Pokazywanie postów oznaczonych etykietą post hardcore. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą post hardcore. Pokaż wszystkie posty

piątek, 30 września 2016

Miejcie na nich oko: bezgwiezdnie


Słuchając i oglądając młodziutki zespół bezgwiezdnie w czwartek, gdy supportowali Girls Names, miałem wrażenie, że jestem świadkiem narodzin czegoś wielkiego. Jeszcze nie do końca uporządkowanego, jeszcze szukającego własnego języka, ale już wyjątkowego. Dwóch chłopaków i dziewczyna ożywiają ducha surowego, post-hardcore'u w duchu Drive Like Jehu i Unwound (zresztą z dumą przyznają się do tej inspiracji). Grają z pasją, żarem, zaangażowaniem, momentami wściekłością. Świetnie operują kontrastem i emocjami, choć czasem zdarza im się wpaść w nastoletnią pretensjonalność.

Jeszcze niedawno grali po szkołach (wystąpili nawet w murach mojego ogólniaka), a teraz stają się ważnym elementem stołecznego niezalu. Może też zabiorą się za poważne nagrywki.

środa, 13 kwietnia 2016

Marzenie


Jeden z niewielu momentów, kiedy Cedric Bixler-Zavala stał spokojnie.

Momentu rozpoczęcia koncertu w Mediolanie nie zapomnę nigdy. Rozbudowany wstęp do Arcarsenal napędzany opętańczymi bębnami Tony'ego Hajjara, Cedrikowe marakasy, wyczekiwane strzały perkusji, ten riff i trzy i pół tysiąca gardeł krzyczących "I must have read a thousand faces". Było to prawie tak poruszające jak Crime Scene Pt. 1 Afghan Whigs na początek koncertu w Proximie. 

At the Drive-In poznałem, kiedy już się rozpadli. Pokochałem od razu, od pierwszego zobaczenia teledysku do One Armed Scissor. To było jakieś 13 lat temu. Pielęgnowałem to uwielbienie do Relationship of Command bez żadnej nadziei, że kiedykolwiek usłyszę ich na żywo.

Wieści o ich pierwszej reaktywacji spowodowały szybsze bicie serca. A jednak zobaczę? Niestety, grali za daleko, bym mógł pojechać. Kiedy w styczniu ogłosili, że znowu wracają, tym razem na stałe, że będzie duża trasa, że szykują nową muzykę, nie wahałem się ani chwili.

Potem nastąpił poważny zgrzyt. Kilka dni przed rozpoczęciem trasy, w lakonicznej informacji na Facebooku obwieścili, że Jim Ward nie gra już w zespole. W zespole, który sam zakładał, którego nazwę wymyślił i za którego pierwsze nagrania zapłacił z własnej kieszeni. Nie gra i już. Wściekłość wylała się w komentarzach, i słusznie, bo wyglądało to jak dawno zaplanowana akcja. Sam poczułem się oszukany.

Warda zastąpił Keeley Davis, który 11 lat temu w Sparcie zastąpił Paula Hinojosa (który postanowił przejść do Mars Volty, skomplikowane to wszystko). Niesmak pozostał do samego rozpoczęcia koncertu. Davis świetnie wypełnił pustkę po Jimie, choć wydaje mi się, że to właśnie nieobecność Warda, który trzymał zespół w ryzach, pozwoliła Rodriguezowi-Lopezowi na kilka marsvoltowych wyskoków. Były to najgorsze momenty występu, jak zresztą można było się tego spodziewać. Szczęśliwie, poza tymi kilkoma wyskokami, Omar grał bardzo zwięźle. Za to Cedric Bixler-Zavala jest teraz w szczytowej formie, nie tylko śpiewa dużo lepiej niż cztery lata temu, ale też wspinał się na wzmacniacze, perkusję, skoczył w publiczność, rzucał krzesłem, jak u Joolsa Holanda 15 lat temu.

Mam po tym koncercie pewne rozdwojenie. Z jednej strony, spełniłem nastoletnie marzenie, koncert był fantastyczny, a z drugiej, bez Warda to jednak nie to samo.

piątek, 25 kwietnia 2014

Cloud Nothings - Here and Nowhere Else



Dwa lata temu w recenzji "Attack on Memory" napisałem, że Cloud Nothings są moją prywatną Nirvaną, ale pewnie będę się z tego za jakiś śmiał. No więc nie śmieję się.

"Here and Nowhere Else" to znów osiem piosenek trwających niewiele ponad pół godziny. Siedem krótkich, jedna trwa ponad siedem minut. Podobieństwa do poprzedniczki aż nazbyt widoczne. Jednak choć tak samo, jest zupełnie inaczej. Głośniej, brudniej, szybciej. Jednocześnie dojrzalej, a przecież dojrzałość zbyt często kojarzy się z wyciszeniem, ze zdjęciem nogi z gazu. Nie w tym przypadku. Dwa lata starszy Dylan Baldi nadal jest frustratem wypruwającym żyły do mikrofonu, częściej widzi pozytywy, choć muzyka zdaje się temu zaprzeczać. Pędzą cały czas na złamanie karku, jakby tego jutra miało nie być. Dojrzałość wiąże się też ze stałością, nie ma mowy o żadnej przykrej wpadce pokroju "No Sentiment" ani tak zaskakujących przeskoków, jak między "Wasted Days" a "Fall In".

Myślałem, że Steve Albini wycisnął z nich wszystko. Myliłem się. John Cogleton (który zawsze będzie mi się kojarzył z drugą płytą George Dorn Screams) przybrudził i wzmocnił brzmienie zespołu. A przecież "Attack on Memory" nagrywali w czteroosobowym składzie.We trzech robią więcej hałasu. Zmniejszenie składu wpłynęło pozytywnie na dyscyplinę. Grają precyzyjnie niczym bezduszna maszyna. Najlepiej słychać to w partiach perkusisty, Jasona Gerycza. Tylko czasami świadomie opuszczone dźwięki, delikatne przesunięcia akcentów przypominają, że nie jest cyborgiem.

W przeciwieństwie do bębniarza, Baldi nie musi udowadniać swojej emocjonalności. To już wiemy z poprzedniego albumu. Piosenki na "Here and Nowhere Else" są, jak już wspomniałem, zdecydowanie równiejsze niż wcześniej. Niewiele można wyróżnić. To znaczy, wyróżniamy wszystko, albo nic. Tej płyty nie ciągną dwie genialne piosenki z początku (jak to jest z "Attack on Memory"), ale wszystkie osiem. I to jej  największa zaleta.

"Here and Nowhere Else" ukazała się cztery dni przed dwudziestą rocznicą śmierci Kurta Cobain. Nieprzypadkowo. 

środa, 16 czerwca 2010

Krótkopis #3 - rokendrole

Głośno, szybko i do przodu. 

Capital - "Capital" EP

Po prawdzie to bardziej demo niż normalna EPka, ale nagrane w profesjonalnym studiu. W 3 kawałkach Capital wraca do lat 90. Jest trochę grunge'owego brudu, jest trochę post-hardcore'owej agresji i nerwu, jest indie niezależność i gitarowość, jest rock'n'rollowy sznyt i groove. Jest dobrze, ot tak, po prostu. Razem z debiutem Kim Nowak to najlepsza po prostu rockowa pozycja w Polandii AD 2010. Ale to może się zmienić, bo na jesieni druga płyta Black Tapes! Polecam.

Boogie Nights - "Sixpack of Hand Grenades" EP

Cały czas zostajemy w okołohardcore'owych klimatach. Zamiast jednak sterczeć w latach 90., przenosimy się z powrotem do XXI wieku. Do teksańskiego nerwu dodajemy teksańskich maczo menów. Jakkolwiek to by się nie wydawało karkołomne, Boogie Nights dodają do swojego hardkoru iście southern rockowe zagrywki, czasem nawet przechodzące w pudel metal, jak solówka w kawałku tytułowym. W "Hunters" typowe rokendrolowe granie przeplata się ze screamo. W "Hulk Smash" jest podobnie, ale tym razem brzmi to dość słabo. W "Blame It On Boogie Man" (tytuł kojarzy mi się z jednym odcinków atomówek), słychać też stoner rocka w tym mniej wieśniackim wydaniu. Potem znów wracamy do łączenia rokendrola z hardcore'em. Efekt jest dość intrygujący, ale jeszcze trochę trzeba nad nim popracować. Raczej polecam.


The Dead Weather - "Sea of Cowards"

Jack White 2:1 Josh Homme. Bardzo polecam.


Eddy Current Suppresion Ring - "Rush to Relax"

Ech, ci Australijczycy, może i przegrywają z Niemcami 4:0 na mundialu, ale przynajmniej na niego pojechali. Przegrywanie z Niemcami to jedyne, co mają wspólnego z nami, smutasami, u Kangurów musi być wieczna impreza, a Edusie to wyluzowane chłopaki. Najpierw robią prawdziwie punkowy 'rush' na złamanie karku, a potem relaks. I to taki prawdziwy, z morzem w tle. Polecam.


Male Bonding - "Nothing Hurts"

Cytat z RYMowej recenzji: 
British answer to last year's Canadian Japandroids (who were excellent)? It doesn't seem like a good idea to me.
Dla mnie też nie. Poza tym to kolejny dowód, że po tamtej stronie Wielkiej Kałuży jest fajnie. Nie polecam.



Masshysteri - s/t

O tych Szwedach już tu pisałem. Nic się nie zmieniło. Nadal jest prościutko, szybciutko, króciutko, nadal jest dwóch chłopaków i dwie dziewczyny. I nadal jest cholernie, cholernie melodyjnie. O tym, że jest energetycznie, to nie ma nawet co pisać, to zbyt oczywiste (zbytnią oczywistość zobaczyłem w poprzedniej polityce, a może w tej? nieważne, to sformułowanie wpadło mi w oczy podczas czytania tekstu o hipsterach. Tych naszych, warszawskich. Polecam). Płytę Masshysteri też polecam. Nawet bardzo polecam.

środa, 21 kwietnia 2010

Capital w Maszynowni; 19.04.2010

Po kilku problemach typu: -to na pewno po tej stronie ulicy? - na pewno. -o, jednak nie; pomylenie prawej strony z lewą oraz wykazaniu się znikomą znajomością dzielnicy Wola, przyszliśmy ze Sławkiem do Maszynowni o 21, więc myśleliśmy, że będziemy mieli trochę zapasu, w końcu na plakacie było napisane "start 20.00". Zgodnie ze starożytnym zwyczajem co najmniej godzinnego opóźnienia, o 21 to powinni zaczynać Jordy Warsaws. Błąd, bowiem Maszynownia, jak i Powiększenie na przykład ma sąsiadów na górze, więc koncerty muszą się kończyć przed 22, bo potem przyjeżdżają radiowozy. Czyli nie było nam dane obejrzeć kocertu Jordy Warsaws, dobrze, że chociaż Capital nie zaczęli, tylko się rozstawiali, jak zeszliśmy na dół.

A jak zaczęli, to już wiedziałem, że będzie dobrze. Przede wszystkim. Wreszcie było w miarę dobrze słychać wokal, nic nie przerywało, gitary nie zagłuszały wokalistów. Poza tym było podobnie, jak w Lorelei, czyli szybko, do przodu, z post-hardcore'owym wydarciem i grunge'owym brudem. Zagrali jeden zupełnie nowy kawałek, reszta już była grana wcześniej. Oczywiście, nie zabrakło 3 piosenek z majspejsowego dema. I tak samo, jak na poprzednim koncercie, było grubo, choć troszkę za krótko.No, ale wiadomo, lepiej krótko niż dostać mandat.

wtorek, 5 stycznia 2010

Podsumowanie 2k9: nasi

Jakoś niedługo na UM! pojawi się moje podsumowanie roku w ogóle. W ramach przygotowań podsumowanie ubiegłego roku w polskiej muzyce.

Poprzedni rok to był dobry rok, wyszło sporo świetnych płyt, a jeszcze więcej dobrych. Nie wiem, czy to dlatego, że ja bardziej grzebię w sieci, czy po prostu wreszcie coś się u nas ruszyło i przestajemy powoli być zaściankiem muzycznym (ale, w ramach zachowania równowagi w przyrodzie, stajemy się coraz większym zaściankiem piłkarskim). Wybrałem 8 płyt w kolejności dość przypadkowej. Oczywiście, ranking jest obarczony błędami, bo jeszcze nie przesłuchałem wszystkiego, czego mi polecano w zeszłym roku, ale nadrabiam, więc może pojawi się errata.

Setting the Woods on Fire - s/t


25 minut. 7 kawałków. Niby tylko tyle, ale jednocześnie aż tyle. Warszawiaki wyciskają z gitar co się da, przypominając młodziakom, jak wygląda prawdziwe emo. Żadnych serduszek, grzywek, różu, jest wściekłość, rozwalanie gitar. Do tego ich koncerty są jeszcze lepsze niż płyta.

Długo byli nadzieją, mijały kolejne lata, a o nich było cicho, wydawało się, że będzie z nimi tak, jak z poprzednimi nadziejami. Jednak wreszcie coś się ruszyło. Warto było czekać te lata.


Pablopavo & Ludziki - Telehon


To chyba najlepsza polska płyta, jaką słyszałem w tym roku. Pablo nawija o moim mieście, ale to nieważne, bo ta płyta potrafi dotrzeć do każdego, nieważne skąd jest, ponieważ Pablo opowiada historie, które mogły zdarzyć się każdemu. I na dodatek robi to w świetny sposób. Teksty to najmocniejsza strona tego krążka. Podkłady, za które odpowiadają Sir Michu i Emiliano Jones to połączenie hip-hopu, ragga i miejskiego folku. Można narzekać, że trochę za długa ta płyta, że Pablo za dużo chciał wrzucić na raz, ale co z tego, skoro wszytko jest wypaśne?


The Black Tapes - s/t


Misiaki nie zawiodły i po raz drugi pokazały, jak wygląda prawdziwy punk. To nie żaden kult, pidżama porno, czy inne nasze przaśne wynalazki. Tejpsi grają punk bez obciachu czy poczucia żenadki. Kopią tyłki każdemu rockowemu zespołowi w tym kraju i większości poza nim.

Obawiałem się trochę klawiszy, że zniszczą ten surowy klimat, który udało się chłopakom wytworzyć na EPce, ale nic takiego się nie stało. Na szczęście.


Gabriela Kulka - Hat, Rabbit


Gabriela (zupełnie nie wiem czemu upiera się przy okropnie brzmiącej Gabie) stała się w ubiegłym roku fenomenem na miarę Czesława Mozila w 2k8. I dobrze, bo w zalewie klonów Kate Bush/Tori Amos (Florence + Machine, Bat For Lashes i inne takie) Gabryśka bardzo się wyróżnia. Oprócz standardowego popu dla dorosłych, na "Hat, Rabbit" słychać kabaret, co z kolei przywodzi na myśl Dresden Dolls, ale tylko troszkę. Bo Gabriela to przede wszystkim Gabriela. Piosenka ze wspomnianym Czesławem troszkę nuży, ale poza tym nie ma słabych punktów.

George Dorn Screams - O'Malley's Bar


Pierwszy przedstawiciel reszty kraju. Jakoś tak wyszło, że ten ranking zdominowali warszawiacy, ale nie bójcie się, nie jest to spowodowane moim warszafkocentryzmem. To tylko przypadek.

Na drugiej płycie Dżordże grają mocniej, mniej sztampowo, z większym pazurem niż na debiucie. Piosenek jest 8, ale długich, potarganych, hałasujących, świadomie antyprzebojowych (no, z tym przebojami to taka przenośnia), dusznych, ale jednocześnie pełnych obojętnego chłodu znanego z debiutu. Czyli jest ciekawiej.

Nathalie and The Loners - Go, Dare


Pierwszy rzut ucha: kolejna pani z fortepianem, inspiracje te same co zwykle, ale jakoś wyjątkowo ładna ta płyta.

Drugi rzut ucha: o, sporo elektroniki, w ogóle dużo dzieje się w tle, co jest zasługą Piotrka Maciejewskiego, który produkcją tego krążka zmazał z siebie (również świetnie wyprodukowaną) niesamowicie nudną płytę Drivealone. Więcej gitar też jest. Coraz ładniejsza ta płyta.

Kolejne przesłuchania: Bardzo, bardzo ładna płyta.


The Spouds - Serenity Is Only a Brainwave


Młodziaki z Żoliborza, ale zdecydowanie bliżej im do USA. Staroświecki post-hardcore z elementami noise'u. Bardzo udanie łączą At The Drive-In, Fugazi, Sonic Youth, dorzucają szczyptę Drive Like Jehu oraz (o czym przekonałem się całkiem niedawno) bardzo dużo Polvo. W dwóch numerach dołącza do jazgotliwych gitar saksofon, który sprawia, że nie ma miejsca na nudę. Bardzo duszny jest ten materiał, skondensowany, wręcz przytłaczający, ale jednocześnie bardzo nośny. Szkoda, ze zabrakło znanego z dema "Oil Station"

Kapela ze wsi Warszawa - Infinity


Niby wyszła w 2k8 jeszcze, ale polska premiera to początek 2k9. Tym razem postawili na własne kompozycje, co wyszło im bardzo dobrze. Goście w stylu Natalii z SiStars ładnie wpasowują się w ludową muzykę Kapeli. Jest też trochę więcej elementów afrykańskich, ale to nie grzech. Piękna płyta