Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Karaiby. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Karaiby. Pokaż wszystkie posty

piątek, 19 marca 2021

Chutney z Karaibów: Muzyka jak wulkan gorąca


W swoim życiu pisałem do różnych miejsc, wiele z nich już nie istnieje i nie pozostał po nich żaden ślad w internecie. Część z tych "zaginionych" tekstów co jakiś czas przypominam na blogu w niezmienionej formie. Ostatni odcinek wyśmienitego podcastu Dział Zagraniczny o Karaibach, przypomniał mi, że dla Kwartalnika M/I napisałem tekst o trynidadzkiej chutney music. Wrzucam go w niezmienionej formie.

Każda z rozrzuconych łukiem wysp Morza Karaibskiego jest swoistym mikrokosmosem. Nie tylko pod względem przyrodniczym, ale i kulturowym. Migracje ludności, przymusowe przesiedlenia, mieszanie się rozmaitych tradycji, izolacja, wszystko to wpłynęło na mnogość lokalnych gatunków muzycznych. W tej kolorowej i ciekawej mozaice wyróżnia się chutney, muzyka potomków indyjskich robotników.

Opowieść rozpoczynamy w 1838 kiedy na Karaibach zaczęło brakować rąk do pracy, a niewolnictwo było już w Imperium Brytyjskim formalnie zakazane, a ktoś przecież musi pracować na plantacjach trzciny cukrowej. Zatem zamiast do Afryki, przedstawiciele plantatorów skierowali się do Indii. Tam, często pod przymusem lub za pomocą oszustwa, rekrutowano młodych, pochodzących z biednych rodzin, przyszłych pracowników. Nierzadkie były sytuacje, że miejsce pracy ujawniano dopiero po złożeniu po podpisu.

Rekrutowani robotnicy byli obojga płci, zdarzało się, że kontrakty podpisywały całe rodziny. Łatwo było więc pielęgnować w nowej ojczyźnie tradycje wyniesione z Indii. Tym bardziej, że Indusi mieszkali razem na plantacjach, a kontakty z innymi mieszkańcami wysp, w tym wyzwolonymi czarnymi niewolnikami były ograniczone do minimum. Zachowały się i podziały kastowe, i religia, i muzyka. W początkowych latach można było usłyszeć całą gamę tradycyjnych form, od klasycznych hinduskich bhajanów do sufickiego qawwali oraz niezliczone gatunki muzyki ludowej. Właśnie w ludowej tradycji należy upatrywać korzeni chutney music. Muzyką klasyczną, z tekstami z Wed mogli zajmować się tylko członkowie wyższych kast. Reszcie pozostawała muzyka ludu, opiewająca zwykłe życie, pracę na roli, ale i ważna w rytuałach, w których leży kolejne źródło chutney music. Hinduskie wesele jest skomplikowanym i wielowiekowym rytuałem, nie ma tu miejsca na wgłębianie się we wszystkie jego aspekty. Zostańmy przy najważniejszych. W piątek poprzedzający ceremonię kobiety z rodziny panny młodej zbierają się na matkor, podczas którego przy akompaniamencie bębnów tassa śpiewają pełne erotycznych odniesień piosenki mające przygotować przyszłą małżonkę do nocy poślubnej. Swoista śpiewana instrukcja obsługi mężczyzny. Śpiewom towarzyszyły równie rozerotyzowane tańce. Podobną strukturą charakteryzują się chaathi i barathi, prywatne ceremonie z okazji narodzin potomstwa. Na takim gruncie wyrósł chutney.

Z powodu pikantnej tematyki poruszanej w tekstach gatunek otrzymał swoją nazwę od słodko-ostrego sosu używanego w kuchni indyjskiej. Nawiasem mówiąc, nie jest to jedyny gatunek muzyczny, którego nazwa związana jest kulinariami Wystarczy wspomnieć palm-wine music z Ghany, czy ghańsko-niemiecką hybrydę burger highlife. Wróćmy jednak na Karaiby. Skoro chutney wywodzi się z tańca, ważny jest rytm. Szybki, transowy rytm, za który odpowiadają dholak i dhantal. Ten pierwszy to dwustronny bęben, spotykany na całym subkontynencie indyjskim. Dhantal natomiast jest najprawdopodobniej wynalazkiem już karaibskich Indusów i składa się z długiego na ponad metr stalowego drutu uderzanego pierwotnie podkową, co daje wysoki, rezonujący dźwięk. Klasyczny skład uzupełnia wokalista grający jednocześnie na harmonium. Tu możecie zapytać: "Ale jak to, skoro chutney powstał z kobiecej tradycji? Skąd ci mężczyźni?" Chutney Spieszę z odpowiedzią. Wraz z rozluźnianiem się tradycyjnych więzów społecznych i wrastaniem Indusów w kulturę Trinidadu, w ceremoniach zaczęli również brać czynny udział mężczyźni. W sąsiednich Gujanach: Brytyjskiej i Holenderskiej (przyszły Surinam) powstanie i ewolucja chutney przebiegały bardzo podobnie, choć na tym drugim terytorium kilka różnic sprawiło, że tamtejsza odmiana nazywa się baithak gana.

Pierwsze nagrania chutney i baithak gany pochodzą z 1958 roku, kiedy Ramdew Chaitoe wydał album zatytułowany buńczucznie King of Suriname. Tytuł okazał się proroczy, w krótkim czasie Chaitoe staje się najpopularniejszym śpiewakiem w swoim rodzinnym kraju oraz wszędzie na Karaibach, gdzie mieszka indyjska diaspora. Co ciekawe, jego piosenki, choć utrzymane w szaleńczym tempie charakterystycznym dla chutney, opiewają nie ziemskie przyjemności, lecz dotyczą religii. Nie przeszkodziło im to jednak stać się radiowymi przebojami. Może to też być zaskakujące, ponieważ w zachodnich uszach niosą one spory ładunek smutku i zadumy. Pięć lat później, w 1963 roku, Ramdew wraz ze swoją rodaczką, Dropati odbył trasę po Trynidadzie i ugruntował swoją popularność wśród Indusów oraz jeszcze bardziej spopularyzował chutney. W tym samym okresie debiutował Yusuff Khan, którego album Haunting Melodies of Yusuff Khan był moim pierwszym spotkaniem z muzyką indo-karaibską. Jeszcze mocniej zanurzony w tradycji religijnej niż nagrania Ramdew Chaitoe, Khan był również jeszcze lepszym śpiewakiem, jego nagrania pełne są żaru i charyzmy. Jednak, mimo że jego zespół korzysta z instrumentów typowych dla chutney, muzyka Khana nim nie jest, ale to bardzo dobry do niego wstęp.

Rok 1970 przyniósł narodziny nowoczesnej chutney music. Sundar Popo, nazwany później królem chutney, wydał pierwszy singel, Nani & Nana. Już od pierwszych sekund słychać, że mamy do czynienia z nową jakością. Harmonium ustępuje miejsca gitarom elektrycznym i syntezatorom. Dholakowi i dhantalowi towarzyszą automaty perkusyjne. Zamiast w hindi Popo śpiewa w kreolskim angielskim. Od tamtej pory kariera Sundara potoczyła się błyskawicznie. A samo chutney coraz mocniej zbliżało się do muzyki afro-karaibskiej, odważnie flirtując z calypso i soca. Czas na krótkie wyjaśnienie. Calypso jest tradycyjną muzyką potomków czarnych niewolników, można znaleźć w niej wpływy i zachodnioafrykańskiej tradycji griotów, i rdzenne rytmy. Soca natomiast jest mieszanką calypso i funku. Ten mariaż szybko podbił Trynidad, tym bardziej, że miał on połączyć muzykę czarnej i indyjskiej ludności kraju. Zresztą lata 80. i początek 90. to czas zbliżania się Kreoli i Indusów, czego efektem jest w muzyce chutney soca. Ta mieszanka szybko wyparła z głównego nurtu klasyczny chutney za sprawą Drupatee i jej hitu Chutney Soca.

Czym zatem się różnią te dwa gatunki? W artykule dla dwumiesięcznika Caribbean Beat pada stwierdzenie, że chutney to rytm, a zaburzenie go, zwolnienie, zelektryfikowanie daje chutney soca. Ten styl od początku wzbudzał kontrowersje wśród konserwatywnych Indusów, zarówno z powodu już jednoznacznie seksualnych i wulgarnych tekstów, propagowania imprezowego stylu życia (wystarczy tylko wspomnieć przebój Adesha Samaroo Rum Til I Die), jak i łączenia tradycji induskiej z kreolską, co było dla wielu nie do pomyślenia, z powodu wcześniejszej izolacji i niechęci do siebie obu grup.

Rosnąca popularność chutney soca wśród trynidadzkich Kreoli zbiegła się w czasie z odgrywaniem przez Indusów coraz większej roli w życiu politycznym i kulturalnym kraju. Do tego przyczynili się sami muzycy, jak choćby Black Stalin, legenda calypso, który w 1995 roku w dorocznym konkursie na najlepszego śpiewaka calypso zaprezentował utwór Tribute to Sundar Popo. Pod koniec ubiegłego wieku, za sprawą brooklyńskiej wytwórni Jamaica Me Crazy, artyści grający chutney zdobyli skromną rozpoznawalność w Stanach Zjednoczonych, co zaowocowało trasami Sundara Popo i Drupatee. Jednak był to tylko krótki epizod.

Dziś chutney soca coraz mocniej ulega wpływom innych karaibskich gatunków, w tym święcącego tryumfu na wszystkich wyspach Małych Antyli reggaetonu. Zdarza się, że „chutney” odnosi się jedynie do pochodzenia wykonawcy, a muzyka jest zupełnie pozbawiona indyjskich elementów. Odpowiedzią na ten trend jest powrót do łask klasycznego chutney, już bez społeczno-obyczajowych kontrowersji, towarzyszących narodzinom stylu. Chutney z muzyki biedoty stał się wyrazem dumy z tradycji i indyjskiej tożsamości.

Kwartalnik muzyczny M/I nr 2, zima 2014
zdjęcie: Drupatee, źródło: facebook artystki

czwartek, 4 czerwca 2020

Nadwiślańskie tropiki


Jednym z ważniejszych dla mnie trendów ostatnich lat jest "fałszywa egzotyka", budowanie odległych, powidokowych obrazów tropików, wszczepianie niezachodnich rozwiązań w zachodnią muzykę, tworzenie glokalnego (globalnego i lokalnego jednocześnie) amalgamatu. Wiodą w tym Francuzi i Holendrzy, u nas jest z tym trochę gorzej - poza Gaijin Blues i solowymi nagraniami Naphty czy Javvą nie bardzo jest w czym wybierać.

Do tego skromnego grona dołączył dwa lata temu warszawski sekstet Tropical Soldiers in Paradise i na tej wąskiej ławce rozpychają się coraz szerzej. Debiutancka kaseta, wydana w Dreamland Syndicate sygnalizowała, że to może być bardzo dobra ekipa. Na żywo widziałem ich raz, gdy supportowali Sun Araw. Był luty, a oni grali tak, jakby lipiec nigdy się nie skończył.

Od takich zespołów, jak YIN YIN czy równie tropikalne Los Bitchos Tropikalsów różnią fundamenty. O ile ci pierwsi swoje geograficzne peregrynacje opierają na psych rocku, o tyle u źródeł muzyki warszawiaków leży oldskulowy hip hop z ciężką stopą i retro soul w duchu Menahan Street Band. Dlatego jest to muzyka muzyka jednocześnie tropikalna i wielkomiejska. Powolna i pełna życia. Przed oczami mam pełne, nadwiślańskie bulwary, duchotę miejskiej dżungli, monsunowe deszcze, ciepłe lipcowe noce na Placu Grzybowskim.

Tropikalsi konsekwentnie budują swoją opowieść na II, nigdy nie przywiązują się do żadnego konkretnego miejsca czy lokalnego stylu. Są między Port of Spain, Harlemem, Warszawą a Akrą. Ksylofon kieruje skojarzenia w kierunku muzyki zachodnioafrykańskiej, podobnie jak charakterystyczne frazowanie gitary w Delcie. Ten utwór to zresztą Tropikalsi w pigułce - jest i karaibskie bujanie, soulowe dęciaki, jest i miejsce na psychodeliczny odlot. Równie emblematyczna jest Kodama, która tytuł bierze od japońskich duchów zamieszkujących stare drzewa, niespieszna, prowadzona przez meandrująca partię trąbki. W Greenland w pewnym momencie pojawiają krakeby, kojarzone przede wszystkim z marokańską gnawą. I tak plotą z różnych elementów swoją opowieść-podróż.

Nie może być jednak zbyt pięknie, cała podróż kończy się na Wielkiej Pacyficznej Plamie Śmieci, jakby chcieli podkreślić, że nie ma miejsca na Ziemi, które nie byłoby dotknięte choćby w pośredni sposób przez działalność człowieka. Dziewicza natura to tylko miraż, rozpływający się, gdy tylko wybierzemy się do "niezdobytych" miejsc, na krańce świata. To prawdziwy smutek tropików.


środa, 22 marca 2017

Alex Ferreira y el Frente Caribe


Jedna ze stacji telewizyjnych emituje program o Amerykanach, którzy porzucili swoją ojczyznę i rozpoczęli życie gdzie indziej Za dużo go nie oglądałem, ale mam wrażenie, że Jankesi najczęściej wybierają Meksyk albo Karaiby, bo wiecie, tanio, sielankowo i wiecznie ciepło.

Oczywiście Karaiby to nie tylko palmy kokosowe, piraci, ciepła woda i całoroczne lato. Jednak Alex Ferreira, dominikański wokalista ze swoim nowym zespołem el Frente Caribe bardzo chcą przekonać, że mieszkają w raju na ziemi. Łatwo im uwierzyć.

Ferriera zwykle gra bardzo nowoczesny i ładny indie pop, tym razem postanowił wrócić do swoich dominikańskich korzeni, do bachaty, calypso i merengue. Zwykle te gatunki omijam, bo rzadko zdarzało się do tej pory coś, co na dłużej przykuło moją uwagę, tej EPki słucham od dobrych kilku miesięcy i jeszcze mi się nie znudziła. Długo się zastanawiałem dlaczego i chyba już wiem.

Ferreira i el Frente Caribe wywodzą się z punku i popu. Nie mają nabożnego stosunku do tradycji, nie są jej niewolnikami. Ich piosenki otulają niczym ciepły kocyk swoją miękkością, a jednocześnie słychać w nich podskórny bunt na zastane reguły. Najwyraźniej słychać to w sposobie śpiewania Alexa, tak innym od artystów, na których wpływ się powołują. Bliżej mu do zachodniego popu niż do karaibskiego idiomu. W tym połączeniu tkwi siła tych pięciu piosenek.

Tkwi także w ich taneczności i beztrosce. W jedynym anglojęzycznym utworze Ferreira śpiewa take me to my little island, a ja bardzo chcę jechać tam razem z nim, leżeć na hamaku pod palmą i patrzeć na turkusowe morze.