Pokazywanie postów oznaczonych etykietą psych. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą psych. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 12 kwietnia 2022

Stambuł w Tel Awiwie


Izraelczycy w latach 60. oszaleli na punkcie muzyki greckiej i tureckiej. Zbiegło się to w czasie z elektryfikacją baglamy i bouzouki oraz z popularnością surf rocka, który idealnie nadawał się do połączenia z bliskowschodnią muzyką (co jest zresztą zasługą Dicka Dale'a, pochodzącego z Libanu pioniera gatunku). Zwrot w kierunku muzyki "orientalnej" był też częścią szerszego zwrotu w izraelskiej kulturze, do tej pory przesiąkniętej aszkenazyjską Europą Środkową. Muzyka grecko-turecka, scena mizrahim pozostaje tam popularna do dziś. A gdy w Europie mamy renesans anatolijskiego rocka - od Altın Gün po Kit Sebastian - zupełnie nie zaskakuje, że Izraelczycy też są częścią tego trendu. 

Po stanowczo zbyt długiej przerwie, wracam do pisania dla Soundrive. Na początek to, co lubię najbardziej, czyli turecki psych. 

czwartek, 10 lutego 2022

Globalna impreza


Cztery dziewczyny, każda z innego kraju (było ich pięć, ale jedna odeszła przed wydaniem albumu). Połączyły je Londyn, cumbia, winyle, tequila i gitary.

Zacznijmy od przedstawienia dramatis personae. Serra Petale, gitarzystka i kompozytorka zdecydowanej większości piosenek pochodzi z zachodniej Australii, Agustina Ruiz, keytarzystka do Londynu przyleciała z Urugwaju, by zostać modelką, Josefine Johnsson jest rodowitą Szwedką, jedyna Brytyjka w składzie to perkusistka Nic Crawshaw. Ta, której już nie ma, Carolina Faruolo grała na gitarze i jest Argentynką. Można powiedzieć, że nieformalnym, dodatkowym członkiem zespołu jest Alex Kapranos (tak, ten z Franz Ferdinand), który nie tylko wyprodukował Let the Festivities Begin!, ale też na nim zagrał i jest współautorem części materiału.

Cumbia, choć bardzo ważna, jest tylko częścią wybuchowej mieszanki, jaką są Los Bitchos. Dziewczyny sięgają po oldskulowy surf rock, anatolijską psychodelię, greckie laiko, nieśmiało pojawiają się afropopowe wtręty, a wszystko to na solidnej podstawie tanecznego indie rocka. To muzyka skąpana słońcem, podlana kolorowymi drinkami, skrząca się pastelową psychodelią. Let the Festivities Begin! idealnie opisuje zawartość albumu. Nagrywana jeszcze w pandemii płyta jest zapowiedzią polockdownnowych imprez. Serra Petale napisała zestaw eklektycznych, ale spójnych, instrumentalnych piosenek. Krótkich, zwartych, lecz dających miejsce na swobodę i (ograniczone) solowe popisy. Brak wokalu w tym pomaga, główną rolę odgrywa gitara, która prowadzi narrację. Ten pomysł przyszedł jej do głowy podczas słuchania kompilacji z instrumentalna cumbią i peruwiańską chichą. Chciała tak samo opowiadać historie bez słów. We wkładce krótko opisuje swoje intencje i szkice opowieści. Od imprez w Montevideo przez filmy klasy B po grecką eskapadę upadłej celebrytki. Dziewczyny dużą rolę przywiązują do dalszych planów - klawisze i perkusjonalia, choć schowane w miksie, są czymś więcej niż tylko dodatkami. Każdy instrument jest w ciągłym dialogu z pozostałymi.

Los Bitchos to kolejny przykład tropikalnej psychodelii. Nie wiem, czy nie najbardziej globalnym. Łączą dekady, kontynenty i gatunki ze swadą i swobodą. Ich muzyka jest jak tętniąca życiem współczesna metropolia. Właściwie można powiedzieć, że są idealnymi przedstawicielkami tego zataczającego coraz szersze kręgi nurtu. Nurtu, który mógł narodzić się dopiero w XXI wieku, a u swoich podstaw ma nieograniczony dostęp do treści kultury, który przyniósł internet. Z jednej strony wzmocniło to na pewien czas dominację amerykańskiej popkultury, z drugiej, w tej hegemonii pojawiają się kolejne wyłomy. Mariusz Herma napisał o tym niedawno bardzo dobry tekst w Polityce. Oczywiście droga do pełnej równości jest jeszcze bardzo daleka, ale coraz odważniej popkultura nią kroczy. W muzyce Los Bitchos ta wielobiegunowość już jest.

poniedziałek, 15 marca 2021

Cumbia de Varsovia


Cumbia, arabski surf rock, globalna psychodelia, tropiki - to wszystko na jednej kasecie. I to z Warszawy.

Powinniście już dobrze wiedzieć, że takie połączenie jest dla mnie co najmniej bardzo interesujące. Każde takie sięganie po - ciągle jeszcze - nieoczywiste inspiracje, wychodzenie z anglosaskiego dyktatu jest odświeżające. Zresztą pisałem o tym nieraz (i nie tylko tutaj). Narzekałem trochę na brak podobnej muzyki wychodzącej w Polsce. To teraz narzekam trochę mniej.

Za Monsterrą stoi jedna osoba - Grzesiek Wiernicki z nieodżałowanych Wild Books czy prehistorycznych The Phantoms, który od dłuższego czasu zajmuje się muzyką niezachodnią w ramach imprez i podcastów Na Oriencie. W Monsterrze gra sam ze sobą na gitarze, tanio brzmiącym syntezatorze i automacie perkusyjnym.

Wychodzi przede wszystkim od cumbii, która jest bardzo wdzięczną muzyką do podobnych wycieczek, ma mnóstwo lokalnych odmian - od Meksyku po Buenos Aires, od w stu procentach akustycznej do elektronicznej. No i jest też jak widać cumbia warszawska. Wyrosła w Pogłosie, Młodszej Siostrze, na zgliszczach Eufemii, starych winylach i kasetach.

Peligro zaczyna się od miniaturki Oriente, która wskazuje kierunek całości. To muzyka rozedrgana jak miraż. Pulsująca i falująca jak Wisła. Później, w kolejnych kawałkach wiodącą rolę będzie odgrywać surfowa gitara, w której słychać echa stylu Omara Khorshida (najbardziej chyba w Malaguerra), ale w Oriente jej jeszcze nie ma, tylko syntezator. Ale tak, to gitara nadaje charakter całości. Twangująca, ale nie kieruje w stronę beztroskich nagrywek Beach Boys czy Los Bitchos (a one przecież też grają podbitą surf rockiem cumbię), tylko dusznej, betonowej dżungli - może być to Warszawa w sierpniu, może być Kair, może być Medellin. Pandemia też odcisnęła piętno na Peligro, Soledad to - zgodnie z nazwą - studium wszechogarniającej samotności, lockdownowego zapadania się w sobie. Ukojenie przychodzi na koniec, Selva tropical łączy delikatne dźwięki chyba mis tybetańskich (albo podobnego instrumentu) z nagraniami terenowymi z lasu, raczej nie tropikalnego, wbrew nazwie, i odgłosami burzy. Ucieczka do natury nie jest do końca udana, przejeżdża pociąg. Przypomina, że coraz trudniej znaleźć miejsce nietknięte cywilizacją. 

Podoba mi się demówkowy charakter tej kasety, te wszystkie niedoskonałości. Słuchając jej, czuję się trochę jak na koncercie w Młodszej Siostrze, albo górnej sali Pogłosu, trochę źle słychać, niewiele widać, jest gorąco, parno. Mogłyby już niedługo wrócić małe koncerty. Demówkowość daje też dużo nadziei na przyszłość, bo skoro Monsterra tak dobrze brzmi sama ze sobą, to jak będzie, jeśli Grzesiek przekształci ją w prawdziwy zespół.


środa, 9 września 2020

Na obrzeżach x Radio Kapitał 9 IX 2020

Połsuchaliśmy muzyki jednej z ważniejszych postaci europejskiej nowej psychodelii, zanurzonej w brzmieniach z naszej perspektywy egzotycznych - Grahama Mushnika, założyciela Catapulte Records, wytwórni, która od 13 lat jest domem dla takich zespołów L'Orchestre du Monplaisant, Derya Yildirim & Grup Simsek czy Les Pythons de Fournaces. Nie wyjeżdżając z Francji posłuchamy muzyki z Somalilandu, Turcji, wariacji na temat cumbii, soukous, perskiego funku. 

1. Guess What - Introduction: Bagdad 706 (Al Kawarizmi)
2. Guess What - Al-Khawarizmi (Al Kawarizmi)
3. Derya Yıldırım & Grup Şimşek - Nem Kaldi (Nem Kaldi)
4. Derya Yıldırım & Grup Şimşek - 3,2,2,3 (Nem Kaldi)
5. Orchestre du Montplaisant - Dr Stockton (II)
6. Sahra Halgan - Daardan (Waa Daardan)
7. Sahra Halgan - Bayr (Waa Daardan)
8. Graham Mushnik featuring His Group Martini - Gold Seekers  (Peeping Through the Porthole)
9. Slow Slushy Boys - Groove On Up (Chingford Train)
10. Malphino - Danza Negra (Malphino)


wtorek, 11 czerwca 2019

Psychodeliczna międzynarodówka

Berlin, Genewa, Amsterdam, Maastricht. A może Stambuł, Erzurum, Medellin, Kolombo i Sajgon?



W ciągu dwóch lat od wydania Nem Kaldı, Derya Yıldırım & Grup Şimşek nie tylko zdążyli objechać pół Europy i zagrać na OFF Festivalu, ale ta międzynarodowa ekipa stała się forpocztą popularyzacji tureckiej psychodelii, razem z równie międzynarodowym Altın Gün (o których drugiej płycie pisałem tutaj).

Podobieństw między obiema załogami jest więcej. Ich motorem napędowych są dzieci tureckich gastarbeiterów, które szukają związków ze stara ojczyzną. Towarzyszą im muzycy z całej Europy, zakochani w muzyce psychodelicznej sprzed lat. Łączy ich jeszcze jedna ważna rzecz, ale o tym za chwilę. W przeciwieństwie do swoich amsterdamskich kolegów, Derya i Grup Şimşek covery i własne wersje tradycyjnych melodii przeplatają autorskimi kompozycjami i tekstami Deryi wpisującymi się w tradycje tureckiej poezji.

Kar Yağar jest bardzo “powłóczysta”. To nie jest muzyka na imprezę, jak Gece. W sumie tytuł płyty Altın Gün - noc - bardziej pasuje do tego albumu. Nie jest też tak pokręcona, jak Gaye Su Akyol, która buduje osobny muzyczny świat, zakorzeniony w muzyce anatolijskiej świat. Grup Şimşek w mniej więcej równych proporcjach łączą ludowa tradycję z psychodelicznymi odjazdami, lekko progresywnymi strukturami i jazzowym feelingiem.

Kluczową rolę odgrywa saz Deryi, który prowadzi większość kompozycji. Zresztą sam fakt, że nazywają się Derya Yıldırım & Grup Şimşek stawia ją na pierwszym planie. To ona odpowiada za większość oryginalnego materiału i wybór klasyków. To jej aksamitny głos jest tym, co przyciąga do muzyki zespołu od pierwszego usłyszenia. Najlepiej się o tym przekonać w Hekimoğlu Derler Benim Aslıma, gdzie towarzyszy jej tylko bęben obręczowy, Nie jest ona jednak jedyną zaletą Kar Yağar. Fantastycznie współgrają z sazem organy i syntezatory obsługiwane przez Grahama Mushnika, które tworzą pastelową atmosferę otulającą muzykę Grup Şimşek jak kołderka.

Kar Yağar i Gece doskonale pokazują bogactwo muzyki tureckiej, służą jako jej ambasadorzy w świecie i są kolejnym dowodem na to, że retromania może być źródłem kreatywności, że najciekawsze rzeczy dzieją się na styku kultur i gatunków. Grup Şimşek i Altın Gün lączy jeszcze jedno. Bongo Joe Records, szwajcarska oficyna, która skupia w swoim katalogu właśnie takich twórców. Psychonautów, poszukiwaczy inspiracji w każdym gatunku, takich, dla których granice między gatunkami nie są żadną przeszkodą, jak Pixvae - zespół, będący współpraca francuskich noiserockowców i tradycyjnego kolumbijskiego ansamblu. Jednocześnie Bongo Joe wydają reedycje zapomnianych klasyków, czy artystów, którzy wyprzedzili swój czas, albo urodzili się pod niekorzystną szerokością geograficzną.



W Bongo Joe pierwsze kroki stawiał The Mauskovic Dance Band, ale po serii singli przeszli do Soundway, kolejnej przystani dla podróżników po gatunkach. Nic Mauskovic to tak naprawdę Nicola Reverda, perkusista i multiinstrumentalista, który grał nie tylko w holenderskich zespołach indierockowych, ale i bębnił na pierwszej płycie Altın Gün czy na trasie z legendarnym zambijskim składem WItches. W ramach swojego zespołu rozwija swoje fascynacje muzyką latynoską. Przede wszystkim kolumbijską cumbią. W wersji najbardziej zbliżonej do Meridian Brothers.



The Mauskovic Dance Band jest przejażdżką na kwasie po cumbii, palenque, champecie. Do tego dorzucają gitary brzmiące jak wyjęte z zachodnioafrykańskich klasyków, szczyptę kenijskich brzmień kikuyu i benga. A jeszcze mają w zanadrzu loopmaszyny, wysłużone syntezatory czy wszelkiego rodzaju przeszkadzajki. Czerpią z kultury soundsystemów z Bogoty i Medellin. Śpiewają falsetami jakieś niezrozumiałe teksty. Tropiki w muzyce Holendrów mienią się jaskrawymi kolorami, palmy zmieniają kształty i barwy, niebo raz jest niebieskie, raz żółte, a morze różowe.

Choć wydaje się, że takie połączenie będzie bombastyczne, wręcz przeładowane i karykaturalne, to ich muzyka jest bardzo oszczędna. Rytmiczny szkielet jest najważniejszy, co nie może dziwić, biorąc pod uwagę fakt, że lider jest perkusistą. Rytmowi wszystko jest podporządkowane, melodie są właściwie szczątkowe. I, co może zaskakiwać jeszcze bardziej, działa to świetnie. Międzykontynentalne połączenie wciąga jak nałóg.



Chyba jeszcze bardziej globalni w swoich peregrynacjach są inni Holendrzy i podopieczni Bongo Joe - Yin Yin. Dla Keesa Berkersa i Yves’a Lennertza najważniejszą inspiracją jest muzyka Południowej i Południowowschodniej Azji sprzed prawie pół wieku, czyli z okresu szybkiej modernizacji, kiedy tradycyjne melodie łączono z rockendrolem amerykańskiej proweniencji. Nie oni pierwsi, nie oni ostatni sięgają do tych czasów, żeby tylko wspomnieć Dengue Fever, Cambodian Space Project czy The Bombay Royale. A jednak ich debiutancki singel dla Szwajcarów jest rzeczą wyjątkową.



Dion Ysiusk to w miarę typowy “indochiński” psych rock. Przywołuje obrazy rejsu Mekongiem, domów na palach, filmów kung fu z Hongkongu, dziwaczniejszych obrazów z Bollywoodu. To, co go wyróżnia to monumentalizm. Pewność siebie i swojego pomysłu wypływa z każdego dźwięku. Dis̄ kô Dis̄ kô dodaje do tego disco i cytaty z Bee Gees, czyli jest jeszcze jednym wcieleniem tropikalnej imprezy.



Na sam koniec tej wycieczki po stylach i regionach wróćmy tam, gdzie zaczęliśmy. Do Turcji w Niemczech. W zeszłym roku wyszła kaseta Anadol, muzycznego wcielenia berlińskiej fotografki Gözen Atili, a w tym ten materiał ukazał się na winylu nakładem hamburskiej Pingipung Records. Jednak sam materiał powstał dość dawno, w 2015 roku.

Uzun Havalar to pierwsze wyjście Anadol poza skromną formułę improwizacji na tanich syntezatorach. Atila zaprasza swoich znajomych, by razem z nią weszli w jej świat. Tak, to jest typowy przykład outsider music, ale zbudowany na tradycyjnym fundamencie. Tytułowe uzun havalar to improwizowane, swobodne formy muzyki tureckiej. I taki też jest ten album - swobodny, pozbawiony usystematyzowanej struktury. Miniaturki sąsiadują obok kilkunastominutowych, wielowątkowych odlotów. Można się w tej muzyce zgubić, gdzieś między recytowanymi nazwami dni tygodnia po francusku, opętańczym śmiechem, przesadnym płaczem, oscylatorami przypominającymi stare filmy science fiction. Zbudowane na domyślnych rytmach z syntezatorów utwory są też jak palimpsesty - najpierw nagrane przez Gözen w Berlinie, a następnie przekazane stambulskim znajomym, którzy dogrywali się, wzbogacając pierwotne ścieżki.

“Dziwność”, pozorny chaos tej muzyki są efektem buntu Gözen przeciwko formalnej edukacji muzycznej, którą otrzymała w Stambule. Wyrwanie się z okowów “poważnej muzyki” jest celem jej całej solowej twórczości - od nagrań terenowych, sound artu aż po te syntezatorowe, nibyfolkowe ballady.



Muzycy wszystkich krajów i narodów łączcie się i czerpcie z bogactwa innych kultur bez ograniczeń - takie mogłoby być hasło tej międzynarodówki, której serce bije między Genewą, Amsterdamem, a Berlinem.


czwartek, 14 marca 2013

Borowski/Miegoń - "Jellyfishes Diary"



Podwodna muzyka.

Zatoka Gdańska nie wydaje się być specjalnie interesującym akwenem. Woda mętna, zielonkawa. Życie, jak na morze, ubogie. I jakoś tak płytko. No, Karaiby czy Pacyfik to z pewnością nie jest. Jednak ma ona swoich wielbicieli, dwóch gdynian, którzy postanowili nagrać o niej płytę.

Bartek Borowski i Michał Miegoń w swojej twórczości poruszają się w rejonach psychodeliczno-ambientowych. Nic dziwnego, że "Jellyfishes Diary" są w całości wypełnione muzyka improwizowaną. Z różnych szumów wyłaniają się szkielety ciekawych kompozycji. Ta nieokreśloność dobrze wpływa na funkcję ilustracyjną. Wystarczy tylko zamknąć oczy, by przenieść się pod wody Zatoki Gdańskiej. A pod jej powierzchnią dzieje się zaskakująco dużo  Tu przepłynie ławica śledzi albo dorszy, tam spoczywa wrak statku, gdzie indziej można natknąć się na foki, a nawet na zupełnie tu niepasującego tuńczyka (co wskazuje zupełnie odstająca od całości króciutka, nawiązująca do country kompozycja o tym tytule). To wszystko bardzo dobrze słychać na tym albumie, tym bardziej, że sami autorzy podrzucają tropy nazywając kompozycje od różnych morskich zwierząt. Borowski i Miegoń nie boją się też wypuszczać na inne, głębsze wody, choćby w ostatnim, bluesującym fragmencie "Peter's Elephantnose Fish". Najbardziej wyróżnia się długaśny "The Best Diver Among the Whales", który rzeczywiście zabiera słuchacza w największe głębiny i hipnotyzuje, jak fale rozbijające się o brzeg. Jak cały ten album zresztą.

Najwcześniej nad morze wybieram się w lipcu, więc wypróbuję "Jellyfishes DiarY" w jej naturalnym środowisku. Na Mazowszu sprawdza się całkiem nieźle.