da się zapomnieć, że Lonker See powstali na gruzach najbardziej gdyńskiego zespołu, 1926. Słychać w tej muzyce stocznię i port, przed oczami mam niebo pocięte trakcją trolejbusową i maszty żaglowców. Lonker See przenoszą swoje miasto w psychodeliczny świat, gdzie niebo ma wiecznie barwę taką, jak tuż po zachodzie słońca, a morze mieni się tysiącem barw.

Tęskno mi nad morze.



niedziela, 5 czerwca 2016

Kogo zobaczę w te wakacje


Białystok, Gdynia, Londyn, Gdynia, Katowice, Łódź, Gdańsk. Tak wygląda moja rozpiska festiwalowa.

Niektóre bardzo duże, wręcz ogromne. Inne kameralne, z jedną sceną i luźną domową atmosferą. Jeszcze inne gdzieś pomiędzy. Jedne pełne hałaśliwych gitar, inne prezentujące muzykę z całego świata. Letnie festiwale. W tym roku odwiedzę siedem z nich.

Pierwszy już za niecałe trzy tygodnie. Białostocki Halfway w tym roku (podobnie jak w poprzednich latach) swój program oparł na trzech filarach: szeroko pojętej Skandynawii, najbliższej okolicy i Stanach. Frakcja nordycka wydaje się najbardziej interesująca na tegorocznej edycji. Zagra Eivor, legenda muzyki farerskiej, czarująca Norweżka Ane Brun czy wybuchowi Islandczycy z Mammut. Będzie tez Julia Marcell, którą zawsze warto zobaczyć, Destroyer (którego leniwa muzyka powinna w Białymstoku zabrzmieć lepiej niż na OFFie) i wreszcie Wilco. Wielką zaletą Halfwayu jest miejsce, położony w samym centrum Białegostoku amfiteatr. Tu nikt się nie spieszy, nie ma biegania między scenami.

Tak samo jest na gdyńskiej Globaltice. Tu też od lat artyści występują na jednej scenie w parku Kolibki, rzut kamieniem (i to dosłownie) od morza. Czas płynie tak samo powoli, ale muzyka jest zupełnie inna. W tym roku najbiedziej cieszy mnie obecność Fanfare Ciocarlia, jednej z najpopularniejszych rumuńskich orkiestr dętych, Monsieur Doumani, szalonych Cypryjczyków dających drugi życie wyspiarskim piosenkom oraz Cigdem Aslan i Tahir Palali, którzy wspólnie sięgają po muzykę tureckich alewitów.

Zupełnie inaczej wygląda inny gdyński festiwal – Open'er. Cztery sceny, hektary terenu festiwalowego do przemierzania i największe gwiazdy. W tym roku program zapowiada się wyjątkowo imponująco – PJ Harvey, At the Drive-In, Red Hot Chili Peppers, Beirut, Savages, Shy Albatross, Zbig z Mitchami. Szkoda tylko, że to kolejny rok bez sceny World, na której kiedyś grali Tinariwen, Buraka Som Sistema czy Matisyahu.

Na szczęście OFF Festival w tym roku znów oddaje jeden dzień na scenie eksperymentalnej muzykom „niezachodniej”. Na jej deskach zabrzmią dźwięki Ata Kak, ghańskiego wokalisty i instrumentalisty, odkrytego niedawno przez Briana Shimkovitza z Awesome Tapes from Africa czy Orlando Juliusa, legendy afrobeatu. A to nie wszystko, na innych scenach też będzie się działo, zagrają Marokańczycy z Master Musicians of Jajouka, Basia Bulat, Anohni i mój chyba tegoroczny faworyt katowickiego festiwalu – egipski magik keyboardu Islam Chipsy i jego trio E.E.K., którzy przyspieszają chaabi do granic możliwości. Jak to brzmi? Wyobraźcie sobie naspidowanego Rizana Sa'ida i będziecie mieli przybliżoną odpowiedź.

Sa'id w wakacje wróci do Polski, oczywiście w towarzystwie Omara Souleymana. Po dwóch bardzo udanych wiosennych koncertach w Warszawie i Gdańsku, królowie syryjskiego disco wystąpią na łódzkim Domoffonie. Warto tam pojechać nie tylko ze względu na szykujące się bliskowschodnie szaleństwo. Nie ogłosili jeszcze pełnego lineupu, a już mogą konkurować z OFFem – Wire, U.S. Girls, No Joy, Zola Jesus. Wszystko w przestrzeni Off Piotrkowska.

Gitary zawładną Gdańskiem na początku września. Cieszy bardzo silna polska reprezentacja na Soundrive'ie – Daniel Spaleniak, Henry David's Gun, Pictorial Candi. Zagrają też przebojowe i skromne dziewczyny z Hinds, łączący Afrykę z głośnymi gitarami Petite Noir, przywołujący lata 90. Kanadyjczycy z Dilly Dally, psychodeliczni Sunflower Bean. Poza nimi dużo nowości z Wysp Brytyjskich i bliskiej zagranicy. Znów dużym atutem jest lokalizacja, centrum Gdańska, na postoczniowych terenach w klubie B90.

I jest jeszcze jeden festiwal-niefestiwal. British Summer Time w Londynie. To właściwie bardziej cykl jednodniowych imprez odbywających się na początku lipca w Hyde Parku. Każda z nich ma program częściowo ułożony przez wybraną gwiazdę. Ja zobaczę, kogo wybrali Mumford and Sons. Brytyjczycy zaprosili nie tylko artystów, którymi pracowali nad najnowszą Epką – Baaba Maala, The Very Best i Beatenberg, ale też Alabama Shakes, Kurta Vile'a, Wolf Alice i Baio.


I tak to mniej więcej wygląda w tym roku.

czwartek, 14 marca 2013

Borowski/Miegoń - "Jellyfishes Diary"



Podwodna muzyka.

Zatoka Gdańska nie wydaje się być specjalnie interesującym akwenem. Woda mętna, zielonkawa. Życie, jak na morze, ubogie. I jakoś tak płytko. No, Karaiby czy Pacyfik to z pewnością nie jest. Jednak ma ona swoich wielbicieli, dwóch gdynian, którzy postanowili nagrać o niej płytę.

Bartek Borowski i Michał Miegoń w swojej twórczości poruszają się w rejonach psychodeliczno-ambientowych. Nic dziwnego, że "Jellyfishes Diary" są w całości wypełnione muzyka improwizowaną. Z różnych szumów wyłaniają się szkielety ciekawych kompozycji. Ta nieokreśloność dobrze wpływa na funkcję ilustracyjną. Wystarczy tylko zamknąć oczy, by przenieść się pod wody Zatoki Gdańskiej. A pod jej powierzchnią dzieje się zaskakująco dużo  Tu przepłynie ławica śledzi albo dorszy, tam spoczywa wrak statku, gdzie indziej można natknąć się na foki, a nawet na zupełnie tu niepasującego tuńczyka (co wskazuje zupełnie odstająca od całości króciutka, nawiązująca do country kompozycja o tym tytule). To wszystko bardzo dobrze słychać na tym albumie, tym bardziej, że sami autorzy podrzucają tropy nazywając kompozycje od różnych morskich zwierząt. Borowski i Miegoń nie boją się też wypuszczać na inne, głębsze wody, choćby w ostatnim, bluesującym fragmencie "Peter's Elephantnose Fish". Najbardziej wyróżnia się długaśny "The Best Diver Among the Whales", który rzeczywiście zabiera słuchacza w największe głębiny i hipnotyzuje, jak fale rozbijające się o brzeg. Jak cały ten album zresztą.

Najwcześniej nad morze wybieram się w lipcu, więc wypróbuję "Jellyfishes DiarY" w jej naturalnym środowisku. Na Mazowszu sprawdza się całkiem nieźle.