W “Juno”, oscarowym filmie sprzed sześciu już lat, rozgrywającym się na fikcyjnych suburbiach w Minnesocie, tytułowa bohaterka zasłuchuje się w twórczości Kimyi Dawson. Gdyby ten film kręcono dziś, jej miejsce na ścieżce dźwiękowej zajęłaby pewnie Katie Crutchfield.całość recenzji najnowszej płyty Waxahatchee tutaj.
Szukaj na tym blogu
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą miłość. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą miłość. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 4 marca 2013
Zwyczajne piosenki
wtorek, 26 lutego 2013
P.S. Eliot - "Sadie"
Od dwóch tygodni praktycznie bez przerwy słucham drugiej płyty P.S. Eliot. Słucham i słucham, już dawno przekroczyłem 72 godziny, po których za recenzję zabiera się Robert Christgau, ale nadal wiem tylko jedno. To cholernie dobry album, wsiąknąłem na dobre. Tylko dlaczego?
Z pomocą niespodziewanie przyszła Małgorzata Halber, która w jednym ze swoich felietonów przyznała się do fanowania Green Day. Że to taka reakcja na przesyt muzyką improwizowaną, eksperymentalną i próby przesłuchania "Channel Orange" Franka Oceana (też mi się nie udało). Że to wszystko musiało się skończyć zwrotem ku prostocie, a Green Day to przecież jej ucieleśnienie. I ja się z tym zgadzam, bardzo lubię "Dookie", a moja fascynacja prościutkimi jak konstrukcja cepa pioseneczkami dziewczyn i chłopaka z Alabamy wynika pewnie z przesytu Afryką, Persją i tak dalej. Reakcja organizmu wychowanego Ameryce. Podobnie, jak fanowanie Sewarin', z którymi P.S. Eliot łączy Allison Crutchfield. Tu perkusistka, tam wokalistka. Prywatnie bliźniacza siostra Katie, głosu P.S. Eliot (i Waxahatchee).
Halber w swoim tekście pisze również o przedmiejskości Green Day. Ten pasż mógłbym tu przepisać zamieniając nazwy zespołów i "nihilizm" na "naiwność". Dwójka kwartetu z Alabamy jest hołdem złożonym nastoletnim latom, pierwszym miłościom, tym naprawdę ważnym problemom. Jest też hołdem dla lat 90. i całej gamy indie rockowych zespołów z Weezerem i Pavement na czele, choć Green Day też można tu usłyszeć. Piosenki są po prostu fantastyczne, nie potrafię się od nich uwolnić, od tej ich bezczelności, bezpretensjonalności i klimatu rodem z filmów dla licealistów. Może to moje uwielbienie "Sadie" jest tez reakcją na szarą, postudencką egzystencję i te wszystkie mało wazne dorosłe problemy. W końcu nastolatkiem przestałem być prawie pięć lat temu. Gdybym miał znów szesnaście lat, to słucham bym właśnie ich.
poniedziałek, 10 września 2012
Class Actress - Rapproacher
Wydawać się to może niewiarygodne, ale „Rapproacher” zniewala od pierwszych dźwięków „Keep You”. Elizabeth Harper po prostu hipnotyzuje swoim głosem, a przecież jest on tak zwykły, taki przeciętny. Jednak Harper potrafi wydobyć z niego takie pokłady zmysłowości i erotyzmu, że po prostu miękną nogi. W jej ustach nawet tak banalne i wyświechtane frazesy jak „Do you think I care about/what we talk about/when we talk about/love” brzmią niczym najwymyślniejsza poezja czy wyznanie uczuć. Debiutancki album Class Actress to jedenaście takich wyznań, a jedno bardziej elektryzujące od drugiego.
Z głosem Elizabeth świetnie koresponduje warstwa instrumentalna będąca prawie godzinnym hołdem dla muzyki popowej sprzed trzech dekad. Słychać przede wszystkim new romantic i Italo disco. Kompozycje uwodzą swoją powłóczystością i często zapraszają na parkiet. Jest trochę lo-fi, ale to pozorne wrażenie, syntezatorowe podkłady kipią smaczkami, choć w żadnym wypadku nie wydają się przeładowane.
Johnny’emu Jewelowi z Chromatics i Glass Candy wyrósł w tej materii silny konkurent w postaci Marka Richardsona. Doprawdy, nie wiem, który z nich pisze lepsze electropopowe piosenki. Chyba się zakochałem.
Electric Nights Magazine
Subskrybuj:
Posty (Atom)

