Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Białystok. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Białystok. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 3 lipca 2017

Halfway Festival 2017

Angel Olsen, fot. Michał Heller, OiFP

Tegoroczny Halfway Festival odbył się pod hasłem #kobiety. To panie grały w Białymstoku pierwsze skrzypce (jeszcze wyraźniej niż w latach poprzednich). Może dlatego była to najrówniejsza edycja podlaskiej imprezy.

O pozamuzycznych zaletach Halfwaya pisałem już kilkakrotnie, więc teraz tylko w skrócie. Festiwal odbywa się w malowniczym, trochę oderwanym od rzeczywistości otoczeniu amfiteatru Opery i Filharmonii Podlaskiej, fenomenalnego budynku autorstwa Marka Budzyńskiego. To chyba najbardziej wyluzowany festiwal w Polsce. Wszystko dzieje się niespiesznie, można piknikować na dachu foyer Opery, ochroniarze są mili i pomocni, nie ma nadmiaru zakazów. Publiczność słucha, zamiast gadać. Artyści są wyciągnięcie ręki dla każdego.

W zeszłym roku pisałem, że Halfway potrafi przekuć wady w zalety. Tak było i tym razem. Okrojony z funduszy festiwal miał pierwotnie trwać jedynie dwa dni. Jednak i piątek był wypełniony muzyką. Owszem, koncertów było tylko 3, a amfiteatr był zamknięty. Organizatorzy Halfwaya wykorzystali to, by pokazać inne zakątki budynku Opery, dwa koncerty odbyły się na głównej scenie - tak dużej, że zmieścili się na niej wykonawcy i publiczność. Na Starsabout nie zdążyłem, Christine Owman z zespołem wzbudziła trochę mieszane uczucia. Z jednej strony, oparta na brzmieniu wiolonczeli i wibrującego basu, ocierająca się o post-rock wymieszany z folkiem, muzyka brzmiała intrygująco. Z drugiej, Owman momentami wpadała w przesadną egzaltację. Natomiast grający we foyer białorusiński kolektyw Shuma bardzo zgrabnie połączył biały śpiew z elektroniką.

Jednym z dwóch koncertów, na które najbardziej czekałem na tegorocznej edycji był występ Juany Moliny, legendy argentyńskiej muzyki alternatywnej. Cóż, to był koncert godny legendy. Molinie towarzyszyło tylko dwóch muzyków, perkusista i gitarzysta/basista/klawiszowiec. We trójkę zagrali gęsty od faktur, poplątany, trochę surrealistyczny koncert. Prawie w ogóle nie odzywali się do publiczności, będąc we własnym, pociągającym świecie. W sobotę dorównali jej tylko The Veils, którzy zagrali z kolei bardzo ekstrawertycznie. Finn Andrews biegał po całej scenie amfiteatru, z poświęceniem wykonując kolejne piosenki, lokujące się blisko Nicka Cave’a i Marka Lanegana. Cate Le Bon zaprezentowała bardzo zgrabny, połamany post punk, odwołujący się do najlepszych tradycji gatunku, ale mnie w jej graniu zabrakło melodii. Torres zagrała bardzo porządnie, znów królowały emocje, choć troszeczkę kulała dramaturgia. Za to akustyczny bis wynagrodził wszystko, nawet padający deszcz.

Deszcz towarzyszył też prawie całą niedzielę i skutecznie odstraszył mnie przed koncertem Coals. Do amfiteatru dotarłem dopiero na koniec występu islandzkiego duetu East of My Youth i ciągle żałuję, że tak późno, bo dziewczyny, choć mają na koncie dopiero jedną EPkę zagrały z wielką charyzmą. Nive & the Deer Children podobnie jak Maggie Bjorklund dwa lata wcześniej, pokazała, że nigdzie nie gra się tak dobrze alt.country, jak w krajach nordyckich. Aż słychać było tę prerię, choć była to preria zmrożona grenlandzkim powietrzem i przez to jeszcze bardziej pusta. Poza banjo i gitarami niebagatelną rolę odgrywała przesterowana piła, na której wybrzmiała chyba najbardziej karkołomna solówka festiwalu. Pełen solówek był koncert Cass McCombs Band. McCombs i jego zespół zagrali, jakby zamiast na festiwalu grali w garażu w małym mieście na Środkowym Zachodzie. Ich muzyka wywodziła się z bluesa i do bluesa wracała, rozciągali piosenki do granic możliwości, trochę w stylu Neila Younga, ale czasem brakowało im lekkości i polotu Kanadyjczyka. To była muzyka drogi, idealna na nocną podróż samochodem. I na sam koniec ta, na którą czekałem najbardziej, Angel Olsen. Chora, zmęczona, położyła pierwszą część koncertu. Strasznie się ze sobą szarpała, ale, gdy złość odpuściła w Not Gonna Kill You zrobiło się magicznie. I tak już zostało do końca. Z jednej strony rozczarowanie, z drugiej, najpiękniejszy koncert tej, być może ostatniej, edycji festiwalu. Cóż, pozostaje tyko liczyć, że następnym razem Angel przyjedzie już w pełni sił.

Losy Halfwaya zależą od kaprysu podlaskich radnych. Już czwarta edycja mogła być tą ostatnią. Wtedy udało się imprezę uratować, w tym roku mało brakowało, festiwal stracił część dofinansowania. Siódmej edycji może nie być, ale wtedy Białystok straci prawdziwy skarb, który do stolicy Podlasia ściąga ludzi z całej Polski.

wtorek, 28 czerwca 2016

Wielki mały festiwal

Eivor w obiektywie Michała Helera

Zastanawiam się, jaki obrazek najlepiej podsumuje tegoroczną edycję białostockiego Halfway Festivalu. Czy Wilco grający akustyczny bis, Acollective podrywający wszystkich do tańca, a może muzycy Eivør Pálsdóttir w koszulkach polskiej reprezentacji czy szalony set Intelligency na after party po drugim dniu? Islandczycy z Mammut grający do śniadania na dachu Opery? Sam już nie wiem, te trzy dni były jak piękny sen.

Niby Halfwayowi nie sprzyja nic. Termin - ostatni weekend czerwca, zaraz przed Open’erem. Lokalizacja - Białystok, do którego jeszcze rok temu nie dało się dojechać z Warszawy pociągiem (a i teraz nie jest to takie proste), na którym ciąży odium stolicy disco polo. Festiwalowi nie sprzyja także lokalna polityka, której Halfway wbrew woli organizatorów jest pionkiem, przez co los kolejnej edycji nie jest pewny.

Jednak to festiwal wyjątkowy, przekuwający swoje wady w zalety. Ostatni weekend czerwca zwykle jest słoneczny, mimo pesymistycznych prognoz nie spadła ani jedna kropla deszczu. Białystok ma do zaoferowania więcej niż tylko disco polo. W tym roku z opaską festiwalową można było za darmo zwiedzić muzea i galerie sztuki. A program festiwalu wykraczał poza muzykę - w planie były spotkania z autorami książek o dalekiej północy, śniadanie z zespołem z Islandii, rozmowy o przyszłości festiwalu, obejrzeć zdjęcia Ilony Wiśniewskiej. Do tego obowiązkowy relaks na fenomenalnym gmachu Opery i Filharmonii Podlaskiej.

Jak zwykle, o magii Halfwaya najmocniej świadczą koncerty. Od Mountain Goats na pierwszej edycji (za nich - co podkreślam przy każdej okazji - organizatorzy mają moją dozgonną wdzięczność) aż do kończących piątą edycję Wilco. Amerykanie przywieźli ze sobą TIR sprzętu, który w całości nie zmienił się na scenie, a perkusista i tak ledwo wystawał zza ściany wzmacniaczy. Wrażenie robili ogromne. I swoim profesjonalizmem, i radością grania. Nels Cline, najstarszy z nich przecież, okazał się najbardziej dziarski i pomysłowy w produkowaniu gitarowego hałasu. Jeff Tweedy z początku małomówny, pokusił się nawet na chyba nie aż tak kurtuazyjną pochwałę publiczności. Najpiękniej zabrzmieli jednak na sam koniec, kiedy odłożyli przestery, efekty i zagrali krótki, akustyczny set. Kiedy oni, zespół wyprzedający hale na kilka tysięcy osób, grali ostatnio dla tak niewielkiej publiczności? Chyba na początku kariery.

Najbardziej poruszył koncert Eivør Pálsdóttir, która z towarzyszeniem dwóch muzyków wykreowała świat północnych legend i ukrytych we mgle Wysp Owczych. A przecież to nie była muzyka świata, bo Eivør i jej zespół nurzali się w elektronice, pogłosach i przesterach. Szczęśliwie, trzymali się z daleka od new age’owego obciachu. Świetnie wypadły utwory przygotowane z towarzyszeniem muzyków orkiestry Opery i Filharmonii. Nordycką ścieżkę kontynuowała Ane Brun i wspomniani już przeze mnie Islandczycy z Mammut. Niezwykle stylowo zagrali Giant Sand, legenda alt-country. Zespół Howe’ego Gelba na godzinę zamienił amfiteatr w mały, zadymiony bar, gdzieś w Arizonie. Aż było czuć whiskey, papierosy i wszędobylski pył. W rodzinnych stronach Gelba deszcz przynosi szczęście i Giant Sand go zaklinali (na szczęście bezskutecznie). Grający pierwszego dnia Destroyer zostawił mieszane uczucia. Było zdecydowanie lepiej niż na OFFie pięć lat temu, ale Dan Bejar jest chyba jeszcze bardziej zblazowany i znudzony. Bardzo amerykańscy Estończcy z Odd Hugo tym razem zaczarowali. Tym razem, bo widziałem ich już na Waves Bratislava, ale tam zginęli w gąszczu innych wrażeń.

To także podkreślałem po poprzedniej edycji. Na Halfwayu nie ma żadnych rozproszeń, żadnych drugich scen. Całą uwagą skupiają grający artyści. Tak było w przypadku Julii Marcell, od której nie dało się oderwać oczu. To był fantastyczny koncert. I razem z Eivør najbardziej zbliżyły się do Sharon Van Etten. Właśnie, jedyna wada tegorocznej edycji to to, że żaden koncert nie był tak poruszający jak występ Sharon. Ale to wada niewielka, bo taki koncert zdarza się bardzo rzadko. A wszyscy artyści, których widziałem w tym roku zagrali wyjątkowo.

Białystok ma skarb, którego mogą mu pozazdrościć inne miasta, ale sam nie do końca o niego dba. Wielka szkoda, gdyby w przyszłym roku festiwal się nie odbył. Dlatego już teraz trzymam kciuki i rezerwuję nocleg w Białymstoku na ostatni weekend czerwca.

niedziela, 5 czerwca 2016

Kogo zobaczę w te wakacje


Białystok, Gdynia, Londyn, Gdynia, Katowice, Łódź, Gdańsk. Tak wygląda moja rozpiska festiwalowa.

Niektóre bardzo duże, wręcz ogromne. Inne kameralne, z jedną sceną i luźną domową atmosferą. Jeszcze inne gdzieś pomiędzy. Jedne pełne hałaśliwych gitar, inne prezentujące muzykę z całego świata. Letnie festiwale. W tym roku odwiedzę siedem z nich.

Pierwszy już za niecałe trzy tygodnie. Białostocki Halfway w tym roku (podobnie jak w poprzednich latach) swój program oparł na trzech filarach: szeroko pojętej Skandynawii, najbliższej okolicy i Stanach. Frakcja nordycka wydaje się najbardziej interesująca na tegorocznej edycji. Zagra Eivor, legenda muzyki farerskiej, czarująca Norweżka Ane Brun czy wybuchowi Islandczycy z Mammut. Będzie tez Julia Marcell, którą zawsze warto zobaczyć, Destroyer (którego leniwa muzyka powinna w Białymstoku zabrzmieć lepiej niż na OFFie) i wreszcie Wilco. Wielką zaletą Halfwayu jest miejsce, położony w samym centrum Białegostoku amfiteatr. Tu nikt się nie spieszy, nie ma biegania między scenami.

Tak samo jest na gdyńskiej Globaltice. Tu też od lat artyści występują na jednej scenie w parku Kolibki, rzut kamieniem (i to dosłownie) od morza. Czas płynie tak samo powoli, ale muzyka jest zupełnie inna. W tym roku najbiedziej cieszy mnie obecność Fanfare Ciocarlia, jednej z najpopularniejszych rumuńskich orkiestr dętych, Monsieur Doumani, szalonych Cypryjczyków dających drugi życie wyspiarskim piosenkom oraz Cigdem Aslan i Tahir Palali, którzy wspólnie sięgają po muzykę tureckich alewitów.

Zupełnie inaczej wygląda inny gdyński festiwal – Open'er. Cztery sceny, hektary terenu festiwalowego do przemierzania i największe gwiazdy. W tym roku program zapowiada się wyjątkowo imponująco – PJ Harvey, At the Drive-In, Red Hot Chili Peppers, Beirut, Savages, Shy Albatross, Zbig z Mitchami. Szkoda tylko, że to kolejny rok bez sceny World, na której kiedyś grali Tinariwen, Buraka Som Sistema czy Matisyahu.

Na szczęście OFF Festival w tym roku znów oddaje jeden dzień na scenie eksperymentalnej muzykom „niezachodniej”. Na jej deskach zabrzmią dźwięki Ata Kak, ghańskiego wokalisty i instrumentalisty, odkrytego niedawno przez Briana Shimkovitza z Awesome Tapes from Africa czy Orlando Juliusa, legendy afrobeatu. A to nie wszystko, na innych scenach też będzie się działo, zagrają Marokańczycy z Master Musicians of Jajouka, Basia Bulat, Anohni i mój chyba tegoroczny faworyt katowickiego festiwalu – egipski magik keyboardu Islam Chipsy i jego trio E.E.K., którzy przyspieszają chaabi do granic możliwości. Jak to brzmi? Wyobraźcie sobie naspidowanego Rizana Sa'ida i będziecie mieli przybliżoną odpowiedź.

Sa'id w wakacje wróci do Polski, oczywiście w towarzystwie Omara Souleymana. Po dwóch bardzo udanych wiosennych koncertach w Warszawie i Gdańsku, królowie syryjskiego disco wystąpią na łódzkim Domoffonie. Warto tam pojechać nie tylko ze względu na szykujące się bliskowschodnie szaleństwo. Nie ogłosili jeszcze pełnego lineupu, a już mogą konkurować z OFFem – Wire, U.S. Girls, No Joy, Zola Jesus. Wszystko w przestrzeni Off Piotrkowska.

Gitary zawładną Gdańskiem na początku września. Cieszy bardzo silna polska reprezentacja na Soundrive'ie – Daniel Spaleniak, Henry David's Gun, Pictorial Candi. Zagrają też przebojowe i skromne dziewczyny z Hinds, łączący Afrykę z głośnymi gitarami Petite Noir, przywołujący lata 90. Kanadyjczycy z Dilly Dally, psychodeliczni Sunflower Bean. Poza nimi dużo nowości z Wysp Brytyjskich i bliskiej zagranicy. Znów dużym atutem jest lokalizacja, centrum Gdańska, na postoczniowych terenach w klubie B90.

I jest jeszcze jeden festiwal-niefestiwal. British Summer Time w Londynie. To właściwie bardziej cykl jednodniowych imprez odbywających się na początku lipca w Hyde Parku. Każda z nich ma program częściowo ułożony przez wybraną gwiazdę. Ja zobaczę, kogo wybrali Mumford and Sons. Brytyjczycy zaprosili nie tylko artystów, którymi pracowali nad najnowszą Epką – Baaba Maala, The Very Best i Beatenberg, ale też Alabama Shakes, Kurta Vile'a, Wolf Alice i Baio.


I tak to mniej więcej wygląda w tym roku.

wtorek, 21 lipca 2015

Lubię pisać o innych ludziach - wywiad z Williamem Fitzsimmonsem


Na przecudownym Halfway Festivalu razem z Marcelem Wandasem z Off Radia Kraków porozmawialiśmy z Williamem Fitzsimmonsem, który zagrał jeden z najlepszych koncertów imprezy. Niewielu jest śpiewających psychoterapeutów, więc od tego tematu rozpoczęliśmy naszą rozmowę.