Szukaj na tym blogu
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Włochy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Włochy. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 8 lutego 2026
Ukąszenie pająka
Dopiero co pisałem o październikowym albumie Raüla Refree z Niño de Elche, a ten niestrudzony kataloński producent właśnie wydał kolejną płytę. Z Marią Mazzottą eksplorują południowowłoską, salentyńską tradycją, wywracają ją na drugą stronę i rzucają na nią nowe światło. W szczegółach o San Paolo di Galatina piszę w Radiowym Centrum Kultury Ludowej.
środa, 11 sierpnia 2021
Na obrzeżach x Radio Kapitał 11 VIII 2021
Już za kilka dni 15 sierpnia, ferragosto. Symboliczny początek końca lata we Włoszech. Jeszcze jest gorąco, ale dni stają się coraz krótsze, noce coraz zimniejsze, światło coraz bardziej jesienne. I taka była audycja - w programie tylko włoska muzyka, idealna na żegnanie się z kanikułą i wakacjami.
1. Mirco Menna & Banda di Avola - Evviva
2. Colombre - Fuoritempo
3. Colombre - Arcobaleno
4. Francesca Michielin feat. Giorgio Poil - LEONI
5. Giorgio Poi - Doppio nodo
6. Giorgio Poi - Le foto non me le fai mai
7. Germano - Ti soprerenderebbe
8. Francesco de Leo - Lucy
9. Lucia Manca - Maledetto
10. Angelica - Il momento giusto
11. Colapesce - Ti attraverso
12. Mina - Il cielo in una stanza
13. Maria Mazzotta - Beddha ci stai luntanu
niedziela, 15 września 2019
70% arabiki 30% robusty
Takie odkrycia lubię najbardziej. Niespodziewane. Ot. dostałem informację, że jedna z wielu wytwórni, które obserwuję na Bandcampie, wydała nową płytę. Już okładka jest intrygująca. Jak się okazuje muzyka również.
Za Cucoma Combo stoi Marco Zanotti, włoski perkusista, który na muzyce latynoskiej i zachodnioafrykańskiej zna się, jak mało kto. Lista projektów, które był zaangażowany jest prawie tak bogata, jak Huberta Zemlera. W tym miejscu wystarczy wspomnieć Orchestra Classica Afrobeat kameralny ansambl reinterpretujący chociażby Regard Sur Le Passe gwinejskiej Bembeya Jazz National, jedną z najważniejszych afrykańskich płyt lat 70. (sam zresztą pisałem o niej dawno temu przy okazji tekstu o rządowych orkiestrach w Afryce Zachodniej).
Cucoma to dialektalna nazwa okładkowej kawiarki. Bo muzyka zespołu, łącząca Afrykę i Amerykę Południową, jest jak mieszanka kawy, która pochodzi z tych dwóch regionów, tak piszą sami. Że wysyłają w świat przesłanie jedności, tolerancji i równości. Trochę to pretensjonalne, ale co zrobić, skoro to prawda. Zanotti miesza highlife, juju, afrobeat, cumbię, soukous, sambę, maloyę w idealnych proporcjach. Wyciąga co z nich najlepsze i najbardziej charakterystyczne, razem z chóralnymi zaśpiewami, nerwowym rytmem, przycinaną gitarą, akcentami dęciaków. Jest tu wszystko, co lubię najbardziej. A humanistyczne przesłanie dosłownie pojawia się w Passa Passa, moim ulubionym fragmencie albumu w postaci czytanej Deklaracji Praw Człowieka. W ramach bonusów na kompakcie i wersji cyfrowej Zanotti z kolegami i koleżankami reinterpretują Kaa Ye Oyai Hedzoleh Soundz i JJD Feli Kutiego, żeby jeszcze bardziej podkreślić, żę na takim graniu się znają i nawet starcie z klasykami jest im niegroźne.
Słoneczna to płyta. Taneczna też, trudno usiedzieć przy niej w miejscu. Radosna, chwytająca życie pełnymi garściami, celebrująca drobne przyjemności. Wypływa z doświadczeń Zanottiego, jego podróży. Podobno pierwsze szkice powstawały na kalimbie i mbirze, spokrewnionych, przenośnych metalofonach. Mieszczą się do plecaka, można je wszędzie ze sobą zabrać. Jak tę kawiarkę.
wtorek, 28 lipca 2015
Jak brzmią Włochy
Wyblakły błękit nieba, jaskrawe elewacje, żywiczny zapach rozmarynu, morska woń portu rybackiego to nie wszystko, co utkwiło mi pamięci z Włoch. Z tegorocznego wyjazdu na Procidę, niewielką wyspę położoną niedaleko Neapolu zapamiętam iście arabski zgiełk poranka wypełniony dźwiękami otwieranych sklepów, dostawami towarów, zakupami, pozdrowieniami. Zapamiętam pyrkające silniki wszędobylskich skuterów. Zapamiętam stare przeboje puszczane z trzeszczącego radia. Martwą ciszę sjesty przerywaną odgłosami podjeżdżających pod stromą ulicę samochodów. I zapamiętam siwego brodacza grającego na akordeonie ostatniego dnia pod naszym oknem. Grającego smutne i melancholijne melodie, zagłuszane przez dźwięki codzienności.
niedziela, 22 marca 2015
Gdzieś dalej, gdzie indziej
Dariusz Czaja, między opowieściami o szalonym księciu, podróżami śladami Muratowa i Tarkowskiego, rozmyślaniami o architekturze baroku, religijności i cudach, w Gdzieś dalej, gdzie indziej, zbiorze esejów o południu Włoch, odkrywa tajemnicę niezwykłej siły przyciągania nagrań terenowych:
Pamiętam swoje osłupienie, kiedy pierwszy raz słuchałem zarejestrowanych przez nich pieśni. (...) Kiedy wsłuchać się w nie mocniej, to łatwo zauważyć, że w tych przybrudzonych, czasem szwankujących wykonawczo wersjach, zapisało się coś żywego i autentycznego. Że w tych nagraniach nie idzie o efekt wykonawczy, ale o ekspresję realnego życia. O potrzebę dania świadectwa albo zapisania świata, o którym się wie, że odchodzi. Bohaterowie tych płyt nie występują, nie koncertują, niczego nie odgrywają, ale wyrażają. Na płytach słychać kawałek życia uchwycony w jego nielakierowanej wersji. Nieprzeznaczony do estetycznej delektacji. Może ta muzyka nie daje tak wielkiej satysfakcji, co materiał obrobiony muzykologicznie i wykonawczo, ale zwyczajnie wzrusza. A czasem łapie za gardło.Te słowa dotyczą tradycji apulijskiej, w tym tarantelli, ale tak naprawdę można je odnieść do innych nagrań terenowych, czy tych robionych przez wykształconych muzykologów, czy tych przez amatorów i entuzjastów. To właśnie dawanie świadectwa jest tym, co decyduje o wyjątkowości i celowości ich działalności. Uchwycenie chwili i uwiecznienie jej, zatrzymanie w kapsule czasu, uratowanie przed zapomnieniem.
czwartek, 30 stycznia 2014
Świat 2013: miejsca 15-11
15. Baxamaxam - "Baxamaxam" (recenzja)
Jest ich dwóch. Włoch i Senegalczyk. Nie podają, w jakich okolicznościach się spotkali, nie wiadomo, kiedy zaczęli razem grać. Wiadomo, jak się nazywają, że jeden jest gitarzystą, a drugi griotem grającym na bębnach, i że to efekt jednodniowej sesji nagraniowej.
Jest ich dwóch. Włoch i Senegalczyk. Nie podają, w jakich okolicznościach się spotkali, nie wiadomo, kiedy zaczęli razem grać. Wiadomo, jak się nazywają, że jeden jest gitarzystą, a drugi griotem grającym na bębnach, i że to efekt jednodniowej sesji nagraniowej.
14. Swearin' - "Surfing Strange"
W 2012 roku zauroczyli mnie swoim szczeniackim debiutem. W ciągu roku niewiele dorośli, nadal nie bardzo potrafią grać, podchodzą do wszystkiego z olewczym stosunkiem, przekręcają gałki na przesterach do oporu. Tylko pop punk ustąpił miejsca indie w stylu Pavement.
13. Debruit & Alsarah - "Aljawal"
Francuski producent połączył siły z sudańską wokalistką. Może się wydawać, że nic porywającego z tego nie wyjdzie, ile to już takich międzykulturowych płyt nurzało się w przeciętniactwie. Jednak tu jest inaczej, ani Debruit, ani Alsarah nie idą na kompromisy, niczego nie wygładzają. Dzięki temu połączenie oszczędnych podkładów, poszatkowanych instrumentalnych i wokalnych sampli z hipnotycznym głosem Sudanki brzmi bardzo naturalnie, jakby grali ze sobą od zawsze.
12. Deolinda - "Mundo pequenino"
Lizboński kwartet już raz zatrząsł Portugalią. Tym razem polityki jest mniej, smykałka do zapamiętywalnych melodii pozostała tak samo silna. "Mundo pequenino" jest od pierwszej do ostatniej minuty wypełniona fantastycznymi, wykraczającymi poza ramy fado, piosenkami.
11. Vampire Weekend - "Modern Vampires of the City"
Na trzeciej płycie Nowojorczycy ostatecznie porzucają inspirację Afryką na rzecz własnego kraju, o czym świadczą liczne odniesienia do historii rock'n'rolla. To również ich najbardziej nowojorski album. Od okładki do każdego dźwięku, wszystko jest hołdem złożonym temu miastu. Jednocześnie znajdziemy tu najbardziej osobiste teksty Ezry Koeniga.
środa, 22 maja 2013
Baxamaxam
Ze strony wytwórni, Black Sweat Records, jedynego źródła wiedzy o Baxamaxam (ich fejs świeci pustkami, a strony nie mają) nie można dowiedzieć się zbyt wiele. Ot, krótka informacja, że są duetem złożonym z włoskiego gitarzysty, Cristiano Buffy oraz senegalskiego wokalisty i perkusisty Abdou Mbayego, pochodzącego z rodziny griotów. I już. Ma to swoje zalety. Muzyki nie przesłaniają ani biografie muzyków, ani ekstraordynaryjne okoliczności poznania, czy nagrania płyty. Nie, liczą się tylko dźwięki. Nic nie zakłóca ich odbioru
Bardzo dobrze działa to na "Baxamaxam". Nic nie odwraca uwagi, a to jedna z tych płyt, które odwdzięczają się za pełne skupienie. Nie, nie trzeba zanurzać się w nią, by na dziesiątym planie szukać smaczków. To wyjątkowo skromny album, wręcz niepozorny. Nagrany w jeden, gorący lipcowy dzień. Częściowo na dworze, co słychać w "Demb" wypełniony dźwiękami cykad. Jak każdy album związany z Afryką Zachodnią, "Baxamaxam" jest wypełniony transem, bardzo blisko mu do muzyki Sahelu i Sahary. Wiecie, ognisko na pustyni, rozgwieżdżone niebo nad głową, te sprawy. Właśnie dlatego, dla tych przenosin do Afryki warto słuchać debiutu tego międzykontynentalnego duetu w zupełnym oderwaniu od laptopa.
Bardzo dobrze działa to na "Baxamaxam". Nic nie odwraca uwagi, a to jedna z tych płyt, które odwdzięczają się za pełne skupienie. Nie, nie trzeba zanurzać się w nią, by na dziesiątym planie szukać smaczków. To wyjątkowo skromny album, wręcz niepozorny. Nagrany w jeden, gorący lipcowy dzień. Częściowo na dworze, co słychać w "Demb" wypełniony dźwiękami cykad. Jak każdy album związany z Afryką Zachodnią, "Baxamaxam" jest wypełniony transem, bardzo blisko mu do muzyki Sahelu i Sahary. Wiecie, ognisko na pustyni, rozgwieżdżone niebo nad głową, te sprawy. Właśnie dlatego, dla tych przenosin do Afryki warto słuchać debiutu tego międzykontynentalnego duetu w zupełnym oderwaniu od laptopa.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






