Pokazywanie postów oznaczonych etykietą indie folk. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą indie folk. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 29 sierpnia 2022

Wpływ genzetów


„Nie miałam jeszcze czasu się zatrzymać. Ciągle jestem w trasie, a ta jest coraz dłuższa. Może w grudniu, kiedy wszyscy wyjadą na święta, świat trochę zwolni, będę miała chwilę spokoju, by o tym wszystkim pomyśleć, przetrawić to, co się stało. Na razie moje życie wygląda jak szalona przejażdżka pociągiem, podczas której dzieje się wiele pięknych rzeczy. Chyba po prostu jestem wreszcie szczęśliwa” – mówi mi Arooj Aftab, gdy pytam ją, jak zmieniło się przez ostatni rok jej życie. 

Kilka dni po OFF Festivalu porozmawiałem z Arroj Aftab. O zmianach w życiu, poezji, Grammy i jeszcze paru innych rzeczach.

wtorek, 16 sierpnia 2022

Echa wojny i ważki


"Laumžirgiai", choć wydana latem i do tego lata pozornie się odnosząca, jest najbardziej ponurą płytą litewskiej wokalistki i kompozytorki. Znikają baśniowość i fortepianowe pasaże, znika pewna teatralność, które do tej pory były jej znakiem rozpoznawczym. Jest bardzo skromnie - gitara, perkusja, głos, czasem pojawią się w tle instrumenty klawiszowe. Ta zmiana to wynik dwóch kwestii.

W Soundrive piszę o piątej płycie Aliny Orlovej. 

piątek, 1 kwietnia 2022

Ośmieliłam się

fot. Fly Cheng

W indonezyjskiej muzyce nic nie jest zabronione, nie ma żadnych faux pas. Nie możesz nikogo obrazić tym, jak grasz. Jasne, coś się może nie spodobać ze względów estetycznych, ale nigdy nie słyszałam oskarżeń o szarganie czy sprzeniewierzenie się tradycji - mówi mi Aga Ujma, autorka jednej z moich ulubionych zeszłorocznych płyt, Songs of Experience and Innocence i muzykolożka specjalizująca się w muzyce indonezyjskiej, w wywiadzie dla Dwutygodnika.

poniedziałek, 11 lipca 2016

Poza utarte ścieżki



Podczas drugiej edycji IndieTalks Mariusz Herma przekonywał, że sięganie poza muzykę anglosaską może być rozwiązaniem na twórczy marazm. Potwierdzenie jego słów przyszło kilka dni później z Londynu.

Miesiąc temu Mumford and Sons wydali EPkę Johannesburg, którą nagrali wspólnie z legendą senegalskiego mbalax Baaba Maalem, szwedzko-malawijskim The Very Best i kapsztadzkim indiepopowym trio Beatenberg. To zdecydowanie ich najlepsza płyta. Właśnie dlatego, że otwierają się na nowe wpływy. Każdy z tych pięciu utworów wnosi nową jakość do twórczości londyńczyków. A to pojawiają nietypowe rytmy, a to gitara skrzy się jak w Senegalu. a to melodie wiele zawdzięczają township music. Co najważniejsze, nikt nie gra obok siebie, jak to często zdarza się w podobnych projektach, lecz w każdym momencie słychać, że artyści nawzajem się słuchają.

W piątek po 15 miesiącach w trasie Mumford and Sons wrócili do Londynu, swego rodzinnego miasta, by zagrać na British Summer Time. W zwyczaju tej imprezy, że za program dnia odpowiada headliner. Mumfordzi zaprosili Alabama Shakes, Wolf Alice, Kurta Vile'a, ale też swoich współpracowników z Johannesburga. The Very Best zagrali porywająco, z wielką charyzmą, często łamiąc "czwartą ścianę". Beatenberg pokazali się jako zespół poszukujący, ale dość poprawny. Baaba Maal za to zagrał najtrudniejszy koncert festiwalu, bardzo afrykański, zupełnie nie idący na ustępstwa dla zachodniej publiczności. 

Mumfordzi dla sześćdziesięciu tysięcy ludzi zagrali koncert fantastyczny, możliwe, że nawet najlepszy w swojej karierze. Ogromna charyzma, świadomość swoich możliwości, doskonały kontakt z publicznością. I jeszcze wielka radość z grania. Faktycznie, czasem komicznie wygląda jak przeżywają swoje piosenki, ale zaangażowania i poświęcenia nie można im odmówić. Tak, jak umiejętności porwania tłumów przez Marcusa Mumforda. Set był przekrojowy, prawie po równo potraktowali swoje dotychczasowe albumy, i nawet piosenki ze słabszej Wilder Mind zabrzmiały świetnie. 

Mnie najbardziej porwały trzy utwory z Johannesburga, w tym wykonana na bis Wona. 12 osób na scenie, potężne brzmienie, Afryka ukrywająca się w każdym dźwięku, podchwycona przez 65 tysięcy gardeł. To był zdecydowanie poruszający widok. Oby takich było coraz więcej.

wtorek, 28 czerwca 2016

Wielki mały festiwal

Eivor w obiektywie Michała Helera

Zastanawiam się, jaki obrazek najlepiej podsumuje tegoroczną edycję białostockiego Halfway Festivalu. Czy Wilco grający akustyczny bis, Acollective podrywający wszystkich do tańca, a może muzycy Eivør Pálsdóttir w koszulkach polskiej reprezentacji czy szalony set Intelligency na after party po drugim dniu? Islandczycy z Mammut grający do śniadania na dachu Opery? Sam już nie wiem, te trzy dni były jak piękny sen.

Niby Halfwayowi nie sprzyja nic. Termin - ostatni weekend czerwca, zaraz przed Open’erem. Lokalizacja - Białystok, do którego jeszcze rok temu nie dało się dojechać z Warszawy pociągiem (a i teraz nie jest to takie proste), na którym ciąży odium stolicy disco polo. Festiwalowi nie sprzyja także lokalna polityka, której Halfway wbrew woli organizatorów jest pionkiem, przez co los kolejnej edycji nie jest pewny.

Jednak to festiwal wyjątkowy, przekuwający swoje wady w zalety. Ostatni weekend czerwca zwykle jest słoneczny, mimo pesymistycznych prognoz nie spadła ani jedna kropla deszczu. Białystok ma do zaoferowania więcej niż tylko disco polo. W tym roku z opaską festiwalową można było za darmo zwiedzić muzea i galerie sztuki. A program festiwalu wykraczał poza muzykę - w planie były spotkania z autorami książek o dalekiej północy, śniadanie z zespołem z Islandii, rozmowy o przyszłości festiwalu, obejrzeć zdjęcia Ilony Wiśniewskiej. Do tego obowiązkowy relaks na fenomenalnym gmachu Opery i Filharmonii Podlaskiej.

Jak zwykle, o magii Halfwaya najmocniej świadczą koncerty. Od Mountain Goats na pierwszej edycji (za nich - co podkreślam przy każdej okazji - organizatorzy mają moją dozgonną wdzięczność) aż do kończących piątą edycję Wilco. Amerykanie przywieźli ze sobą TIR sprzętu, który w całości nie zmienił się na scenie, a perkusista i tak ledwo wystawał zza ściany wzmacniaczy. Wrażenie robili ogromne. I swoim profesjonalizmem, i radością grania. Nels Cline, najstarszy z nich przecież, okazał się najbardziej dziarski i pomysłowy w produkowaniu gitarowego hałasu. Jeff Tweedy z początku małomówny, pokusił się nawet na chyba nie aż tak kurtuazyjną pochwałę publiczności. Najpiękniej zabrzmieli jednak na sam koniec, kiedy odłożyli przestery, efekty i zagrali krótki, akustyczny set. Kiedy oni, zespół wyprzedający hale na kilka tysięcy osób, grali ostatnio dla tak niewielkiej publiczności? Chyba na początku kariery.

Najbardziej poruszył koncert Eivør Pálsdóttir, która z towarzyszeniem dwóch muzyków wykreowała świat północnych legend i ukrytych we mgle Wysp Owczych. A przecież to nie była muzyka świata, bo Eivør i jej zespół nurzali się w elektronice, pogłosach i przesterach. Szczęśliwie, trzymali się z daleka od new age’owego obciachu. Świetnie wypadły utwory przygotowane z towarzyszeniem muzyków orkiestry Opery i Filharmonii. Nordycką ścieżkę kontynuowała Ane Brun i wspomniani już przeze mnie Islandczycy z Mammut. Niezwykle stylowo zagrali Giant Sand, legenda alt-country. Zespół Howe’ego Gelba na godzinę zamienił amfiteatr w mały, zadymiony bar, gdzieś w Arizonie. Aż było czuć whiskey, papierosy i wszędobylski pył. W rodzinnych stronach Gelba deszcz przynosi szczęście i Giant Sand go zaklinali (na szczęście bezskutecznie). Grający pierwszego dnia Destroyer zostawił mieszane uczucia. Było zdecydowanie lepiej niż na OFFie pięć lat temu, ale Dan Bejar jest chyba jeszcze bardziej zblazowany i znudzony. Bardzo amerykańscy Estończcy z Odd Hugo tym razem zaczarowali. Tym razem, bo widziałem ich już na Waves Bratislava, ale tam zginęli w gąszczu innych wrażeń.

To także podkreślałem po poprzedniej edycji. Na Halfwayu nie ma żadnych rozproszeń, żadnych drugich scen. Całą uwagą skupiają grający artyści. Tak było w przypadku Julii Marcell, od której nie dało się oderwać oczu. To był fantastyczny koncert. I razem z Eivør najbardziej zbliżyły się do Sharon Van Etten. Właśnie, jedyna wada tegorocznej edycji to to, że żaden koncert nie był tak poruszający jak występ Sharon. Ale to wada niewielka, bo taki koncert zdarza się bardzo rzadko. A wszyscy artyści, których widziałem w tym roku zagrali wyjątkowo.

Białystok ma skarb, którego mogą mu pozazdrościć inne miasta, ale sam nie do końca o niego dba. Wielka szkoda, gdyby w przyszłym roku festiwal się nie odbył. Dlatego już teraz trzymam kciuki i rezerwuję nocleg w Białymstoku na ostatni weekend czerwca.

sobota, 18 czerwca 2016

Waxahatchee - "Early Recordings"


Last.fm pokazuje, że w ciągu ostatnich trzech lat odsłuchałem utwory Waxahatchee ponad 2 tysiące razy, więcej niż jakiegokolwiek innego wykonawcę. 

Wielokrotnie zastanawiałem się, co takiego jest w piosenkach Katie Crutchfield, że nie jestem w stanie się od nich oderwać (zresztą nie tylko tych napisanych jako Waxahatchee, tak samo mam z PS Eliot, Bad Banana czy Great Thunder), że jak zacznę słuchać, to przez miesiąc nie ptorafię posłuchać czegokolwiek innego. 

Tak samo jest z wznowionymi właśnie pierwszymi nagraniami Katie jako Waxahatchee. To pięć piosenek nafranych sześć lat temu i wydanych na wspólnej kasecie z Chrisem Clavinem. Pięc piosenek, o których Katie, jak sama przyznała, całkiem zapomniała. Wróciła do nich dopiero przy okazji solowej trasy po zachodnim wybrzeżu.

To bardzo proste piosenki. Ale cholernie przebojowe i emocjonalne. Katie nie traktuje swojej muzyki jako maski. Przeciwnie, eksponuje w niej swoją kruchość, czyniąc z niej swoją największą zaletę. Źle brzmiące, przesterowane piosenki aż kipią od emocji. Nie ma tu wielu dźwięków, więc każdy z nich wybrzmiewa dużo mocniej. Tak samo jest ze słowami. Na debiucie PS Eliot Katie potrafiła wypluwać je z szybkością karabinu, starając się opowiedzieć jak najwięcej w ciągu kilku minut, na zeszłorocznym Ivy Tripp korzysta z nich bardzo oszczędnie, tutaj jest gdzieś pomiędzy.

W tych piosenkach rozbrzmiewa gniew, rozczarowanie, smutek, nostalgia, znalazło się też miejsce na radość i zakochania. Wszystko w młodzieńczej pasji i poświęceniu. Zobaczcie zresztą nagranie mojej ulubionej piosenki z tej EPki.

czwartek, 11 lutego 2016

W centrum: Päfgens



Jana i Filip pierwszy raz przyjechali do Warszawy z wycieczką. Gdy skończyli studia dziennikarskie w Bratysławie, przenieśli się do stolicy Polski już na stałe. Dziś są częścią sceny "okołochmurowej", piosenkowo-improwizatorskiej, wyznającej zasady Do-It-Yourself. Wszystkie swoje płyty nagrywają w domu i wydają zupełnie sami.

Filip grał kiedyś w postrockowym zespole the Ills (trafiłem dawno temu na ich debiutancką EPkę, nie zachwyciła), dla Jany Päfgens to pierwsze poważniejsze granie. I jedno, i drugie w ich muzyce słychać. Jana śpiewa cicho, delikatnie, jakby nie była pewna swojego głosu, wokal na dodatek często jest schowany głęboko w miksie. Postrockowe doświadczenie Filipa owocuje rozmyciem piosenek. Rodzi się z tego dream folk budzący skojarzenie z New Weird America przefiltrowanym przez środkowoeuropejską wrażliwość. Jana i Filip korzystają też z nagrań terenowych. Ubarwiają nimi swoje kompozycje. Dzięki temu są jak spacery po Warszawie. Przez parki i nad Wisłą. ptaki śpiewają, drzewa szumią - iście sielski dźwiękowy krajobraz.


Piosenki Päfgens to właściwie szkice. Ledwo zarysowane, niedopowiedziane. Słychać każdą niedoskonałość, każdy nietrafiony dźwięk. Sami nazywają swoją muzykę naiwną i właśnie taka jest. Prosta, nieprzegadana, bezpretensjonalna, naturalna. Po prostu piękna.


sobota, 5 grudnia 2015

W centrum: Schmieds Puls

Lato pozostało tylko wspomnieniem, liście opadły z drzew. Zima nadchodzi, jakby to powiedzieli fani pewnej sagi fantasy. Te okoliczności to najlepszy moment, by wsłuchać się w drugi album wiedeńskiego tria Schmieds Puls.
Napisałem o drugiej płycie Schmieds Puls dla Uwolnij Muzykę! 

poniedziałek, 14 września 2015

W centrum: Alina Orlova


Alina będzie chyba najbardziej znaną artystką, która pojawi się w tym cyklu. W miarę regularnie występuje w Polsce, nawet przy jednej okazji współpracowała z Julią Marcell. Alina jest tez artystką, której karierę śledzę od dawna, od samego debiutu, Laukinis šuo dingo wydanego przed siedmioma laty. Od tamtej pory Litwinka wydała Mutabor w 2010 roku i zamilkła. Co jakiś czas przypominała o sobie koncertem ale nie nic nie wskazywało na kolejny album. Aż do grudnia zeszłego roku, kiedy Alina ogłosiła, że w kwietniu ukaże się jej trzecia płyta, 88.



W muzyce Orlovej od początku urzekła mnie jej bajkowość. Krótkie piosenki były zakorzenione w tradycji poezji śpiewanej, skromnie zaaranżowane, z wiodącą rolą fortepianu po prostu wzbudzały zachwyt. Laukinis šuo dingo to szesnaście takich bardzo wschodnioeuropejskich perełek zaśpiewanych w trzech językach - litewskim, angielskim i rosyjskim. Melancholijnych, błyszczących chodnikami skąpanymi w jesiennych deszczach. Taka muzyka mogła powstać tylko tutaj. Wiosna nie będzie trwać wiecznie śpiewa Alina w Vasaris.

Na Mutabor Orlova kontynuowała ścieżkę obraną na debiucie. I jak to często w przypadku drugich płyt bywa - było bardziej. Ładniej i smutniej. Pojawiła się też nieśmiała elektronika oraz więcej angielskiego.

88 (rok urodzenia artystki) choć utrzymuje bajkowość i melancholię (a okładka tylko je podkreśla) jest zwrotem w twórczości Orlovej. Angielski króluje, co mnie osobiście smuci, w końcu litewski to bardzo ładny język. Alina postawiła na swojej trzeciej płycie na syntetyczne brzmienia. Już nie fortepian, a syntezatory są podstawą brzmienia. Orlova śmielej eksperymentuje, wplata w swoje opowieści electropop i zimną falę przefiltrowane przez lokalną wrażliwość. Po raz trzeci Alina nagrała album warty uwagi.



Na początku pisałem, że Alina w miarę regularnie bywa w Polsce. Przez kilka lat była stałym gościem festiwalu Wilno w Gdańsku. Ta udało mi się zobaczyć jej koncert w 2010 roku. W siąpiącym deszczu, czyli w aurze jej piosenek

środa, 6 marca 2013

Anthony Chorale - "Ambitions of the Son"


Z jednoosobowego projektu w ciągu roku Anthony Chorale przekształcił się w pełnoprawny zespół. Do ukrywającego się pod tym pseudonimem Olivera Heima, gitarzysty tres.b na stałe dołączył perkusista Tom Petit (również tres.b) oraz wiolonczelistka Karolina Rec.

Pięć piosenek składających się na „Ambitions of the Son” nie przynosi rewolucji w twórczości Holendra. Są blisko zarówno „The Eternal Now”, debiutu Anthony’ego Chorale, jak i ostatniej płycie tres.b . Podobnie folkowe, rozmarzone, rozmyte, pełne nierzeczywistej, sennej aury. Podobnie zwyczajnie ładnie. Znakiem rozpoznawczym nadal jest falset Oliviera, jednak cichym bohaterem „Ambitions of the Sun” jest Petit i jego dudniąca perkusja wprowadzająca plemienne, transowe naleciałości. Blisko jest tez Anthony’emu Chorale do Coldair. Nie z powodu obecności Tobiasza Bilińskiego w „Riverside” ani dlatego, że oba projekty przeszły podobną ewolucję. Łączy je wspomniana „sypialnianość”, wspólne inspiracje i „geograficzna nieokreśloność”. Te piosenki, choć wywodzące się z tradycji amerykańskiego folku mogłyby być napisane i nagrane równie dobrze we Włoszech, Finlandii czy RPA.

„Ambitions of the Son” może nie zachwyca, ale słucha się jej bardzo przyjemnie.



poniedziałek, 4 marca 2013

Zwyczajne piosenki

W “Juno”, oscarowym filmie sprzed sześciu już lat, rozgrywającym się na fikcyjnych suburbiach w Minnesocie, tytułowa bohaterka zasłuchuje się w twórczości Kimyi Dawson. Gdyby ten film kręcono dziś, jej miejsce na ścieżce dźwiękowej zajęłaby pewnie Katie Crutchfield.
całość recenzji najnowszej płyty Waxahatchee tutaj.

piątek, 19 października 2012

Powiew świeżego powietrza

Strona Electric Nights jeszcze dycha, ale jej dni są policzone, czas na jakiś stary wywiad, by nie zginął w pomroku internetu, a że Tobiasz ma dziś urodziny, wybór był oczywisty.


Tobiasz Biliński nie cierpi jeszcze na muzyczne ADHD, ale i tak jest nadzwyczaj płodnym twórcą. I od tej wzmożonej aktywności zaczęliśmy rozmowę.

Co trzeba zrobić, żeby stworzyć cztery płyty w dwa lata?

Mieć dużo farta, samozaparcia i przede wszystkim sporo pomysłów. Przyda się też trochę kasy, żeby je nagrać, ale po swoich doświadczeniach z rejestracją płyt Coldair wiem, że to wcale nie są jakieś duże pieniądze. Chyba ludzie by nie uwierzyli, jaki miały budżet.

„Far South” nagrałeś w domu, ale czytałem w jednym ze starych wywiadów, że miałeś plan zarejestrować ją w Berlinie.

Był taki plan, owszem. Znajomy znajomego znajomego ma studio i chciał nagrać moją płytę. Nie wyszło z kilku powodów, mieszkałem wtedy w Krakowie i nie chciało mi się nigdzie ruszać z tego miasta. „Far South” zarejestrowałem za pomocą jednego małego mikrofoniku i karty dźwiękowej w swoim pokoju.

Co było najtrudniej nagrać?

Najciężej było nagrać bębny, w sumie jestem zaskoczony, że tak dobrze brzmią. Zarejestrowałem je w sali prób ludzi z Lado ABC, za co im serdecznie dziękuję. Resztę rzeczy było łatwo nagrać w domu. Dobrze, że mam cierpliwych sąsiadów, którzy wytrzymali dźwięki trąbki i na nic się nie skarżyli.

Mieszkałeś w Sopocie, w Krakowie, teraz w Warszawie. Myślisz już o następnym miejscu?

Na razie zapisałem się do loterii wizowej do USA. Szansę na nią mam jak na wygraną w Totka. Jeśli się uda, to planuję pojechać do Nowego Jorku albo Los Angeles, choć to bardziej marzenia. Patrząc tak realistycznie, na razie jestem zadowolony z Warszawy, podoba mi się to miasto. Rozważałem Berlin i tak naprawdę tylko Berlin. Żadne inne miasta europejskie mnie nie urzekły - ani Paryż, ani Londyn.

Co jest takiego specjalnego w stolicy Niemiec?

Mają bardzo prężną scenę muzyczną. Może nie największą, ale zdecydowanie najciekawszą. Berlin ma bardzo fajny klimat, czuję się tam jak w dużym Sopocie. Jest tam mnóstwo parków, mnóstwo drzew. Mówiłem przed chwilą o tym Nowym Jorku, bo tam jest dużo możliwości, ale mnie przytłaczają ogromne miasta, te wszystkie budynki wielkości śp. World Trade Center. Berlin jest o tyle fajny, że jest rozległy, ale jednocześnie kameralny.

W jakiej sytuacji jest teraz Kyst?

Adam gra w kilku zespołach w Warszawie, ja mam Coldair, Ludwig gra jako Touchy Mob. Problemem jest dystans - ja z Adamem mieszkamy w Warszawie, a Ludwig w Berlinie właśnie. Dlatego w chwili obecnej zespół jest zawieszony, ale oczywiście to nie oznacza, że się rozpadliśmy. Mamy po prostu przerwę regeneracyjną. Bardzo długo graliśmy te same kawałki, ponad rok, i szczerze mówiąc przejadły się nam. Chcemy dać sobie trochę luzu i wymyślić nowe numery. Wracamy na wiosnę, chcemy nagrać EP-kę i wydać ją latem.

Jak bardzo różni się gra w Kyst od tego, co robisz z Coldair?

Bardzo się różni. To są dwa zupełnie różne światy. Jasne, jest jakiś wspólny pierwiastek, chociażby z tego powodu, że w obu zespołach gram ja, ale Coldair jest zupełnie inny, jeśli chodzi o kompozycje, aranże, o wszystko. Jest bardzo piosenkowy i taki… przebojowy. Nie wiem, czy powinienem mówić tak o własnej muzyce, ale ma chyba taki potencjał. Piosenki łatwiej mogą wpaść komuś w ucho i to mnie strasznie jara, bo to zupełna odskocznia od tego, co robię z Kyst.

Miałeś taki moment, że powiedziałeś sobie: „czas napisać kilka ładnych piosenek”?

Tak. Był taki moment, że już mi się przejadło granie tego samego z zespołem, zaczęła się wkradać rutyna. Wtedy zacząłem pisać większość kawałków, które trafiły na „Persephone”. To nie jest tak, że teraz mam Coldair i przedkładam go nad Kyst, tylko to dla mnie taki powiew świeżego powietrza.

Co zdecydowało o przekształceniu Coldair z solowego projektu w zespół?

Koncerty solowe mają swój urok i są ludzie, jak Sam Amidon czy Phil Elverum, którzy mogą całe życie grać sami, ale do tego, żeby te występy były powalające potrzebne jest bardzo duże doświadczenie sceniczne i trzeba wszystko bardzo dobrze przemyśleć. Mnie jeszcze sporo brakuje do ich perfekcji, a poza tym fajniej jest zagrać te piosenki tak, jak są zarejestrowane na płycie - z trąbkami, perkusją i drugą gitarą. Daje to mnóstwo dobrej energii na scenie. Można też występować na większych scenach, nie wyobrażam sobie siebie w pojedynkę np. na Open’erze.

Łatwiej jest zabukować koncert za granicą czy w Polsce?

Wiesz, w sumie podobnie łatwo. W styczniu jadę na dość dużą trasę po Europie i udało mi się zabukować dziesięć koncertów w dość krótkim czasie. Problem z koncertami za granicą jest taki, że paradoksalnie tam mniej płacą. W Polsce jest też o tyle prościej, że mam dużo znajomych, którzy prowadzą kluby i łatwiej się z nimi dogadać o terminy. Choć z kolei nie mogę np. nic zabukować w Toruniu. Grałem tam sto lat temu jako Kyst duo, ale od tamtej pory kluby są głuche na moje pytania.

Jakie masz plany na najbliższą przyszłość?

Tak jak mówiłem - trasa po Europie w styczniu, luty Wielka Brytania, zgłosiłem się do SXSW, więc może w marcu znów pojadę do Stanów. Mam już pomysły na trzeci album Coldair. Chcę go nagrywać cały rok, po jednej piosence na miesiąc. Jeśli świat się nie skończy, wydam ją w styczniu 2013.

Electric Nights Magazine 10/2011

Uskudar 14 X 2012

1. Krist Stassinopolou & Stathis Kalyviotis - Matia San Kai Ta Dika Sou
2. Kristi Stassinopolou & Stathis Kalyviotis - Neratzoula Fountomeni
3. Mike Coope & Viv Corringham - Yathia Mesanichta
4. Andy Moor & Yannis Kyriakides - A School Burnt Down
5. Kirika - Kaba Saz
6. Soap Kills - Herzan
7. Darnakes- Aghela
8. Darnakes - Strange Words
9. Yemen - Once in the Desert
10. Julio y Agosto - Vals