Pokazywanie postów oznaczonych etykietą punk. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą punk. Pokaż wszystkie posty

piątek, 24 lutego 2023

W poszukiwaniu wspólnoty



Tak jak w stolicy Algierii zbierali się przedstawiciele państw Trzeciego Świata, nienależących ani do natowskiego Zachodu, ani do sowieckiego Wschodu, tak Algiers skupia wokół siebie muzyków, którzy nie potrafią zagrzać miejsca w jednym gatunku. 

W Dwutygodniku krytycznym okiem spoglądam na Algiers, ich deklarowany internacjonalizm i historię. Z tekstu wypadły dwa fragmenty o "Shook", ich czwartej płycie, która ma premierę właśnie dziś. A to chyba dobra recenzja tej płyty.

Na Atlancie zaczyna się i kończy „Shook”. Rozpoczyna się robotycznym głosem ikonicznym dla mieszkańców metropolii i znanym prawie każdemu Amerykaninowi, który choć raz w życiu leciał samolotem - głosem zapowiadającym kolejne odloty z lotniska ATL, największego hubu przesiadkowego w Stanach, obsługującego najwięcej pasażerów i najwięcej lotów towarowych. Kończy się cykadami, deszczem, a przez cały album gdzieś w tle przewijają się dźwięki miasta. „Świerszcze i cykady to dźwięk domu. Nieważne, gdzie jestem, gdy je słyszę, myślę o Atlancie. Ale nie powiedziałbym, że to mój ulubiony dźwięk miasta, bo nienawidzę lata w Atlancie.” – mówi Fisher. „Mało kto wie, że Atlanta jest jednym z najbardziej zalesionych miast na świecie. Ludzie patrzą na Atlantą przez pryzmat rapowych teledysków i wyobrażają sobie ekstremalnie zurbanizowaną metropolię, ale to nieprawda. Atlanta jest rozlana. Deszcz obijający się o drzewa, cykady, pociągi, strumienie – w Atlancie wieś łączy się z miastem. Tak brzmi moja Atlanta.” – dodaje Mahan.

W pandemicznym zamknięciu każdy pracował nad swoimi demówkami, rozwijał pomysły, którymi potem się wymieniali. „Nie zmuszaliśmy się do niczego, niczego od siebie nie wymagaliśmy. Inaczej niż przy „There Is No Year””. Przerzucanie się pomysłami, podrasowywanie szkiców kolegów – metody, które wypracowali przy okazji debiutu objawia się też w jeszcze większej kolażowości muzyki Algiers. „Shook” jest w swojej konstrukcji właściwie albumem rapowym, pełnym sampli, pozszywanym zręcznie z różnych gatunków, w obrębie jednej kompozycji potrafi przejść od industrialu przez soul i gospel (z obowiązkowym call-and-response) do punku. Algiers odwołuje się równie chętnie do tradycji slamu i spoken word, słowo jest dla nich głównym medium. “Out of Style Tragedy” z samplowanym fragmentem “They’re talking about nuclear war”, z Fisherem czytającym litanię przeciwko kolonializmowi, przeciwko wykorzystywaniu Czarnych, przeciwko plagi przemocy trapiącej Amerykę jest jednym z najmocniejszych momentów “Shook”. Mocne, wyraziste bity sąsiadują z iskrzącymi się partiami gitar, przeplatają się riffami syntezatorów. Końcówka „Irreversible Damage” to szalone rejony “Saint Dymphna” Gang Gang Dance. Fisher z albumu na album coraz pewniej czuje się w roli punkowego kaznodziei z gospelowym zacięciem, wystarczy posłuchać, jak prowadzi narrację w “Good Man”.

czwartek, 3 września 2020

Jądro ciemności


Szaleństwo singeli, ekstremalność grindcore’u i black metalu, niezmorodowana taneczność techno, punkowy wkurw, zaduma ambientu - z tego karkołomnego połączenia powstała jedna z najciekawszych tegorocznych płyt.

Sam Karugu i Martin Khanja znają się od czasów liceum, obaj wsiąkneli w niewielkie, acz prężne metalowe środowisko w Nairobi. Obaj grali w rożnych zespołach, odkrywali kolejne nurty i podgatunki, aż w 2016 roku Khanja zwrócił się w stronę muzyki elektronicznej, nie zapominając o swoich metalowych korzeniach, a trzy lata później na festiwalu w Botswanie zespoły ich obu miały zagrać swoje koncerty. Pech (a może szczęście) chciał, że zespół Khanji nie dojechał, więc gitarzysta-producent zaprosił swojego kolegę wokalistę na improwizowany set. I tak to się zaczęło.

Powstali trochę z przypadku, ale przypadkiem nie jest, że wydaje ich Nyege Nyege Tapes, czołowy propagator eksperymentalnej, niezależnej muzyki elektronicznej z Afryki Wschodniej. Choćn nawet jak na ich standardy to jest to muzyka nietypowa i wymykająca się szufladkowaniu.

Duma w języku kikuyu znaczy ciemność. To dobra nazwa, bo duet wybiera się na poszukiwania jądra ciemności. Znajdują je w muzyce i swoim otoczeniu. Z jednej strony sięgają po brzmienia akustycznych bębnów, podbijają je elektroniką, sprawiając wrażenie uczestnictwa w jakiejś dziwnej ceremonii, gdzieś daleko od miasta. Z drugiej, pędzą na złamanie karku, Khanja wykręca bity rodem z tanzańskiego singeli, przy którym footworkowe 180 bpm to tempo spacerującego staruszka. Dochodzi do tego szorstkość, ostrość industrialu, naprzemienne krzyki i growle. Duma chcą szokować, a w świecie borykającym się z nadchodzącą katastrofa klimatyczną, wykończonym późnym kapitalizmem,to zadanie niełatwe. Zrezygnowani i rozczarowani Nairobi, brakiem perspektyw i marazmem, brakiem zainteresowania, zmęczeni normami rządzącymi miejskim, kenijskim społeczeństwem, Duma wpadają momentami w groteskę czy pretensjonalność, ich buńczuczne wypowiedzi z wywiadów, czasem wywołują uśmiech, ale są w tym swoim gniewie bardzo autentyczni.

Do tej pory we wszystkich recenzjach są wrzucani do metalu. Nietypowego, ale jednak. To chyba nie do końca prawda. Dużo tu elektroniki, dużo plemiennych czy klubowych, synkopowanych rytmów. W swojej bezkompromisowości i w zasadzie oszczędnym brzmieniu, bezwstydnie skromnym, ale niezwykle intensywnym, przypominają mi trochę wczesne Crystal Castles. Emanują tym samym poczuciem beznadziei. Dlatego chyba bliższe prawdzie jest stwierdzenie, że Duma grają punk, zbrutalizowany, elektroniczny, ale esencjonalny. Nie ma tu żadnego zbędnego dźwięku.

Najciekawsze, najbardziej niepokojące momenty to te, gdy zwalniają, gdy nad nastawiony szaleńczo automat perkusyjny chowa się pod smugami syntezatorów. Wtedy najgłębiej sięgają do tego jądra ciemności. A gdy patrzą w nie, ono patrzy na nich.

wtorek, 15 listopada 2016

Nowa gwiazda



W czerwcu Bandcamp uruchomił Bandcamp Daily, kolejny po Bandcamp Weekly dział, który ma polecać najciekawszych artystów znajdujących się w serwisie. O ile Weekly to audycja muzyczna, Daily to blog wskrzeszający stare portalowe praktyki, pełny wywiadów, artykułów i recenzji. Prawie każdy tekst oferuje coś interesującego, ale też każdy uświadamia, że nie da się posłuchać wszystkiego, żyjemy w dobie nadpodaży muzyki. Na swojej bandcampowej liście życzeń mam teraz około siedemdziesięciu płyt, większość trafiła tam, żebym nie zapomniał, że chcę ich posłuchać. A codziennie pojawiają się nowe.

Sam nie jestem bez winy. W lipcu ukazał się mój tekst o Instant Classic, jednej z moich ukochanych wytwórni. Dzisiaj natomiast możecie przeczytać rozmowę z Cleą Vincent, francuską wokalistką i pianistką, która miesiąc temu wydała bardzo ładny debiutancki album Retiens mon desir. Cleę poznałem dzięki bihajpowi, kolejnemu miejscu, w którym szukam nowej muzyki. Clea gra bardzo taneczną muzykę opartą na sentymencie do lat 90., po francusku dystyngowaną. O początkach jej przygody z muzyką i nadziejach związanych z wydanym kilka tygodni temu debiutem możecie poczytać tutaj.

środa, 9 lipca 2014

Punk rock w tropikach

Za irokeza – ogolenie głowy. Za koncert – areszt. Za nieprawomyślne teksty – więzienie. Częste i brutalne interwencje policji. Prześladowania ze strony władzy, wiecznie na cenzurowanym. Tak wygląda życie punków w Azji.
Wreszcie ukazał się mój tekst o azjatyckim punk rocku. 

środa, 28 maja 2014

Punk Indonesia

Na potrzeby tekstu o azjatyckim punku, który już niedługo ukaże się w Onecie, rozmawiałem z kilkoma zespołami i dziennikarzami z regionu. Jednymi z nich byli perkusista (Made) i wokalista (J.Sin) indonezyjskiej załogi Citizen Useless. Zaczęliśmy od wydarzeń w Banda Aceh, jednej z sumatrzańskich prowincji Indonezji i jedynej, w której obowiązuje prawo religijne, a która trzy lata temu zasłynęła zsyłaniem niepokornych nastolatków do obozów reedukacyjnych.

Jak obecnie wygląda sytuacja w Banda Aceh? 

Made: W Banda Aceh obowiązuje szariat, tak, jak w Arabii Saudyjskiej. Problemem jest policja religijna, która ma możliwość wpływania na to, jak ludzie myślą i wolność wypowiedzi. Tak samo nielegalne, jak noszenie przez kobietę dżinsów podkreślających figurę, picie alkoholu, trzymanie się za ręce z innym mężczyzną niż mąż lub członek rodziny, jest noszenie „antyspołecznych” ubrań i śpiewanie piosenek o religijnym ucisku.

J.Sin: Doniesienia o represjach w Banda Aceh ostatnio trochę ucichły, ale mamy wielu przyjaciół, którzy tam mieszkają i wszyscy nam mówią, że policja religijna jest tak samo czujna, jak zawsze. Ciężko jest zorganizować koncert, a ci, którzy są na tyle odważni, by nosić się jak punk publicznie, muszą uważać, żeby nie zostali zgarnięci na przymusową reedukację. Sytuacja nie zmieniła się bardzo, zeszła jedynie z pierwszych stron gazet.

Czy religia jest problemem winnych częściach Indonezji?

Made: W pozostałej części Indonezji dominuje umiarkowany, mocno zsekularyzowany islam, jednak pojawił się rosnący trend w stronę fundamentalizmu z powodu nowozdobytych wolności i jako rezultat amerykańskiej polityki konfrontacji ze światem islamu prowadzonej za prezydenta Busha.

J.Sin: Religia jest zawsze problemem, jeśli jedno konkretne wyznanie jest częścią systemu rządowego w pluralistycznym kraju (choć oczywiście większość Indonezyjczyków jest muzułmanami), ale w Dżakarcie ludzie bardziej otwarci niż w innych regionach. Czytałem, ze niektóre miasta chcą wprowadzić prawo religijne, na wzór Banda Aceh, a kilka radykalnych grup chciało tego samego w stolicy. Na szczęście bez skutku.

Macie piosenkę zatytułowaną „Racism is Not Punk”.

Made: Rasizm jest problemem wszędzie, gdzie znajdziesz ludzi, jednak ta piosenka to odpowiedź na fragment sceny, który nazywa się „Nazi Punk” z powody niezrozumienia europejskiej i amerykańskiej kultury. Ci punkowie przeważnie nie maja pojęcia, kim byli naziści i nie wiedzą, że są symbolem rasizmy. Na ironię zakrawa fakt, że anarchizm postuluje egalitaryzm i wzajemny szacunek, sprzeciwiając się dyskryminacji. Nie wspominając już o anarchistach walczących po stronie Republiki w hiszpańskiej wojnie domowej.

J.Sin: Made wytłumaczył to jasno, nie mam zbyt dużo do dodania. Swastyka stała się jakąś szaloną modą dla niektórych dzieciaków ze sceny. Wierzą, że to symbol antyizraelski i używają go do wyrażania swojego wsparcia dla sprawy palestyńskiej. Nie znają szerszego kontekstu i historycznego znaczenia tego symbolu. To smutne widzieć naklejki ze swastyką na motocyklach, samochodach, czy gitarach. Napisałem tę piosenkę, bo musiałem wyrazić swój sprzeciw wobec utożsamiania tego gówna ze sceną punkową.

Czy są zespoły otwarcie polityczne?

Made: Tak, są zespoły, które nie mają problemu ze śpiewaniem otwarcie o ucisku i niesprawiedliwości społecznej, ale większość stara się być ostrożna. Zdają sobie sprawę, że jeśli staną się zbyt głośni, mogą spotkać ich brutalne, nawet śmiertelne represje. Na szczęście Citizen Useless ma w składzie zagranicznych muzyków, co sprawia problemy policji. To daje nam trochę więcej wolności. Trochę.

J.Sin: Jest kilka zespołów, które są bardzo polityczne. Wiele jest bardzo krytycznych wobec rządu i nie stara się tego ukrywać. Niektórzy artyści trafiali z tego powodu do więzienia. Inni w swojej krytyce posługują się ironią, alegorią, czy metaforą.

Jakie są największe społeczne problemy w Indonezji?

Made: Rozziew między bogatymi a biednymi, nieefektywny system edukacyjny, dysfunkcyjny i skorumpowany wymiar sprawiedliwości i seksizm

J.Sin: Brak klasy średniej i różnica między bogatymi i biednymi jest ogromna. System edukacyjny jest nieefektywny, bo każdy uczeń otrzymuje promocję, niezależnie od wyników. Przemysł jest pełen nepotyzmu i łapówkarstwa, a rząd i wymiar sprawiedliwości są tak skorumpowane, że dla wielu Indonezyjczyków jest to zupełnie normalna sytuacja. Często można usłyszeć, że „to po prostu Indonezja, to u nas normalne”. Ludzie zbyt łatwo akceptują wiadomości o defraudacji publicznych pieniędzy przez urzędników.

Jak wygląda scena punkowa?

Made: W porównaniu z innymi subkulturami, jak metal czy hip hop, nie jest tak duża, ale dzięki temu, że jest zróżnicowana i Indonezja ma ponad 200 milionów mieszkańców, w każdym mieście znajdzie się jakiś punkowy zespół.

J.Sin: Moim zdaniem, Indonezja ma najlepszą i największą scenę na świecie. Z powodu społecznych i politycznej sytuacji przypomina mi amerykańską scenę z lat 1980-84.Totalna walka z rządem o wolność bycia sobą. Z rodzicami, autorytetami. Walka o równość i sprawiedliwość. Moim zdaniem Europa i Ameryka miały prawdziwy, nieskażony punk przez siedem, maksymalnie dziesięć lat. W Indonezji, dzięki problemom politycznym i społecznym walka trwa już ponad 23 lata. I kiedy myślimy, że zaczynamy wygrywać, wszystko się rozpada i trzeba zaczynać od nowa.


środa, 16 czerwca 2010

Krótkopis #3 - rokendrole

Głośno, szybko i do przodu. 

Capital - "Capital" EP

Po prawdzie to bardziej demo niż normalna EPka, ale nagrane w profesjonalnym studiu. W 3 kawałkach Capital wraca do lat 90. Jest trochę grunge'owego brudu, jest trochę post-hardcore'owej agresji i nerwu, jest indie niezależność i gitarowość, jest rock'n'rollowy sznyt i groove. Jest dobrze, ot tak, po prostu. Razem z debiutem Kim Nowak to najlepsza po prostu rockowa pozycja w Polandii AD 2010. Ale to może się zmienić, bo na jesieni druga płyta Black Tapes! Polecam.

Boogie Nights - "Sixpack of Hand Grenades" EP

Cały czas zostajemy w okołohardcore'owych klimatach. Zamiast jednak sterczeć w latach 90., przenosimy się z powrotem do XXI wieku. Do teksańskiego nerwu dodajemy teksańskich maczo menów. Jakkolwiek to by się nie wydawało karkołomne, Boogie Nights dodają do swojego hardkoru iście southern rockowe zagrywki, czasem nawet przechodzące w pudel metal, jak solówka w kawałku tytułowym. W "Hunters" typowe rokendrolowe granie przeplata się ze screamo. W "Hulk Smash" jest podobnie, ale tym razem brzmi to dość słabo. W "Blame It On Boogie Man" (tytuł kojarzy mi się z jednym odcinków atomówek), słychać też stoner rocka w tym mniej wieśniackim wydaniu. Potem znów wracamy do łączenia rokendrola z hardcore'em. Efekt jest dość intrygujący, ale jeszcze trochę trzeba nad nim popracować. Raczej polecam.


The Dead Weather - "Sea of Cowards"

Jack White 2:1 Josh Homme. Bardzo polecam.


Eddy Current Suppresion Ring - "Rush to Relax"

Ech, ci Australijczycy, może i przegrywają z Niemcami 4:0 na mundialu, ale przynajmniej na niego pojechali. Przegrywanie z Niemcami to jedyne, co mają wspólnego z nami, smutasami, u Kangurów musi być wieczna impreza, a Edusie to wyluzowane chłopaki. Najpierw robią prawdziwie punkowy 'rush' na złamanie karku, a potem relaks. I to taki prawdziwy, z morzem w tle. Polecam.


Male Bonding - "Nothing Hurts"

Cytat z RYMowej recenzji: 
British answer to last year's Canadian Japandroids (who were excellent)? It doesn't seem like a good idea to me.
Dla mnie też nie. Poza tym to kolejny dowód, że po tamtej stronie Wielkiej Kałuży jest fajnie. Nie polecam.



Masshysteri - s/t

O tych Szwedach już tu pisałem. Nic się nie zmieniło. Nadal jest prościutko, szybciutko, króciutko, nadal jest dwóch chłopaków i dwie dziewczyny. I nadal jest cholernie, cholernie melodyjnie. O tym, że jest energetycznie, to nie ma nawet co pisać, to zbyt oczywiste (zbytnią oczywistość zobaczyłem w poprzedniej polityce, a może w tej? nieważne, to sformułowanie wpadło mi w oczy podczas czytania tekstu o hipsterach. Tych naszych, warszawskich. Polecam). Płytę Masshysteri też polecam. Nawet bardzo polecam.

środa, 21 kwietnia 2010

Capital w Maszynowni; 19.04.2010

Po kilku problemach typu: -to na pewno po tej stronie ulicy? - na pewno. -o, jednak nie; pomylenie prawej strony z lewą oraz wykazaniu się znikomą znajomością dzielnicy Wola, przyszliśmy ze Sławkiem do Maszynowni o 21, więc myśleliśmy, że będziemy mieli trochę zapasu, w końcu na plakacie było napisane "start 20.00". Zgodnie ze starożytnym zwyczajem co najmniej godzinnego opóźnienia, o 21 to powinni zaczynać Jordy Warsaws. Błąd, bowiem Maszynownia, jak i Powiększenie na przykład ma sąsiadów na górze, więc koncerty muszą się kończyć przed 22, bo potem przyjeżdżają radiowozy. Czyli nie było nam dane obejrzeć kocertu Jordy Warsaws, dobrze, że chociaż Capital nie zaczęli, tylko się rozstawiali, jak zeszliśmy na dół.

A jak zaczęli, to już wiedziałem, że będzie dobrze. Przede wszystkim. Wreszcie było w miarę dobrze słychać wokal, nic nie przerywało, gitary nie zagłuszały wokalistów. Poza tym było podobnie, jak w Lorelei, czyli szybko, do przodu, z post-hardcore'owym wydarciem i grunge'owym brudem. Zagrali jeden zupełnie nowy kawałek, reszta już była grana wcześniej. Oczywiście, nie zabrakło 3 piosenek z majspejsowego dema. I tak samo, jak na poprzednim koncercie, było grubo, choć troszkę za krótko.No, ale wiadomo, lepiej krótko niż dostać mandat.

niedziela, 14 marca 2010

środa, 13 stycznia 2010

Masshysteri

Nie ma co, Szwedzi to szczęściarze. Państwo płaci im prawie za wszytko, jak nie chcą, to nie muszą pracować, mają wszytko, czego im potrzeba do życia, święty spokój. Jasne, piwo mają cienkie straszliwie, ale wiadomo, nie można mieć wszystkiego. Jest jeszcze jedna rzecz, której zazdroszczę Szwedom z całego serca. Mają świetną scenę rockową, The Hives wszyscy znają, Dungen pewnie trochę mniej, można by tak długo wymieniać,  ale zajmę się tylko masshysteri.

To cztery osoby, teraz chyba trzech chłopaków i jedna dziewczyna   dwie dziewczyny i dwóch chłopaków. Jedno dziewczę, jak przystało na prawdziwy zespół, gra na basie. Druga na gitarze. Grają punk, szybki, mocny, prosty, ale niezwykle rajcujący. Ich ogromnym plusem jest to, ze śpiewają po szwedzku, co wyróżnia ich na tle tych wszystkich anglojęzycznych zespołów. Z drugiej strony zupełnie nie mam pojęcia, o czym śpiewają, ale to nieważne.

I na zachętę wideo:

Masshysteri - Istiden Live in gothenburg from Hudvux on Vimeo.

środa, 30 grudnia 2009

Koncertowe podsumowanie roku.

Szybki przegląd last.fm i już wiem, że w tym roku widziałem circa 140 koncertów. Występów znaczy się. W każdym razie jest z czego wybierać. Poziom tych koncertów był bardzo różny. Od totalnej słabizny (Kumka Olik dwa razy przed The Subways albo Kyst cztery razy z różnych okazji, a to na Globaltice, a to dwa razy supportowali AU, a raz Kira Kira), przez porządne rzemieślnictwo (na przykład Iowa Super Soccer - też dwa razy; koncert w Jadło podobał mi się trochę bardziej, bo był fajniejsza atmosfera, no i było to wydarzenie historyczne - ostatni koncert w Jadłodajni), naprawdę dobre koncerty (tych było najwięcej, więc wybiorę tylko kilka: Firewater, Murder By Death, Howlin Rain, Lydia Lunch - wszystko na Globaltice; Handsome Furs x2, AU x2, Basia Bulat, Mudhoney, Fifty Foot Woman, Rachael x2, Setting the Woods on Fire x2, the spouds x3), do koncertów niesamowitych, nieziemskich, natchnionych, doznających. I właśnie na tych ostatnich się skupię. Wybiorę 10 (no nie do końca 10, ale o tym potem) najlepszych koncertów 2k9.


10. The Spouds w Saturatorze


Pozwolę zacytować samego siebie: 
Wraz z pierwszymi dźwiękami Spoudsów rozpoczęła się moja podróż. 15 lat wstecz i jakieś 10 tysięcy kilometrów na zachód. Znalazłem się gdzieś w Stanach, w piwnicy jednego z domów grał amatorski zespół. Gdyby ktoś nagrał ten koncert i umieścił na Youtube, jedyną wskazówką, że to odbyło się w 2009 roku byłyby ciuchy. I tyle, zadymiona piwnica, monumentalny post-punk The Spouds mogłyby znajdować się na przykład w New Jersey.
 Tak właśnie było, doskonale dobrana miejscówka pozwoliła mi oglądać wszystko z góry. Chłopaki dali z siebie wszytko, pozaskakiwali roszadami na scenie, a zadymiony klub zapewnił idealną atmosferę. Totalny underground.

9. The Black Box Revelation w Proximie/The Subways w Proximie


Koncerty w Proximie mają to do siebie, że przeważnie lepiej słychać na zewnątrz niż w środku, więc artyści mają utrudnione zadanie, by mnie zachwycić. Im jednak się udało. Nie mogłem ich rozdzielić, bo musiałbym wyrzucić Spoudsów, a to byłoby niesprawiedliwe. Zacznijmy od chronologicznie pierwszych, czyli Belgów. I tu znów cycacik ze mnie:
Jest ich tylko dwóch, ale energii mają za siedmiu. Ich muzyka to połączenie Black Rebel Motorcycle Club i The White Stripes. Od pierwszych dźwięków musiałem zbierać szczękę z podłogi. A gdy dowiedziałem się, że obydwaj są jeszcze w wieku nastoletnim, szczęka opadła mi jeszcze niżej. Pół godziny, które mieli, wykorzystali najlepiej, jak mogli. Czysta rokendrolowa moc, jeśli postanowią kiedyś przyjechać znów do Polski, już teraz wiem, że tam będę. Eagles Of Death Metal nie mogli sobie wybrać lepszego supportu, ale jednocześnie nastoletni Belgowie zawiesili starszym kolegom poprzeczkę niezwykle wysoko.

Czyli, można powiedzieć, bardziej bluesowe Japandroids. Koncert mocarny był rzeczywiście, szkoda, że oglądała ich tylko garstka widzów, bo był to przecież piątek, a w piątki, jak to wiedzą Warszawiaki, a przybysze to już niekoniecznie, w Proxie o 22 jest impreza cykliczna, więc wszystko zaczyna się bardzo punktualnie.

Teraz ci drudzy. I znów oddaję głos sobie:

Po przerwie na zmianę sprzętu i strojenie instrumentów, zgasły wszystkie światła oprócz reflektorów za perkusją Josha, a z głośników popłynęły… dźwięki techno. Napięcie sięgnęło zenitu. Wreszcie wbiegli na scenę i zaczęli z grubej rury. Od “Kalifornii”. Szaleństwo The Subways szybko udzieliło się publiczności, która rzuciła się w oszalały taniec.
O koncertach Anglików słyszałem wiele, widziałem też przeróżne nagranie na YouTube, ale mimo tego przygotowania, zostałem zmieciony ich mocą i energią. Każda piosenka zabrzmiała przynajmniej pięć razy mocniej i energiczniej niż na płytach. Nawet te z “All Or Nothing” (recenzja), które brzmiały jak wulkan energii. Wszystkie kawałki były eksplozją nieposkromionej, surowej, rokendrolowej mocy. Po prostu kosmos.
Na dodatek Billy Lunn to urodzony wodzirej. Na każde jego słowo publiczność reagowała szalenie entuzjastycznie, a każde jego polecenie wykonywała bez wahania. Oczywiście wspomniał jarociński koncert, parokrotnie zachwycił się polską publicznością, ale największy zachwyt wywołał dopiero pod koniec, gdy w czasie śpiewania ostatniego bisowego kawałka, “Rock’n'Roll Queen” przeszedł na polski! Niektórzy ograniczają się do zwyczajowego “dziakuja”, inni dodają do tego “dobri vyetchur”, jeszcze inni przygotowują sobie dłuższe przemowy, ale pierwszy raz zetknąłem się z tym, żeby ktoś zaczął śpiewać po polsku.
Oprócz tego Billy rzucił się ze sceny w tłum, dyrygował okrzykami publiczności, zachęcał do bycia jeszcze bardziej “fuckin’ crazy”, czyli wypełniał wszelkie obowiązki dobrego frontmana. Nie było jednak tak, że na scenie istniał tylko on.
Charlotte, mimo pewnej nieśmiałości i bycia w cieniu Billy’ego, również jest wulkanem energii. Skakała po całej scenie, miotała się, tańczyła z gitarą, śpiewała i cały czas się uśmiechała. A schodząc ze sceny, odważyła się na powiedzenie “dziekuja” . Josh, schowany za zestawem perkusyjnym, zachowywał się niczym zwierzak z Muppetów.
Po niecałej godzinie grania zakończyli podstawowy set swoją najlepszą piosenką, czyli “This Is The Club For People Who Hate People”. Po krótkiej przerwie, która niektórym wydała się końcem koncertu, bo panowie techniczni majstrowali przy mikrofonach (okazało się, że je po prostu wymienili), na scenę wrócił sam Billy i zaczął grać “Strawberry Blonde”, w którego połowie dołączyli Charlotte i Josh. I nawet ta piosenka zabrzmiała jak rasowy rocker, mimo że przecież jest balladą. Potem jeszcze “Girls & Boys” i rozciągnięta “Rock ‘n’ Roll Queen”. I to był już naprawdę koniec.
 Rzeczywistość trochę zweryfikowała te moje poglądy, bo okazało się, że to szaleństwo jest elementem każdego koncertu w stopniu każącym podejrzewać reżyserię każdego występu. To znaczy, w Poznaniu było identycznie, te same pogadanki między piosenkami, tak samo wyglądało ocenianie publiczności. Set nawet był taki sam. Co nie zmienia faktu, że energia była ogromna.

8. Eagles Of Death Metal w Proximie


Tu nie będzie żadnych cytatów. Wąsacze zrobili show. Było jeszcze lepiej niż w 2005, gdy grali przed QOTSA. Lepiej, bo od tamtego czasu napisali lepsze piosenki, mieli więcej czasu, Jesse znów powiedział, że kocha Polskę (pamiętam, jak była akcja "ask EODM a question" to na pytanie, gdzie najbardziej lubią grać, odpowiedzieli, że w Londynie i w Polsce, a to było w 2k7 chyba). Do tego zagrali "Brown Sugar". Wady? Banda debili, która chyba znajdzie się na każdym koncercie, krzycząca "napierdalać". No, litości, błagam.

7. Sunset Rubdown w Hydrozagadce


Ten rok był rokiem pojedynku Dana Boeknera i Spencera Kruga z Wolf Parade. Obaj nagrali płyty ze swoimi side projectami (Handsome Furs i Sunset Rubdown), obaj też przyjechali do Polski. W obu konkurencjach wygrał Spencer, w obu minimalnie. Koncert w Hydro był ponadgodzinną podrożą w wymyślony, baśniowy świat Spencera i kolegów. Było po prostu magicznie i pięknie. Specjalny punkt dla Spencera za popijanie żubrówki tyskim.

6. Q-Tip na Open'erze


Na ten koncert poszedłem przez przypadek i zaraz pewnie dostanę za to zjebki. Bowiem, widziałem 3 kawałki FNM i poszliśmy na rapsy. Q-Tip, jakby to wyczuł i postarał się zagrać taki koncert, żeby nikt nie żałował, że ogląda jego a nie Pattona w czerwonym wdzianku. Nawet deszcz przestał pod koniec padać. No a o jazz rapie ziomka z NYC nie trzeba wspominać. Oczywiście nie odbyło się bez hołdu dla MJ. W czasie "Life Is Better" wbiegł w fosę i dawał ludziom mikrofon do zaśpiewania refrenu. Niestety dwa metry przede mną zawrócił.

5. Fucked Up na OFFie

Zniszczenie, apokalisa, grubas pogujący z publicznością. Czego więcej trzeba, by mieć boski koncert?

4. Crystal Castles na Open'erze


Podobnie, jak w przypadku FU, ale zamiast grubasa mamy malutką dziewczynkę i stroboskop. Oraz napierające indie dzieciaki, które chyba nigdy nie były na koncercie.

3. Fucked Up w Loch Ness



(znalezione na onecie)

2. Monotonix w CBA/Monotonix na OFFie


Wąsacze to kazus podobny do FU czy Crystal Castles. Czyli bardziej performance niż zwykły koncert. Izraelczycy grają prawie w negliżu w publiczności, bo dla nich scena to zło. Przekraczają wszelkie granice. Kto nie był, ten jest bejem.

1. Jane's Addiction na Malcie
Koncert roku i przy okazji jeden z koncertów życia. Zmartwychwstała Jane jest lepsza niż kiedykolwiek. Perry jest w formie godnej wysportowanego dwudziestolatka, wokal bez zarzutu, a koleś ma piąty krzyżyk na karku. David też bosko, wywija solówki bez zbędnych popisów. Stephen w skórzanym kilcie i irokezie wyglądał jak ostatni Mohikanin skrzyżowany z Williamem Wallace'em. Eric, syn marnotrawny wyglądał jak podstarzały tatuś, ale grał jak należy. Ten koncert to był cud nad Wartą.

środa, 23 grudnia 2009

Wesołych Świąt życzy wieczór i Fucked Up!

Ano, wesołych i spokojnych. A jako piosenkę na nadchodzące święta proponuję moich prawie-że-ziomków z Kanady, oczywiście: