Z czym kojarzy się Wiedeń? Z walcem, kawą, rogalikami, bokobrodami Franciszka Józefa, dawno minioną chwałą. Z muzyką alternatywną? Raczej nie. Niegdysiejsza stolica europejskiej kultury na kilka długości przegrywa choćby z Berlinem. Nie znaczy to jednak, że największe miasto Austrii nie ma muzycznie nic do zaoferowania.Napisałem o debiucie Fijuka.
Szukaj na tym blogu
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą avant pop. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą avant pop. Pokaż wszystkie posty
piątek, 15 listopada 2013
Nad pięknym, modrym Dunajem
piątek, 6 września 2013
Ostatni
Wczoraj fantastycznym koncertem na Skwerze Hoovera oficjalnie działalność zakończyły Płyny, jeden z najoryginalniejszych i moich ulubionych warszawskich zespołów. Zamiast pisać im epitafium, przypominam niedostępny już w sieci wywiad z Igorem Spolskim i Szymonem Tarkowskim z kwietnia ubiegłego roku. Będzie ich bardzo brakować.
Kwestia pewnej filozofii
Idzie wiosna, lato coraz bliżej, do tego niedawno wyszła trzecia płyta Płynów. Te trzy powody wystarczyły, by porozmawiać z Szymonem Tarkowskim i Igorem Spolskim. Nazwali swoje najnowsze dzieło „Vacatunes”, więc od wakacji zaczęliśmy.
Jaka jest najlepsza muzyka na wakacje?
Szymon Tarkowski: Ja bardzo lubię włoski pop z lat 60. i 70. Świetnie się tej muzyki słucha w samochodzie przy otwartym oknie, gdy świeci słońce. Tacy artyści jak Pupo albo Drupi.
Igor Spolski: Trupi.
Szymon: Nie ma takiego kolesia… Mówię absolutnie serio. Wiem, że ta muzyka kojarzy się z totalną wiochą, ale w upalne lato świetnie się tego słucha. Podobnie działa Serge Gainsbourg albo The Beach Boys.
Igor: Ja rozkochałem się w bigbicie, który z resztą gram pod szyldem NASI STARZY, lubię Devendrę Banharta na upalne leżenie plackiem na deskach pomostów, Cloud Control do mnie ostatnio przemawia, The Fowles i Captain Beefheart, przy czym kapitan jak nikt inny.
Szymon: Tak, Devendra też jest super na wakacje. W zeszłe lato w moim odtwarzaczu rządziła też dosyć mocno druga płyta Fleet Foxes.
A „Vacatunes”?
Szymon: To też, ale my staramy się nie słuchać własnej muzyki. Ta płyta powstawała dwa lata i wysłuchałem już tych piosenek chyba wystarczającą ilość razy. Natomiast wszystkim innym oczywiście szczerze ją polecam.
Igor: Wiesz, sytuacja jest taka, że każdej piosenki słuchaliśmy po sto kilkadziesiąt razy w studiu.
Skoro zaczęliśmy od muzyki na wakacje, to gdzie je najlepiej spędzić?
Igor: Nie w Europie, czego echa pobrzmiewają w piosence „Camping de Europa”. Taką właśnie miałem refleksję, która po części wynikała z tego, że Europę zjechałem całą, że jest w niej drogo, ale przede wszystkim, że już mi ten kop egzotyki nie wystarcza, że czuję się tu wygodnie i bezpiecznie a dla mnie podróżowanie nie ma nic wspólnego z turystyką, Musi by przygoda, niepewność, brak całkowitego poczucia bezpieczeństwa, jakiś ferment, od którego bierze się instrument, laptopa i pisze się piosenki. Dla mnie wyjazd i powrót bez nowych pachnących songów to wyjazd po nic, taką mam fiksację.
Szymon: Południe Azji ma też taką wielką zaletę, że tam jest ciepło, kiedy u nas jest zima. Warto pojechać tam w zimie i mieć wakacje cały rok.
Igor: Tak też zrobiliśmy w tym roku.
Czemu trzeba było czekać tak długo na „Vacatunes”?
Igor: Chcieliśmy zrobić ją naprawdę porządnie. Ślady były nagrywane w różnych miejscach. Część nawet w Nepalu. Sporo czasu zajęło nam wyszlifowanie jej.
Szymon: Ja w międzyczasie zacząłem grać z zespołem Pustki, zdążyłem z nimi zrobić trzy płyty. To też zajmowało czas i odrywało mnie od Płynów. Natomiast Igor był w Nepalu, gdzie nagrał płytę z tamtejszymi muzykami.
Igor: Wychodzi za dwa miesiące. Razem z książką, czy może bardziej dziennikiem z podróży ze zdjęciami.
To będą te piosenki na ukulele, zapowiadane od dłuższego czasu?
Igor: Tak, instrumentarium jest zupełnie inne niż na dotychczasowych płytach. Większość piosenek opiera się właśnie na brzmieniu tych małych urokliwych, hawajskich gitarek, perkusjonaliów i szczypty nepalskich instrumentów etnicznych.
Skąd się wzięło ukulele w twoich rękach?
Igor: Byliśmy z Szymonem kiedyś na imprezie w Chłodnej 25 i dwóch chłopaczków grało piosenki Beirutu. To był taki moment, kiedy te instrumenty dopiero pokazały się w Warszawie.
Szymon: Z resztą jednym z tych chłopaków był niejaki Filip Pokłosiewicz. Nie wiem, czy dalej gra na ukulele, ale to był właśnie on.
Igor: Teraz wytworzył się silny ruch muzyków grających na ukulele.
No właśnie, nie jesteś zły, że Eddie Vedder ukradł ci pomysł na płytę i palmę pierwszeństwa?
Igor: Eddie ma po prostu przechlapane;-) Prosta sprawa. Trochę mi żal, bo gdyby współpraca z Polskim Radiem odbywała się lepiej i wszystko byłoby na czas, to moje piosenki na ukulele wyszłyby rok wcześniej niż on…
Szymon: się urodził.
A jaki jest stan Leonoff?
Igor: Zespół nagrał płytę i się zamknął. To był ostatni zryw tego składu i chęć zamknięcia pewnego etapu. Poza tym to był bardzo duży zespół i zarządzanie nim partyzanckimi metodami odbierało mi chęć do życia. Z perspektywy czasu patrzę na ten band, jako szkółkę, przez którą przewinęło się z kilkadziesiąt osób, zespół, w którym uczyłem się pisać piosenki i aranżować je i jako skład, który nagrał kilka fajnych piosenek.
Jaki jest najdziwniejszy instrument, jaki wykorzystaliście na „Vacatunes”?
Szymon: Nie było jakichś bardzo dziwnych instrumentów. Mieliśmy gitarę dobro, która u nas nie jest szczególnie popularna, ale na przykład w Stanach możesz ją dostać w każdym sklepie muzycznym. Wykorzystaliśmy ją w utworze „Camping de Europa” i jej country’owe brzmienie nadało nowy wymiar tej piosence.
Igor: Ukulele też się pojawia w dwóch piosenkach, gram na banjo w „Life on Wars” i jakiś pseudo-przeszkadzajkach znalezionych w studiu.
Szymon: Flet bansuri, na którym gra chłopak z Nepalu.
Lubicie Pałac Kultury?
Szymon: Wiem, że Pałac Kultury ma złe konotacje zwłaszcza dla ludzi starszej daty, kojarzy im się ze Stalinem, komunizmem i tak dalej. Dla mnie natomiast, jako człowieka urodzonego w 1978 roku, czyli i tak dosyć dawno temu, Pałac Kultury jest ok.
Igor: Architektonicznie patrząc, Pałac Kultury, podobnie jak samochód Pabieda został żywcem zerżnięty ze wzorców zza Oceanu. Przywodzi mi na myśl Nowy Jork, do którego bardzo chciałbym pojechać, ale wiecznie nie mam kasy.
Szymon: Mnie Pałac Kultury kojarzy się z nieistniejącym klubem Jazzgot, z Cafe Kulturalną, Salą Kongresową, Kinoteką, czyli miejscami, gdzie można zobaczyć fajny koncert lub obejrzeć dobry film.
Igor: A mnie z tym, że jak tam był klub Jazzgot, byłem robotnikiem najemnym i budowałem parking. Widziałem chłopców chodzących z gitarami do Jazzgotu i myślałem, jaki świetny mają lajf. Tak było, czytałem Hłaskę i pracowałem na budowie.
Szymon: I dlatego, że tak bardzo lubimy Pałac Kultury jest o nim piosenka na nowej płycie.
Gdzie chcielibyście mieszkać poza Warszawą?
Szymon: W Portugalii. Mimo tego, co Igor mówił o Europie, to są w niej wciąż fajne miejsca. Portugalia oprócz Polski jest najfajniejszym krajem na świecie. Mają świetne jedzenie, świetne wino, ryby i owoce morza. Jest piękna pogoda. Sympatyczni ludzie. Fakt, jest tam teraz kryzys gospodarczy, ale myślę, że sobie poradzą. Ja mógłbym mieszkać w Lizbonie, a ty?
Igor: W Nepalu i coraz poważniej myślę, by się tam przenieść na stare lata. Chaos, który jest tam, odzwierciedla chaos we mnie.
Jesteście jak Lennon i McCartney czy Jagger i Richards?
Igor: Nie wiem, z którym z nich bardziej się utożsamiam, nie zadaję sobie takich pytań, ale jeśli odwołamy się do Fab Four to Szymon jest jak Epstein.
Szymon: Dokładnie. Coś w tym jest. Chociaż ja, w przeciwieństwie do Briana Epsteina, managera The Beatles, czasami też piszę piosenki.
Igor: Szymon ogarnia wszystkie sprawy organizacyjne, koncertowe.
Szymon: Czasem jest tak, że mam pomysł na piosenkę, ale nie umiem ładnie ubrać jej w słowa. Tak było z „NRF FM”. Przyniosłem ideę piosenki i refren do niej, a Igor dopisał piękne zwrotki i wymyślił super melodię.
Słuchacie jeszcze radia?
Szymon: Ta piosenka wzięła się z jeżdżenia z Pustkami w trasy. Wiadomo, dużo się jeździ samochodem, jest nudno, więc słucha się radia. Duża część Polski jest tak pokryta falami radiowymi, że do wyboru jest albo RMF albo Radio Maryja. To, co leci w jednym i drugim radiu jest dosyć przerażające.
Igor: Tu będzie w nawiasie Igor Spolski idzie po barszczyk (Igor Spolski idzie po barszczyk).
Szymon: Z nośnika muzyki radio stało się nośnikiem treści reklamowych. Kiedyś reklamy były przerywnikiem dla muzyki, dziś muzyka przerywa reklamy.
Na „Vacatunes” śpiewasz w dwóch piosenkach.
Szymon: Wcześniej zaśpiewałem fragment „Nikt nie ma zioła na Sienkiewicza” na pierwszej płycie i zdarzało mi się śpiewać chórki, ale można uznać, że „Najbrzydsze dziewczyny” i „Naklejka” to mój wokalny debiut. Wynikło to z tego, że to moje utwory, a Igor nie do końca się z nimi identyfikował.
Dużo macie takich niewykorzystanych piosenek jak „Singalong”, która pojawiła się na składance „Daleko od Szosy”?
Szymon: Zawsze wypada z albumu kilka utworów. Na płycie „Rzeszów – St. Tropez” znalazło się dwanaście piosenek, a nagraliśmy szesnaście. Jedną z nich jest właśnie „Singalong”. Pozostałe istnieją w czeluściach mojego dysku twardego i raczej ich nie pokażemy światu, bo trochę się ich wstydzimy. Dopiero po naszej śmierci, gdy będą wychodziły wypasione boksy z reedycjami, ujrzą światło dzienne.
Czujecie się częścią jakiejś większej sceny?
Szymon: To jest kwestia pewnej filozofii. Niektóre zespoły uważają, że trzeba być takimi, jak zespoły z Wielkiej Brytanii czy Stanów. Ubierać się tak samo, grać taką muzykę. Być jak najbliżej ideału takich zespołów.
Igor: Tego wynikiem była scena indierockowa sprzed kilku lat, która rozbłysła tak samo szybko jak zgasła.
Szymon: Ja bardo lubię muzykę anglosaską, całe życie słuchałem takich rzeczy, ale nie uważam, że powinienem tak grać. Oni robią to świetnie i nie widzę powodu, bym miał grać tak samo. Po co wozić drzewo do lasu? I dlatego identyfikuję się ze sceną skupioną wokół naszego wydawcy. Grają po polsku, nie wstydzą się przyznawać do swojej polskości. W takim sensie czuję przynależność do tej sceny. Nie znaczy to jednak, że polskie zespoły grające indie rocka są z założenia złe. Często to są bardzo fajne ekipy.
Uwielbiam na przykład drugą płytę The Car Is on Fire. Grają tam na światowym poziomie.
Igor: Ja się nie identyfikuje z żadną sceną. Po prostu robię swoje.
I już na otarcie łez "Nikt nie ma zioła na Sienkiewicza" z wideosesji:
Kwestia pewnej filozofii
Idzie wiosna, lato coraz bliżej, do tego niedawno wyszła trzecia płyta Płynów. Te trzy powody wystarczyły, by porozmawiać z Szymonem Tarkowskim i Igorem Spolskim. Nazwali swoje najnowsze dzieło „Vacatunes”, więc od wakacji zaczęliśmy.
Jaka jest najlepsza muzyka na wakacje?
Szymon Tarkowski: Ja bardzo lubię włoski pop z lat 60. i 70. Świetnie się tej muzyki słucha w samochodzie przy otwartym oknie, gdy świeci słońce. Tacy artyści jak Pupo albo Drupi.
Igor Spolski: Trupi.
Szymon: Nie ma takiego kolesia… Mówię absolutnie serio. Wiem, że ta muzyka kojarzy się z totalną wiochą, ale w upalne lato świetnie się tego słucha. Podobnie działa Serge Gainsbourg albo The Beach Boys.
Igor: Ja rozkochałem się w bigbicie, który z resztą gram pod szyldem NASI STARZY, lubię Devendrę Banharta na upalne leżenie plackiem na deskach pomostów, Cloud Control do mnie ostatnio przemawia, The Fowles i Captain Beefheart, przy czym kapitan jak nikt inny.
Szymon: Tak, Devendra też jest super na wakacje. W zeszłe lato w moim odtwarzaczu rządziła też dosyć mocno druga płyta Fleet Foxes.
A „Vacatunes”?
Szymon: To też, ale my staramy się nie słuchać własnej muzyki. Ta płyta powstawała dwa lata i wysłuchałem już tych piosenek chyba wystarczającą ilość razy. Natomiast wszystkim innym oczywiście szczerze ją polecam.
Igor: Wiesz, sytuacja jest taka, że każdej piosenki słuchaliśmy po sto kilkadziesiąt razy w studiu.
Skoro zaczęliśmy od muzyki na wakacje, to gdzie je najlepiej spędzić?
Igor: Nie w Europie, czego echa pobrzmiewają w piosence „Camping de Europa”. Taką właśnie miałem refleksję, która po części wynikała z tego, że Europę zjechałem całą, że jest w niej drogo, ale przede wszystkim, że już mi ten kop egzotyki nie wystarcza, że czuję się tu wygodnie i bezpiecznie a dla mnie podróżowanie nie ma nic wspólnego z turystyką, Musi by przygoda, niepewność, brak całkowitego poczucia bezpieczeństwa, jakiś ferment, od którego bierze się instrument, laptopa i pisze się piosenki. Dla mnie wyjazd i powrót bez nowych pachnących songów to wyjazd po nic, taką mam fiksację.
Szymon: Południe Azji ma też taką wielką zaletę, że tam jest ciepło, kiedy u nas jest zima. Warto pojechać tam w zimie i mieć wakacje cały rok.
Igor: Tak też zrobiliśmy w tym roku.
Czemu trzeba było czekać tak długo na „Vacatunes”?
Igor: Chcieliśmy zrobić ją naprawdę porządnie. Ślady były nagrywane w różnych miejscach. Część nawet w Nepalu. Sporo czasu zajęło nam wyszlifowanie jej.
Szymon: Ja w międzyczasie zacząłem grać z zespołem Pustki, zdążyłem z nimi zrobić trzy płyty. To też zajmowało czas i odrywało mnie od Płynów. Natomiast Igor był w Nepalu, gdzie nagrał płytę z tamtejszymi muzykami.
Igor: Wychodzi za dwa miesiące. Razem z książką, czy może bardziej dziennikiem z podróży ze zdjęciami.
To będą te piosenki na ukulele, zapowiadane od dłuższego czasu?
Igor: Tak, instrumentarium jest zupełnie inne niż na dotychczasowych płytach. Większość piosenek opiera się właśnie na brzmieniu tych małych urokliwych, hawajskich gitarek, perkusjonaliów i szczypty nepalskich instrumentów etnicznych.
Skąd się wzięło ukulele w twoich rękach?
Igor: Byliśmy z Szymonem kiedyś na imprezie w Chłodnej 25 i dwóch chłopaczków grało piosenki Beirutu. To był taki moment, kiedy te instrumenty dopiero pokazały się w Warszawie.
Szymon: Z resztą jednym z tych chłopaków był niejaki Filip Pokłosiewicz. Nie wiem, czy dalej gra na ukulele, ale to był właśnie on.
Igor: Teraz wytworzył się silny ruch muzyków grających na ukulele.
No właśnie, nie jesteś zły, że Eddie Vedder ukradł ci pomysł na płytę i palmę pierwszeństwa?
Igor: Eddie ma po prostu przechlapane;-) Prosta sprawa. Trochę mi żal, bo gdyby współpraca z Polskim Radiem odbywała się lepiej i wszystko byłoby na czas, to moje piosenki na ukulele wyszłyby rok wcześniej niż on…
Szymon: się urodził.
A jaki jest stan Leonoff?
Igor: Zespół nagrał płytę i się zamknął. To był ostatni zryw tego składu i chęć zamknięcia pewnego etapu. Poza tym to był bardzo duży zespół i zarządzanie nim partyzanckimi metodami odbierało mi chęć do życia. Z perspektywy czasu patrzę na ten band, jako szkółkę, przez którą przewinęło się z kilkadziesiąt osób, zespół, w którym uczyłem się pisać piosenki i aranżować je i jako skład, który nagrał kilka fajnych piosenek.
Jaki jest najdziwniejszy instrument, jaki wykorzystaliście na „Vacatunes”?
Szymon: Nie było jakichś bardzo dziwnych instrumentów. Mieliśmy gitarę dobro, która u nas nie jest szczególnie popularna, ale na przykład w Stanach możesz ją dostać w każdym sklepie muzycznym. Wykorzystaliśmy ją w utworze „Camping de Europa” i jej country’owe brzmienie nadało nowy wymiar tej piosence.
Igor: Ukulele też się pojawia w dwóch piosenkach, gram na banjo w „Life on Wars” i jakiś pseudo-przeszkadzajkach znalezionych w studiu.
Szymon: Flet bansuri, na którym gra chłopak z Nepalu.
Lubicie Pałac Kultury?
Szymon: Wiem, że Pałac Kultury ma złe konotacje zwłaszcza dla ludzi starszej daty, kojarzy im się ze Stalinem, komunizmem i tak dalej. Dla mnie natomiast, jako człowieka urodzonego w 1978 roku, czyli i tak dosyć dawno temu, Pałac Kultury jest ok.
Igor: Architektonicznie patrząc, Pałac Kultury, podobnie jak samochód Pabieda został żywcem zerżnięty ze wzorców zza Oceanu. Przywodzi mi na myśl Nowy Jork, do którego bardzo chciałbym pojechać, ale wiecznie nie mam kasy.
Szymon: Mnie Pałac Kultury kojarzy się z nieistniejącym klubem Jazzgot, z Cafe Kulturalną, Salą Kongresową, Kinoteką, czyli miejscami, gdzie można zobaczyć fajny koncert lub obejrzeć dobry film.
Igor: A mnie z tym, że jak tam był klub Jazzgot, byłem robotnikiem najemnym i budowałem parking. Widziałem chłopców chodzących z gitarami do Jazzgotu i myślałem, jaki świetny mają lajf. Tak było, czytałem Hłaskę i pracowałem na budowie.
Szymon: I dlatego, że tak bardzo lubimy Pałac Kultury jest o nim piosenka na nowej płycie.
Gdzie chcielibyście mieszkać poza Warszawą?
Szymon: W Portugalii. Mimo tego, co Igor mówił o Europie, to są w niej wciąż fajne miejsca. Portugalia oprócz Polski jest najfajniejszym krajem na świecie. Mają świetne jedzenie, świetne wino, ryby i owoce morza. Jest piękna pogoda. Sympatyczni ludzie. Fakt, jest tam teraz kryzys gospodarczy, ale myślę, że sobie poradzą. Ja mógłbym mieszkać w Lizbonie, a ty?
Igor: W Nepalu i coraz poważniej myślę, by się tam przenieść na stare lata. Chaos, który jest tam, odzwierciedla chaos we mnie.
Jesteście jak Lennon i McCartney czy Jagger i Richards?
Igor: Nie wiem, z którym z nich bardziej się utożsamiam, nie zadaję sobie takich pytań, ale jeśli odwołamy się do Fab Four to Szymon jest jak Epstein.
Szymon: Dokładnie. Coś w tym jest. Chociaż ja, w przeciwieństwie do Briana Epsteina, managera The Beatles, czasami też piszę piosenki.
Igor: Szymon ogarnia wszystkie sprawy organizacyjne, koncertowe.
Szymon: Czasem jest tak, że mam pomysł na piosenkę, ale nie umiem ładnie ubrać jej w słowa. Tak było z „NRF FM”. Przyniosłem ideę piosenki i refren do niej, a Igor dopisał piękne zwrotki i wymyślił super melodię.
Słuchacie jeszcze radia?
Szymon: Ta piosenka wzięła się z jeżdżenia z Pustkami w trasy. Wiadomo, dużo się jeździ samochodem, jest nudno, więc słucha się radia. Duża część Polski jest tak pokryta falami radiowymi, że do wyboru jest albo RMF albo Radio Maryja. To, co leci w jednym i drugim radiu jest dosyć przerażające.
Igor: Tu będzie w nawiasie Igor Spolski idzie po barszczyk (Igor Spolski idzie po barszczyk).
Szymon: Z nośnika muzyki radio stało się nośnikiem treści reklamowych. Kiedyś reklamy były przerywnikiem dla muzyki, dziś muzyka przerywa reklamy.
Na „Vacatunes” śpiewasz w dwóch piosenkach.
Szymon: Wcześniej zaśpiewałem fragment „Nikt nie ma zioła na Sienkiewicza” na pierwszej płycie i zdarzało mi się śpiewać chórki, ale można uznać, że „Najbrzydsze dziewczyny” i „Naklejka” to mój wokalny debiut. Wynikło to z tego, że to moje utwory, a Igor nie do końca się z nimi identyfikował.
Dużo macie takich niewykorzystanych piosenek jak „Singalong”, która pojawiła się na składance „Daleko od Szosy”?
Szymon: Zawsze wypada z albumu kilka utworów. Na płycie „Rzeszów – St. Tropez” znalazło się dwanaście piosenek, a nagraliśmy szesnaście. Jedną z nich jest właśnie „Singalong”. Pozostałe istnieją w czeluściach mojego dysku twardego i raczej ich nie pokażemy światu, bo trochę się ich wstydzimy. Dopiero po naszej śmierci, gdy będą wychodziły wypasione boksy z reedycjami, ujrzą światło dzienne.
Czujecie się częścią jakiejś większej sceny?
Szymon: To jest kwestia pewnej filozofii. Niektóre zespoły uważają, że trzeba być takimi, jak zespoły z Wielkiej Brytanii czy Stanów. Ubierać się tak samo, grać taką muzykę. Być jak najbliżej ideału takich zespołów.
Igor: Tego wynikiem była scena indierockowa sprzed kilku lat, która rozbłysła tak samo szybko jak zgasła.
Szymon: Ja bardo lubię muzykę anglosaską, całe życie słuchałem takich rzeczy, ale nie uważam, że powinienem tak grać. Oni robią to świetnie i nie widzę powodu, bym miał grać tak samo. Po co wozić drzewo do lasu? I dlatego identyfikuję się ze sceną skupioną wokół naszego wydawcy. Grają po polsku, nie wstydzą się przyznawać do swojej polskości. W takim sensie czuję przynależność do tej sceny. Nie znaczy to jednak, że polskie zespoły grające indie rocka są z założenia złe. Często to są bardzo fajne ekipy.
Uwielbiam na przykład drugą płytę The Car Is on Fire. Grają tam na światowym poziomie.
Igor: Ja się nie identyfikuje z żadną sceną. Po prostu robię swoje.
I już na otarcie łez "Nikt nie ma zioła na Sienkiewicza" z wideosesji:
środa, 9 stycznia 2013
Polska 2012: miejsca 10-6
10. Skubas - "Wilczełyko"
Skubas opierając się na akustycznościach, opowiada historie, idąc czasem tropem Toma Waitsa, czasem mocno zagłębiając się w lata 90, w seattlowskim wydaniu. Niepozorny to album i chyba trochę zbyt łatwo go przeoczyć, co byłoby sporą stratą, bo takich barowych przydymionych papierosami nie było lepszych w ubiegłym roku.
wideosesja | Skubas - "Mgła" from Uwolnij Muzykę! on Vimeo.
9. Muchy - "chcecicospowiedziec"
Zdecydowanie najbardziej rockowa propozycja poznaniaków. Odejście Piotra Maciejewskiego i przyjęcie Damiana Pielki skierowały Muchy w mocniejsze rejony, słychać gdzieniegdzie echa QotSA, ale nie stracili nie stracili nic ze swojej taneczności. Wiraszkowe teksty może w całości niezbyt imponujące, ale jak zawsze można wychwycić doskonałe sformułowanie. "Chcecicospowiedziec" jest jednocześnie ich najdzikszą, jak i najdojrzalszą płytą. Nie przeszkadzaj mi, bo tańczę.
8. Płyny - "Vacatunes"
Płyny konsekwentnie mocno podkreślają lokalność w tekstach, zmiękczając ją muzycznym eklektyzmem. Jest i blues rock, i avant-pop, parodia rosyjskich ballad i radiowego popu, indie, Indie, Bitelsi, wszystko rozgrywające się w Warszawie oglądanej z perspektywy Pałacu Kultury, imprezowiczów, wnikliwego antropologa, podwórka na Dobrej... Warszawie rozgrzanej zachodzącym, wakacyjnym słońcem.
7. Maja Kleszcz & IncarNations - "Odeon"
Maja Kleszcz przeszła długą drogą od folku i białego śpiewu w Kapeli ze wsi Warszawa do bluesa i soulu z IncarNations. Porównania do Amy Winehouse są tyleż pochlebne, co niesprawiedliwe. Mai nie trzeba z nikim porównywać, jest na tyle wyrazista i uzdolniona (ten głos!), że to raczej inni powinni równać do niej. Niemała w tym zasługa Wojtka Krzaka nadzorującego sprawy muzyczne i autora tych stylowych, zanurzonych w tradycji piosenek oraz Bogdana Loebla tekściarza zespołu. Bez nich projekt pt. IncarNations nie byłby skazany na sukces, bo samym, nieważne jak zjawiskowym, głosem nie da się go osiągnąć. Potrzebne są jeszcze tak fantastyczne piosenki, jak te.
6. Merkabah - "A Lament for the Lamb"
Żydowski mistycyzm przełożony na język jazz-metalu. Język pokręcony, skomplikowany, fascynujący i perfekcyjny, choć nie pozbawiony odrobiny szaleństwa, w którym łatwo się zatracić. Główną rolę odgrywają w nim nie wściekłe gitary, lecz demoniczny saksofon. Choć wcześniej mieli na koncie parę EPek, to dopiero pełnokrwisty debiut, jakim jest "A Lament for the Lamb" pokazał, że Merkabah to jeden z najbardziej interesujących polskich zespołów. Nie tylko metalowych.
Skubas opierając się na akustycznościach, opowiada historie, idąc czasem tropem Toma Waitsa, czasem mocno zagłębiając się w lata 90, w seattlowskim wydaniu. Niepozorny to album i chyba trochę zbyt łatwo go przeoczyć, co byłoby sporą stratą, bo takich barowych przydymionych papierosami nie było lepszych w ubiegłym roku.
wideosesja | Skubas - "Mgła" from Uwolnij Muzykę! on Vimeo.
9. Muchy - "chcecicospowiedziec"
Zdecydowanie najbardziej rockowa propozycja poznaniaków. Odejście Piotra Maciejewskiego i przyjęcie Damiana Pielki skierowały Muchy w mocniejsze rejony, słychać gdzieniegdzie echa QotSA, ale nie stracili nie stracili nic ze swojej taneczności. Wiraszkowe teksty może w całości niezbyt imponujące, ale jak zawsze można wychwycić doskonałe sformułowanie. "Chcecicospowiedziec" jest jednocześnie ich najdzikszą, jak i najdojrzalszą płytą. Nie przeszkadzaj mi, bo tańczę.
8. Płyny - "Vacatunes"
Płyny konsekwentnie mocno podkreślają lokalność w tekstach, zmiękczając ją muzycznym eklektyzmem. Jest i blues rock, i avant-pop, parodia rosyjskich ballad i radiowego popu, indie, Indie, Bitelsi, wszystko rozgrywające się w Warszawie oglądanej z perspektywy Pałacu Kultury, imprezowiczów, wnikliwego antropologa, podwórka na Dobrej... Warszawie rozgrzanej zachodzącym, wakacyjnym słońcem.
7. Maja Kleszcz & IncarNations - "Odeon"
Maja Kleszcz przeszła długą drogą od folku i białego śpiewu w Kapeli ze wsi Warszawa do bluesa i soulu z IncarNations. Porównania do Amy Winehouse są tyleż pochlebne, co niesprawiedliwe. Mai nie trzeba z nikim porównywać, jest na tyle wyrazista i uzdolniona (ten głos!), że to raczej inni powinni równać do niej. Niemała w tym zasługa Wojtka Krzaka nadzorującego sprawy muzyczne i autora tych stylowych, zanurzonych w tradycji piosenek oraz Bogdana Loebla tekściarza zespołu. Bez nich projekt pt. IncarNations nie byłby skazany na sukces, bo samym, nieważne jak zjawiskowym, głosem nie da się go osiągnąć. Potrzebne są jeszcze tak fantastyczne piosenki, jak te.
6. Merkabah - "A Lament for the Lamb"
Żydowski mistycyzm przełożony na język jazz-metalu. Język pokręcony, skomplikowany, fascynujący i perfekcyjny, choć nie pozbawiony odrobiny szaleństwa, w którym łatwo się zatracić. Główną rolę odgrywają w nim nie wściekłe gitary, lecz demoniczny saksofon. Choć wcześniej mieli na koncie parę EPek, to dopiero pełnokrwisty debiut, jakim jest "A Lament for the Lamb" pokazał, że Merkabah to jeden z najbardziej interesujących polskich zespołów. Nie tylko metalowych.
wtorek, 5 stycznia 2010
Podsumowanie 2k9: nasi
Jakoś niedługo na UM! pojawi się moje podsumowanie roku w ogóle. W ramach przygotowań podsumowanie ubiegłego roku w polskiej muzyce.
Poprzedni rok to był dobry rok, wyszło sporo świetnych płyt, a jeszcze więcej dobrych. Nie wiem, czy to dlatego, że ja bardziej grzebię w sieci, czy po prostu wreszcie coś się u nas ruszyło i przestajemy powoli być zaściankiem muzycznym (ale, w ramach zachowania równowagi w przyrodzie, stajemy się coraz większym zaściankiem piłkarskim). Wybrałem 8 płyt w kolejności dość przypadkowej. Oczywiście, ranking jest obarczony błędami, bo jeszcze nie przesłuchałem wszystkiego, czego mi polecano w zeszłym roku, ale nadrabiam, więc może pojawi się errata.
Setting the Woods on Fire - s/t
25 minut. 7 kawałków. Niby tylko tyle, ale jednocześnie aż tyle. Warszawiaki wyciskają z gitar co się da, przypominając młodziakom, jak wygląda prawdziwe emo. Żadnych serduszek, grzywek, różu, jest wściekłość, rozwalanie gitar. Do tego ich koncerty są jeszcze lepsze niż płyta.
Długo byli nadzieją, mijały kolejne lata, a o nich było cicho, wydawało się, że będzie z nimi tak, jak z poprzednimi nadziejami. Jednak wreszcie coś się ruszyło. Warto było czekać te lata.
Pablopavo & Ludziki - Telehon
To chyba najlepsza polska płyta, jaką słyszałem w tym roku. Pablo nawija o moim mieście, ale to nieważne, bo ta płyta potrafi dotrzeć do każdego, nieważne skąd jest, ponieważ Pablo opowiada historie, które mogły zdarzyć się każdemu. I na dodatek robi to w świetny sposób. Teksty to najmocniejsza strona tego krążka. Podkłady, za które odpowiadają Sir Michu i Emiliano Jones to połączenie hip-hopu, ragga i miejskiego folku. Można narzekać, że trochę za długa ta płyta, że Pablo za dużo chciał wrzucić na raz, ale co z tego, skoro wszytko jest wypaśne?
The Black Tapes - s/t
Misiaki nie zawiodły i po raz drugi pokazały, jak wygląda prawdziwy punk. To nie żaden kult, pidżama porno, czy inne nasze przaśne wynalazki. Tejpsi grają punk bez obciachu czy poczucia żenadki. Kopią tyłki każdemu rockowemu zespołowi w tym kraju i większości poza nim.
Obawiałem się trochę klawiszy, że zniszczą ten surowy klimat, który udało się chłopakom wytworzyć na EPce, ale nic takiego się nie stało. Na szczęście.
Gabriela Kulka - Hat, Rabbit
Gabriela (zupełnie nie wiem czemu upiera się przy okropnie brzmiącej Gabie) stała się w ubiegłym roku fenomenem na miarę Czesława Mozila w 2k8. I dobrze, bo w zalewie klonów Kate Bush/Tori Amos (Florence + Machine, Bat For Lashes i inne takie) Gabryśka bardzo się wyróżnia. Oprócz standardowego popu dla dorosłych, na "Hat, Rabbit" słychać kabaret, co z kolei przywodzi na myśl Dresden Dolls, ale tylko troszkę. Bo Gabriela to przede wszystkim Gabriela. Piosenka ze wspomnianym Czesławem troszkę nuży, ale poza tym nie ma słabych punktów.
George Dorn Screams - O'Malley's Bar
Pierwszy przedstawiciel reszty kraju. Jakoś tak wyszło, że ten ranking zdominowali warszawiacy, ale nie bójcie się, nie jest to spowodowane moim warszafkocentryzmem. To tylko przypadek.
Na drugiej płycie Dżordże grają mocniej, mniej sztampowo, z większym pazurem niż na debiucie. Piosenek jest 8, ale długich, potarganych, hałasujących, świadomie antyprzebojowych (no, z tym przebojami to taka przenośnia), dusznych, ale jednocześnie pełnych obojętnego chłodu znanego z debiutu. Czyli jest ciekawiej.
Nathalie and The Loners - Go, Dare
Pierwszy rzut ucha: kolejna pani z fortepianem, inspiracje te same co zwykle, ale jakoś wyjątkowo ładna ta płyta.
Drugi rzut ucha: o, sporo elektroniki, w ogóle dużo dzieje się w tle, co jest zasługą Piotrka Maciejewskiego, który produkcją tego krążka zmazał z siebie (również świetnie wyprodukowaną) niesamowicie nudną płytę Drivealone. Więcej gitar też jest. Coraz ładniejsza ta płyta.
Kolejne przesłuchania: Bardzo, bardzo ładna płyta.
The Spouds - Serenity Is Only a Brainwave
Młodziaki z Żoliborza, ale zdecydowanie bliżej im do USA. Staroświecki post-hardcore z elementami noise'u. Bardzo udanie łączą At The Drive-In, Fugazi, Sonic Youth, dorzucają szczyptę Drive Like Jehu oraz (o czym przekonałem się całkiem niedawno) bardzo dużo Polvo. W dwóch numerach dołącza do jazgotliwych gitar saksofon, który sprawia, że nie ma miejsca na nudę. Bardzo duszny jest ten materiał, skondensowany, wręcz przytłaczający, ale jednocześnie bardzo nośny. Szkoda, ze zabrakło znanego z dema "Oil Station"
Kapela ze wsi Warszawa - Infinity
Niby wyszła w 2k8 jeszcze, ale polska premiera to początek 2k9. Tym razem postawili na własne kompozycje, co wyszło im bardzo dobrze. Goście w stylu Natalii z SiStars ładnie wpasowują się w ludową muzykę Kapeli. Jest też trochę więcej elementów afrykańskich, ale to nie grzech. Piękna płyta
Poprzedni rok to był dobry rok, wyszło sporo świetnych płyt, a jeszcze więcej dobrych. Nie wiem, czy to dlatego, że ja bardziej grzebię w sieci, czy po prostu wreszcie coś się u nas ruszyło i przestajemy powoli być zaściankiem muzycznym (ale, w ramach zachowania równowagi w przyrodzie, stajemy się coraz większym zaściankiem piłkarskim). Wybrałem 8 płyt w kolejności dość przypadkowej. Oczywiście, ranking jest obarczony błędami, bo jeszcze nie przesłuchałem wszystkiego, czego mi polecano w zeszłym roku, ale nadrabiam, więc może pojawi się errata.
Setting the Woods on Fire - s/t
25 minut. 7 kawałków. Niby tylko tyle, ale jednocześnie aż tyle. Warszawiaki wyciskają z gitar co się da, przypominając młodziakom, jak wygląda prawdziwe emo. Żadnych serduszek, grzywek, różu, jest wściekłość, rozwalanie gitar. Do tego ich koncerty są jeszcze lepsze niż płyta.
Długo byli nadzieją, mijały kolejne lata, a o nich było cicho, wydawało się, że będzie z nimi tak, jak z poprzednimi nadziejami. Jednak wreszcie coś się ruszyło. Warto było czekać te lata.
Pablopavo & Ludziki - Telehon
To chyba najlepsza polska płyta, jaką słyszałem w tym roku. Pablo nawija o moim mieście, ale to nieważne, bo ta płyta potrafi dotrzeć do każdego, nieważne skąd jest, ponieważ Pablo opowiada historie, które mogły zdarzyć się każdemu. I na dodatek robi to w świetny sposób. Teksty to najmocniejsza strona tego krążka. Podkłady, za które odpowiadają Sir Michu i Emiliano Jones to połączenie hip-hopu, ragga i miejskiego folku. Można narzekać, że trochę za długa ta płyta, że Pablo za dużo chciał wrzucić na raz, ale co z tego, skoro wszytko jest wypaśne?
The Black Tapes - s/t
Misiaki nie zawiodły i po raz drugi pokazały, jak wygląda prawdziwy punk. To nie żaden kult, pidżama porno, czy inne nasze przaśne wynalazki. Tejpsi grają punk bez obciachu czy poczucia żenadki. Kopią tyłki każdemu rockowemu zespołowi w tym kraju i większości poza nim.
Obawiałem się trochę klawiszy, że zniszczą ten surowy klimat, który udało się chłopakom wytworzyć na EPce, ale nic takiego się nie stało. Na szczęście.
Gabriela Kulka - Hat, Rabbit
Gabriela (zupełnie nie wiem czemu upiera się przy okropnie brzmiącej Gabie) stała się w ubiegłym roku fenomenem na miarę Czesława Mozila w 2k8. I dobrze, bo w zalewie klonów Kate Bush/Tori Amos (Florence + Machine, Bat For Lashes i inne takie) Gabryśka bardzo się wyróżnia. Oprócz standardowego popu dla dorosłych, na "Hat, Rabbit" słychać kabaret, co z kolei przywodzi na myśl Dresden Dolls, ale tylko troszkę. Bo Gabriela to przede wszystkim Gabriela. Piosenka ze wspomnianym Czesławem troszkę nuży, ale poza tym nie ma słabych punktów.
George Dorn Screams - O'Malley's Bar
Pierwszy przedstawiciel reszty kraju. Jakoś tak wyszło, że ten ranking zdominowali warszawiacy, ale nie bójcie się, nie jest to spowodowane moim warszafkocentryzmem. To tylko przypadek.
Na drugiej płycie Dżordże grają mocniej, mniej sztampowo, z większym pazurem niż na debiucie. Piosenek jest 8, ale długich, potarganych, hałasujących, świadomie antyprzebojowych (no, z tym przebojami to taka przenośnia), dusznych, ale jednocześnie pełnych obojętnego chłodu znanego z debiutu. Czyli jest ciekawiej.
Nathalie and The Loners - Go, Dare
Pierwszy rzut ucha: kolejna pani z fortepianem, inspiracje te same co zwykle, ale jakoś wyjątkowo ładna ta płyta.
Drugi rzut ucha: o, sporo elektroniki, w ogóle dużo dzieje się w tle, co jest zasługą Piotrka Maciejewskiego, który produkcją tego krążka zmazał z siebie (również świetnie wyprodukowaną) niesamowicie nudną płytę Drivealone. Więcej gitar też jest. Coraz ładniejsza ta płyta.
Kolejne przesłuchania: Bardzo, bardzo ładna płyta.
The Spouds - Serenity Is Only a Brainwave
Młodziaki z Żoliborza, ale zdecydowanie bliżej im do USA. Staroświecki post-hardcore z elementami noise'u. Bardzo udanie łączą At The Drive-In, Fugazi, Sonic Youth, dorzucają szczyptę Drive Like Jehu oraz (o czym przekonałem się całkiem niedawno) bardzo dużo Polvo. W dwóch numerach dołącza do jazgotliwych gitar saksofon, który sprawia, że nie ma miejsca na nudę. Bardzo duszny jest ten materiał, skondensowany, wręcz przytłaczający, ale jednocześnie bardzo nośny. Szkoda, ze zabrakło znanego z dema "Oil Station"
Kapela ze wsi Warszawa - Infinity
Niby wyszła w 2k8 jeszcze, ale polska premiera to początek 2k9. Tym razem postawili na własne kompozycje, co wyszło im bardzo dobrze. Goście w stylu Natalii z SiStars ładnie wpasowują się w ludową muzykę Kapeli. Jest też trochę więcej elementów afrykańskich, ale to nie grzech. Piękna płyta
Subskrybuj:
Posty (Atom)




