W pandemicznym zamknięciu każdy pracował nad swoimi demówkami, rozwijał pomysły, którymi potem się wymieniali. „Nie zmuszaliśmy się do niczego, niczego od siebie nie wymagaliśmy. Inaczej niż przy „There Is No Year””. Przerzucanie się pomysłami, podrasowywanie szkiców kolegów – metody, które wypracowali przy okazji debiutu objawia się też w jeszcze większej kolażowości muzyki Algiers. „Shook” jest w swojej konstrukcji właściwie albumem rapowym, pełnym sampli, pozszywanym zręcznie z różnych gatunków, w obrębie jednej kompozycji potrafi przejść od industrialu przez soul i gospel (z obowiązkowym call-and-response) do punku. Algiers odwołuje się równie chętnie do tradycji slamu i spoken word, słowo jest dla nich głównym medium. “Out of Style Tragedy” z samplowanym fragmentem “They’re talking about nuclear war”, z Fisherem czytającym litanię przeciwko kolonializmowi, przeciwko wykorzystywaniu Czarnych, przeciwko plagi przemocy trapiącej Amerykę jest jednym z najmocniejszych momentów “Shook”. Mocne, wyraziste bity sąsiadują z iskrzącymi się partiami gitar, przeplatają się riffami syntezatorów. Końcówka „Irreversible Damage” to szalone rejony “Saint Dymphna” Gang Gang Dance. Fisher z albumu na album coraz pewniej czuje się w roli punkowego kaznodziei z gospelowym zacięciem, wystarczy posłuchać, jak prowadzi narrację w “Good Man”.
Szukaj na tym blogu
piątek, 24 lutego 2023
W poszukiwaniu wspólnoty
czwartek, 3 września 2020
Jądro ciemności
Szaleństwo singeli, ekstremalność grindcore’u i black metalu, niezmorodowana taneczność techno, punkowy wkurw, zaduma ambientu - z tego karkołomnego połączenia powstała jedna z najciekawszych tegorocznych płyt.
Sam Karugu i Martin Khanja znają się od czasów liceum, obaj wsiąkneli w niewielkie, acz prężne metalowe środowisko w Nairobi. Obaj grali w rożnych zespołach, odkrywali kolejne nurty i podgatunki, aż w 2016 roku Khanja zwrócił się w stronę muzyki elektronicznej, nie zapominając o swoich metalowych korzeniach, a trzy lata później na festiwalu w Botswanie zespoły ich obu miały zagrać swoje koncerty. Pech (a może szczęście) chciał, że zespół Khanji nie dojechał, więc gitarzysta-producent zaprosił swojego kolegę wokalistę na improwizowany set. I tak to się zaczęło.
Powstali trochę z przypadku, ale przypadkiem nie jest, że wydaje ich Nyege Nyege Tapes, czołowy propagator eksperymentalnej, niezależnej muzyki elektronicznej z Afryki Wschodniej. Choćn nawet jak na ich standardy to jest to muzyka nietypowa i wymykająca się szufladkowaniu.
Duma w języku kikuyu znaczy ciemność. To dobra nazwa, bo duet wybiera się na poszukiwania jądra ciemności. Znajdują je w muzyce i swoim otoczeniu. Z jednej strony sięgają po brzmienia akustycznych bębnów, podbijają je elektroniką, sprawiając wrażenie uczestnictwa w jakiejś dziwnej ceremonii, gdzieś daleko od miasta. Z drugiej, pędzą na złamanie karku, Khanja wykręca bity rodem z tanzańskiego singeli, przy którym footworkowe 180 bpm to tempo spacerującego staruszka. Dochodzi do tego szorstkość, ostrość industrialu, naprzemienne krzyki i growle. Duma chcą szokować, a w świecie borykającym się z nadchodzącą katastrofa klimatyczną, wykończonym późnym kapitalizmem,to zadanie niełatwe. Zrezygnowani i rozczarowani Nairobi, brakiem perspektyw i marazmem, brakiem zainteresowania, zmęczeni normami rządzącymi miejskim, kenijskim społeczeństwem, Duma wpadają momentami w groteskę czy pretensjonalność, ich buńczuczne wypowiedzi z wywiadów, czasem wywołują uśmiech, ale są w tym swoim gniewie bardzo autentyczni.
Do tej pory we wszystkich recenzjach są wrzucani do metalu. Nietypowego, ale jednak. To chyba nie do końca prawda. Dużo tu elektroniki, dużo plemiennych czy klubowych, synkopowanych rytmów. W swojej bezkompromisowości i w zasadzie oszczędnym brzmieniu, bezwstydnie skromnym, ale niezwykle intensywnym, przypominają mi trochę wczesne Crystal Castles. Emanują tym samym poczuciem beznadziei. Dlatego chyba bliższe prawdzie jest stwierdzenie, że Duma grają punk, zbrutalizowany, elektroniczny, ale esencjonalny. Nie ma tu żadnego zbędnego dźwięku.
Najciekawsze, najbardziej niepokojące momenty to te, gdy zwalniają, gdy nad nastawiony szaleńczo automat perkusyjny chowa się pod smugami syntezatorów. Wtedy najgłębiej sięgają do tego jądra ciemności. A gdy patrzą w nie, ono patrzy na nich.
wtorek, 15 listopada 2016
Nowa gwiazda
W czerwcu Bandcamp uruchomił Bandcamp Daily, kolejny po Bandcamp Weekly dział, który ma polecać najciekawszych artystów znajdujących się w serwisie. O ile Weekly to audycja muzyczna, Daily to blog wskrzeszający stare portalowe praktyki, pełny wywiadów, artykułów i recenzji. Prawie każdy tekst oferuje coś interesującego, ale też każdy uświadamia, że nie da się posłuchać wszystkiego, żyjemy w dobie nadpodaży muzyki. Na swojej bandcampowej liście życzeń mam teraz około siedemdziesięciu płyt, większość trafiła tam, żebym nie zapomniał, że chcę ich posłuchać. A codziennie pojawiają się nowe.
Sam nie jestem bez winy. W lipcu ukazał się mój tekst o Instant Classic, jednej z moich ukochanych wytwórni. Dzisiaj natomiast możecie przeczytać rozmowę z Cleą Vincent, francuską wokalistką i pianistką, która miesiąc temu wydała bardzo ładny debiutancki album Retiens mon desir. Cleę poznałem dzięki bihajpowi, kolejnemu miejscu, w którym szukam nowej muzyki. Clea gra bardzo taneczną muzykę opartą na sentymencie do lat 90., po francusku dystyngowaną. O początkach jej przygody z muzyką i nadziejach związanych z wydanym kilka tygodni temu debiutem możecie poczytać tutaj.
środa, 9 lipca 2014
Punk rock w tropikach
Za irokeza – ogolenie głowy. Za koncert – areszt. Za nieprawomyślne teksty – więzienie. Częste i brutalne interwencje policji. Prześladowania ze strony władzy, wiecznie na cenzurowanym. Tak wygląda życie punków w Azji.Wreszcie ukazał się mój tekst o azjatyckim punk rocku.
środa, 28 maja 2014
Punk Indonesia
Jak obecnie wygląda sytuacja w Banda Aceh?
Made: W Banda Aceh obowiązuje szariat, tak, jak w Arabii Saudyjskiej. Problemem jest policja religijna, która ma możliwość wpływania na to, jak ludzie myślą i wolność wypowiedzi. Tak samo nielegalne, jak noszenie przez kobietę dżinsów podkreślających figurę, picie alkoholu, trzymanie się za ręce z innym mężczyzną niż mąż lub członek rodziny, jest noszenie „antyspołecznych” ubrań i śpiewanie piosenek o religijnym ucisku.
środa, 16 czerwca 2010
Krótkopis #3 - rokendrole
środa, 21 kwietnia 2010
Capital w Maszynowni; 19.04.2010
A jak zaczęli, to już wiedziałem, że będzie dobrze. Przede wszystkim. Wreszcie było w miarę dobrze słychać wokal, nic nie przerywało, gitary nie zagłuszały wokalistów. Poza tym było podobnie, jak w Lorelei, czyli szybko, do przodu, z post-hardcore'owym wydarciem i grunge'owym brudem. Zagrali jeden zupełnie nowy kawałek, reszta już była grana wcześniej. Oczywiście, nie zabrakło 3 piosenek z majspejsowego dema. I tak samo, jak na poprzednim koncercie, było grubo, choć troszkę za krótko.No, ale wiadomo, lepiej krótko niż dostać mandat.
niedziela, 14 marca 2010
Stare ale jare - wywiad z Ziembą
środa, 13 stycznia 2010
Masshysteri
To cztery osoby, teraz chyba trzech chłopaków i jedna dziewczyna dwie dziewczyny i dwóch chłopaków. Jedno dziewczę, jak przystało na prawdziwy zespół, gra na basie. Druga na gitarze. Grają punk, szybki, mocny, prosty, ale niezwykle rajcujący. Ich ogromnym plusem jest to, ze śpiewają po szwedzku, co wyróżnia ich na tle tych wszystkich anglojęzycznych zespołów. Z drugiej strony zupełnie nie mam pojęcia, o czym śpiewają, ale to nieważne.
I na zachętę wideo:
Masshysteri - Istiden Live in gothenburg from Hudvux on Vimeo.
środa, 30 grudnia 2009
Koncertowe podsumowanie roku.
10. The Spouds w Saturatorze
Pozwolę zacytować samego siebie:
Wraz z pierwszymi dźwiękami Spoudsów rozpoczęła się moja podróż. 15 lat wstecz i jakieś 10 tysięcy kilometrów na zachód. Znalazłem się gdzieś w Stanach, w piwnicy jednego z domów grał amatorski zespół. Gdyby ktoś nagrał ten koncert i umieścił na Youtube, jedyną wskazówką, że to odbyło się w 2009 roku byłyby ciuchy. I tyle, zadymiona piwnica, monumentalny post-punk The Spouds mogłyby znajdować się na przykład w New Jersey.Tak właśnie było, doskonale dobrana miejscówka pozwoliła mi oglądać wszystko z góry. Chłopaki dali z siebie wszytko, pozaskakiwali roszadami na scenie, a zadymiony klub zapewnił idealną atmosferę. Totalny underground.
9. The Black Box Revelation w Proximie/The Subways w Proximie
Koncerty w Proximie mają to do siebie, że przeważnie lepiej słychać na zewnątrz niż w środku, więc artyści mają utrudnione zadanie, by mnie zachwycić. Im jednak się udało. Nie mogłem ich rozdzielić, bo musiałbym wyrzucić Spoudsów, a to byłoby niesprawiedliwe. Zacznijmy od chronologicznie pierwszych, czyli Belgów. I tu znów cycacik ze mnie:
Jest ich tylko dwóch, ale energii mają za siedmiu. Ich muzyka to połączenie Black Rebel Motorcycle Club i The White Stripes. Od pierwszych dźwięków musiałem zbierać szczękę z podłogi. A gdy dowiedziałem się, że obydwaj są jeszcze w wieku nastoletnim, szczęka opadła mi jeszcze niżej. Pół godziny, które mieli, wykorzystali najlepiej, jak mogli. Czysta rokendrolowa moc, jeśli postanowią kiedyś przyjechać znów do Polski, już teraz wiem, że tam będę. Eagles Of Death Metal nie mogli sobie wybrać lepszego supportu, ale jednocześnie nastoletni Belgowie zawiesili starszym kolegom poprzeczkę niezwykle wysoko.
Czyli, można powiedzieć, bardziej bluesowe Japandroids. Koncert mocarny był rzeczywiście, szkoda, że oglądała ich tylko garstka widzów, bo był to przecież piątek, a w piątki, jak to wiedzą Warszawiaki, a przybysze to już niekoniecznie, w Proxie o 22 jest impreza cykliczna, więc wszystko zaczyna się bardzo punktualnie.
Teraz ci drudzy. I znów oddaję głos sobie:
8. Eagles Of Death Metal w Proximie
Tu nie będzie żadnych cytatów. Wąsacze zrobili show. Było jeszcze lepiej niż w 2005, gdy grali przed QOTSA. Lepiej, bo od tamtego czasu napisali lepsze piosenki, mieli więcej czasu, Jesse znów powiedział, że kocha Polskę (pamiętam, jak była akcja "ask EODM a question" to na pytanie, gdzie najbardziej lubią grać, odpowiedzieli, że w Londynie i w Polsce, a to było w 2k7 chyba). Do tego zagrali "Brown Sugar". Wady? Banda debili, która chyba znajdzie się na każdym koncercie, krzycząca "napierdalać". No, litości, błagam.
7. Sunset Rubdown w Hydrozagadce
Ten rok był rokiem pojedynku Dana Boeknera i Spencera Kruga z Wolf Parade. Obaj nagrali płyty ze swoimi side projectami (Handsome Furs i Sunset Rubdown), obaj też przyjechali do Polski. W obu konkurencjach wygrał Spencer, w obu minimalnie. Koncert w Hydro był ponadgodzinną podrożą w wymyślony, baśniowy świat Spencera i kolegów. Było po prostu magicznie i pięknie. Specjalny punkt dla Spencera za popijanie żubrówki tyskim.
6. Q-Tip na Open'erze
Na ten koncert poszedłem przez przypadek i zaraz pewnie dostanę za to zjebki. Bowiem, widziałem 3 kawałki FNM i poszliśmy na rapsy. Q-Tip, jakby to wyczuł i postarał się zagrać taki koncert, żeby nikt nie żałował, że ogląda jego a nie Pattona w czerwonym wdzianku. Nawet deszcz przestał pod koniec padać. No a o jazz rapie ziomka z NYC nie trzeba wspominać. Oczywiście nie odbyło się bez hołdu dla MJ. W czasie "Life Is Better" wbiegł w fosę i dawał ludziom mikrofon do zaśpiewania refrenu. Niestety dwa metry przede mną zawrócił.
5. Fucked Up na OFFie
Zniszczenie, apokalisa, grubas pogujący z publicznością. Czego więcej trzeba, by mieć boski koncert?
4. Crystal Castles na Open'erze
Podobnie, jak w przypadku FU, ale zamiast grubasa mamy malutką dziewczynkę i stroboskop. Oraz napierające indie dzieciaki, które chyba nigdy nie były na koncercie.
3. Fucked Up w Loch Ness
2. Monotonix w CBA/Monotonix na OFFie
Wąsacze to kazus podobny do FU czy Crystal Castles. Czyli bardziej performance niż zwykły koncert. Izraelczycy grają prawie w negliżu w publiczności, bo dla nich scena to zło. Przekraczają wszelkie granice. Kto nie był, ten jest bejem.
1. Jane's Addiction na Malcie
Koncert roku i przy okazji jeden z koncertów życia. Zmartwychwstała Jane jest lepsza niż kiedykolwiek. Perry jest w formie godnej wysportowanego dwudziestolatka, wokal bez zarzutu, a koleś ma piąty krzyżyk na karku. David też bosko, wywija solówki bez zbędnych popisów. Stephen w skórzanym kilcie i irokezie wyglądał jak ostatni Mohikanin skrzyżowany z Williamem Wallace'em. Eric, syn marnotrawny wyglądał jak podstarzały tatuś, ale grał jak należy. Ten koncert to był cud nad Wartą.








