Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Armenia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Armenia. Pokaż wszystkie posty

piątek, 24 kwietnia 2020

Głos żurawi


O Zabelle Panosian przypomniałem sobie, czytając Księgę szeptów Varujana Vosganiana. W jednej ze scen tej poruszającej opowieści Garabet Vosganian, dziadek autora wyjmuje skrzypce i śpiewa Grunk, Żurawia starą ormiańską piosenkę. Daleko są od gór Araratu i jeziora Van, osiadli w rumuńskiej Mołdawii. Cudem ocaleni z masakr, pogromów i wreszcie ludobójstwa. W Fokszanach, sennym miasteczku dorastał Varujan otoczony “starcami swojego dzieciństwa” i chłonął ich historie, które później spisał.

Jeszcze dalej od Armenii uciekli rodzice Zabelle Panosian. Najpierw do Irlandii, a potem, w 1907 roku, do Stanów Zjednoczonych. Tam Zabelle zamieszkała w Bostonie, wyszła za mąż i zaczęła śpiewać w chórze miejskiej opery. 10 lat później nagrała kilka piosenek dla Columbia Records. Pierwszą był właśnie Żuraw, zapisywany tym razem jako Groung. Śpiewając ją, Zabelle musiała wiedzieć, co się działo w Imperium Osmańskim od dwóch lat. Może dlatego jej sopran w tym i innych nagraniach brzmi tak żałobnie. Może tez z tego powodu wybrała do zaśpiewania również Mir Khar Babge Kereznam, Głęboki grób mojego ojca, przeszywający do szpiku kości lament. Żuraw był pierwszym i największym przebojem Zabelle, Columbia wznawiała go aż do 1931 roku, dopóki nie przestała wydawać muzyki ormiańskiej.

Po latach o zapomnianej Panosian przypomniał nie kto inny, jak wspominany już przeze mnie kilkakrotnie Ian Nagoski, archiwizator zajmujący się muzyką imigrantów w Stanach. Żuraw po raz pierwszy pojawił się na jego kompilacji To What a Strange Place, później wykonywał go Kronos Quartet. Zabel dożyła 96 lat, zmarła w 1986 w zapomnieniu. Zostało po niej kilka zdjęć i kilkanaście piosenek.

Żuraw w tej pieśni nie prowadzi do domu. Nie przynosi tej wieści z ojczyzny, bo tej już nie ma. Domy zostały zostały zburzone, mieszkańcy wypędzeni i wymordowani. Jedyne, co przynosi, to wspomnienia i ból.


czwartek, 11 czerwca 2015

Wszystkie kwiaty granatu



Kwiat granatu radzieckiego reżysera Siergieja Paradżanowa jest jednym z najniezwyklejszych obrazów w historii kina. Opowiada historię Sayat Novy, słynnego ormiańskiego aszyka (kaukauskiego odpowiednika barda lub trubadura). Swoją surrealistyczną atmosferą inspiruje do dziś. W lutym ukazała się alternatywna ścieżka dźwiękowa autorstwa Nicolasa Jaara (ale bardzo szybko zniknęła z YouTube już wróciła, razem z darmowym downloadem albumu, a wersja winylowa w planach), niedługo 15 listopada Aram Bajakian (amerykańsko-ormiański gitarzysta znany ze współpracy z Johnem Zornem i Lou Reedem) wydaje album z muzyka inspirowaną filmem, a w 2013 roku Juno Reactor na zlecenie Białostockiego Festiwalu Filmowego również stworzył własną ścieżkę dźwiękową. Każde z tych podejść jest zupełnie inne. Jaar łączy charakterystyczną dla siebie eksperymentalną elektronikę z brzmieniem fortepianu, trzaskami i zgrzytami, Bajakian po prostu gra na gitarze, a Juno Reactor zestawia industrial z orkiestrą i chórem. Wszystkie trzy są na swój sposób intrygujące i warte uwagi.







To niejedyne przypadki zazębiania się twórczości Paradżanowa ze współczesną muzyką. Trzy lata temu A Hawk and a Hacksaw jeździli po świecie z własną wersją ścieżki dźwiękowej do Cieni Zapomnianych przodków, a rok później wydali z nią podwójny album You Have Already Gone to the Other World.

poniedziałek, 24 września 2012

Smutek Jedwabnego Szlaku

Spisane na gorąco po koncercie. Wybaczcie, że pewnie nie do końca przemyślane.

Właśnie czytam "Serce Azji" Colina Thubrona, reportaż z podróż autora do Azji Centralnej dosłownie chwilę po upadku Związku Sowieckiego. To, co z opisów Anglika uderza najbardziej to smutek. Nostalgia za przeszłością i minioną chwałą jest wszechobecna, od Buchary po Duszanbe. W ten obraz ziemi spalonej słońcem, gdzie wszystko, co lepsze dawno minęło wpisał się koncert rozpoczynający tegoroczne Skrzyżowanie Kultur.

Nie będę się tu rozpisywał o biografiach gwiazd wieczoru - Djivana Gasparyana i Alima Qasimowa, wystarczy, że napiszę, iż każdy z nich w swojej konkurencji nie ma sobie równych. Ponad osiemdziesięcioletni Gasparyan jest mistrzem duduku, czyli ormiańskiego fletu. Do Warszawy przyjechał z trzyosobowym zespołem, w którym znalazło się miejsce dla wnuka mistrza Djivana juniora. Program koncertu składał się z przepięknych ludowych kompozycji i kilku autorstwa Gasparyana. Wpletli też "Ave Maria". Najbardziej poruszającym momentem było, gdy mistrz odłożył duduk i zaczął śpiewać o swojej matce.

Jednak nic to przy ekstatycznym  występie Qasimowa ze swoim zespołem. Towarzyszyło mu dwóch muzyków grających na tarze i kamanczy oraz jego córka Farghana. Miała rację Bjork mówiąc, że Qasimov jest najlepszym żyjącym śpiewakiem. Tym bardziej, że mugham, którym się zajmuje to muzyka przede wszystkim improwizowana, śpiewana do poetyckich teksów. I było to widać, gdy Alim, co jakiś czas spoglądał na kartkę z tekstami wierszy. Farghana nie odbiega talentem od ojca, a może nawet go przewyższa. Te momenty, gdy śpiewali razem, improwizując mogę zaliczyć do najbardziej magicznych muzycznych momentów, które widziałem. Ostatni utwór trwał prawie godzinę (tak wynika z moich obliczeń), lecz ani na moment nie znudził. Gdy już wydawało się, że kończą, napięcie sięgało zenitu, oni, jak gdyby nic kontynuowali plecenie tej wielowątkowej opowieści. Po prostu magia.