Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Holandia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Holandia. Pokaż wszystkie posty

piątek, 16 lutego 2024

Wspinaczka na Sosnową Górę


Zanurzeni w muzyce Południowej i Południowowschodniej Azji Holendrzy przygotowują danie kuchni fusion - mieszają style, gatunki i kraje. Jak zwykle? Nie do końca.

Tym razem wyruszają w podróż w całkiem odmienionym składzie. Odszedł Yves Lennertz, który od samego początku tworzył zespół z Keesem Berkersem. Osamotniony perkusista doprosił członków scenicznego wcielenia YĪN YĪN - Remy’ego Scherena, Robberta Verwijlena i Erika Bandta, by - po raz pierwszy - nie tylko weszli z nim do studia, ale też wspólnie pracowali nad kompozycjami.

To nowe otwarcie zaczyna się jednak powrotem do przeszłości. The Year of the Rabbit brzmi jak wyjęte z debiutu, The Rabbit that Hunts Tigers - inspirowany złotymi latami muzyki psychodelicznej z Indonezji, Tajlandii i Kambodży i twórczością Ennio Morricone. Wydany dwa lata temu The Age of Aquarius kierował się w stronę Indii, muzyki syntezatorowej, zdarzyło im się nawet zapuścić w okolice muzyki afgańskiej. Te elementy nadal są obecne, ale schodzą na dalszy plan. Najważniejsze są filmy z Bruce’em Lee, wymyślona Azja, dość stereotypizowana. Podobnie grali na swoich albumach Gaijin Blues, tylko że dla nich najsilniejszym źródłem inspiracji była Japonia. YĪN YĪN idą dużo szerzej, ale ten klimat pastelowych gier pojawia się w prawie każdym dźwięku.

Co może zaskakiwać, a przynajmniej mnie zaskoczyło dość mocno to fakt, że Holendrzy momentami brzmi jak lounge’owy zespół przygrywający do apres-ski albo letniej imprezki na włoskiej riwierze. Tylko mniej jałowo i bardziej wyraziście. Taki jest Pia Dance, który razem z Shiatsu for Dinner kieruje myśli w stronę pierwszych nagrań The Mauskovic Dance Band, czyli kwaśnych, latynoskich tropików. White Storm w warstwie rytmicznej odwołuje się afrobeatu.

To jednak krótkie wycieczki, bardzo szybko wracają z nich w okolice delty Mekongu. Sięgają po wietnamskie, tajskie i kambodżańskie instrumenty albo też je zręcznie emulują i wychodzą im takie śliczności, jak Komori Uta (która, przysięgam, brzmi zupełnie, jak z II Gaijin Blues). Nie zapomnieli o disco i funku, pulsacja napędza ich muzykę chyba jeszcze silniej niż kiedykolwiek wcześniej. Nóżka chodzi sama i to dla takiego zespołu największy komplement.

Tytułowa Matsu to oczywiście fikcyjny szczyt. Mount Matsu, czyli Góra Sosnowa, a sosna jest w tradycji japońskiej symbolem odrodzenia i nadziei. Na razie jeszcze YĪN YĪN stoją trochę w rozkroku, nie odcinają się od przeszłości, ale odważnie szukają nowego kierunku.

wtorek, 11 czerwca 2019

Psychodeliczna międzynarodówka

Berlin, Genewa, Amsterdam, Maastricht. A może Stambuł, Erzurum, Medellin, Kolombo i Sajgon?



W ciągu dwóch lat od wydania Nem Kaldı, Derya Yıldırım & Grup Şimşek nie tylko zdążyli objechać pół Europy i zagrać na OFF Festivalu, ale ta międzynarodowa ekipa stała się forpocztą popularyzacji tureckiej psychodelii, razem z równie międzynarodowym Altın Gün (o których drugiej płycie pisałem tutaj).

Podobieństw między obiema załogami jest więcej. Ich motorem napędowych są dzieci tureckich gastarbeiterów, które szukają związków ze stara ojczyzną. Towarzyszą im muzycy z całej Europy, zakochani w muzyce psychodelicznej sprzed lat. Łączy ich jeszcze jedna ważna rzecz, ale o tym za chwilę. W przeciwieństwie do swoich amsterdamskich kolegów, Derya i Grup Şimşek covery i własne wersje tradycyjnych melodii przeplatają autorskimi kompozycjami i tekstami Deryi wpisującymi się w tradycje tureckiej poezji.

Kar Yağar jest bardzo “powłóczysta”. To nie jest muzyka na imprezę, jak Gece. W sumie tytuł płyty Altın Gün - noc - bardziej pasuje do tego albumu. Nie jest też tak pokręcona, jak Gaye Su Akyol, która buduje osobny muzyczny świat, zakorzeniony w muzyce anatolijskiej świat. Grup Şimşek w mniej więcej równych proporcjach łączą ludowa tradycję z psychodelicznymi odjazdami, lekko progresywnymi strukturami i jazzowym feelingiem.

Kluczową rolę odgrywa saz Deryi, który prowadzi większość kompozycji. Zresztą sam fakt, że nazywają się Derya Yıldırım & Grup Şimşek stawia ją na pierwszym planie. To ona odpowiada za większość oryginalnego materiału i wybór klasyków. To jej aksamitny głos jest tym, co przyciąga do muzyki zespołu od pierwszego usłyszenia. Najlepiej się o tym przekonać w Hekimoğlu Derler Benim Aslıma, gdzie towarzyszy jej tylko bęben obręczowy, Nie jest ona jednak jedyną zaletą Kar Yağar. Fantastycznie współgrają z sazem organy i syntezatory obsługiwane przez Grahama Mushnika, które tworzą pastelową atmosferę otulającą muzykę Grup Şimşek jak kołderka.

Kar Yağar i Gece doskonale pokazują bogactwo muzyki tureckiej, służą jako jej ambasadorzy w świecie i są kolejnym dowodem na to, że retromania może być źródłem kreatywności, że najciekawsze rzeczy dzieją się na styku kultur i gatunków. Grup Şimşek i Altın Gün lączy jeszcze jedno. Bongo Joe Records, szwajcarska oficyna, która skupia w swoim katalogu właśnie takich twórców. Psychonautów, poszukiwaczy inspiracji w każdym gatunku, takich, dla których granice między gatunkami nie są żadną przeszkodą, jak Pixvae - zespół, będący współpraca francuskich noiserockowców i tradycyjnego kolumbijskiego ansamblu. Jednocześnie Bongo Joe wydają reedycje zapomnianych klasyków, czy artystów, którzy wyprzedzili swój czas, albo urodzili się pod niekorzystną szerokością geograficzną.



W Bongo Joe pierwsze kroki stawiał The Mauskovic Dance Band, ale po serii singli przeszli do Soundway, kolejnej przystani dla podróżników po gatunkach. Nic Mauskovic to tak naprawdę Nicola Reverda, perkusista i multiinstrumentalista, który grał nie tylko w holenderskich zespołach indierockowych, ale i bębnił na pierwszej płycie Altın Gün czy na trasie z legendarnym zambijskim składem WItches. W ramach swojego zespołu rozwija swoje fascynacje muzyką latynoską. Przede wszystkim kolumbijską cumbią. W wersji najbardziej zbliżonej do Meridian Brothers.



The Mauskovic Dance Band jest przejażdżką na kwasie po cumbii, palenque, champecie. Do tego dorzucają gitary brzmiące jak wyjęte z zachodnioafrykańskich klasyków, szczyptę kenijskich brzmień kikuyu i benga. A jeszcze mają w zanadrzu loopmaszyny, wysłużone syntezatory czy wszelkiego rodzaju przeszkadzajki. Czerpią z kultury soundsystemów z Bogoty i Medellin. Śpiewają falsetami jakieś niezrozumiałe teksty. Tropiki w muzyce Holendrów mienią się jaskrawymi kolorami, palmy zmieniają kształty i barwy, niebo raz jest niebieskie, raz żółte, a morze różowe.

Choć wydaje się, że takie połączenie będzie bombastyczne, wręcz przeładowane i karykaturalne, to ich muzyka jest bardzo oszczędna. Rytmiczny szkielet jest najważniejszy, co nie może dziwić, biorąc pod uwagę fakt, że lider jest perkusistą. Rytmowi wszystko jest podporządkowane, melodie są właściwie szczątkowe. I, co może zaskakiwać jeszcze bardziej, działa to świetnie. Międzykontynentalne połączenie wciąga jak nałóg.



Chyba jeszcze bardziej globalni w swoich peregrynacjach są inni Holendrzy i podopieczni Bongo Joe - Yin Yin. Dla Keesa Berkersa i Yves’a Lennertza najważniejszą inspiracją jest muzyka Południowej i Południowowschodniej Azji sprzed prawie pół wieku, czyli z okresu szybkiej modernizacji, kiedy tradycyjne melodie łączono z rockendrolem amerykańskiej proweniencji. Nie oni pierwsi, nie oni ostatni sięgają do tych czasów, żeby tylko wspomnieć Dengue Fever, Cambodian Space Project czy The Bombay Royale. A jednak ich debiutancki singel dla Szwajcarów jest rzeczą wyjątkową.



Dion Ysiusk to w miarę typowy “indochiński” psych rock. Przywołuje obrazy rejsu Mekongiem, domów na palach, filmów kung fu z Hongkongu, dziwaczniejszych obrazów z Bollywoodu. To, co go wyróżnia to monumentalizm. Pewność siebie i swojego pomysłu wypływa z każdego dźwięku. Di kô Dis̄ kô dodaje do tego disco i cytaty z Bee Gees, czyli jest jeszcze jednym wcieleniem tropikalnej imprezy.



Na sam koniec tej wycieczki po stylach i regionach wróćmy tam, gdzie zaczęliśmy. Do Turcji w Niemczech. W zeszłym roku wyszła kaseta Anadol, muzycznego wcielenia berlińskiej fotografki Gözen Atili, a w tym ten materiał ukazał się na winylu nakładem hamburskiej Pingipung Records. Jednak sam materiał powstał dość dawno, w 2015 roku.

Uzun Havalar to pierwsze wyjście Anadol poza skromną formułę improwizacji na tanich syntezatorach. Atila zaprasza swoich znajomych, by razem z nią weszli w jej świat. Tak, to jest typowy przykład outsider music, ale zbudowany na tradycyjnym fundamencie. Tytułowe uzun havalar to improwizowane, swobodne formy muzyki tureckiej. I taki też jest ten album - swobodny, pozbawiony usystematyzowanej struktury. Miniaturki sąsiadują obok kilkunastominutowych, wielowątkowych odlotów. Można się w tej muzyce zgubić, gdzieś między recytowanymi nazwami dni tygodnia po francusku, opętańczym śmiechem, przesadnym płaczem, oscylatorami przypominającymi stare filmy science fiction. Zbudowane na domyślnych rytmach z syntezatorów utwory są też jak palimpsesty - najpierw nagrane przez Gözen w Berlinie, a następnie przekazane stambulskim znajomym, którzy dogrywali się, wzbogacając pierwotne ścieżki.

“Dziwność”, pozorny chaos tej muzyki są efektem buntu Gözen przeciwko formalnej edukacji muzycznej, którą otrzymała w Stambule. Wyrwanie się z okowów “poważnej muzyki” jest celem jej całej solowej twórczości - od nagrań terenowych, sound artu aż po te syntezatorowe, nibyfolkowe ballady.



Muzycy wszystkich krajów i narodów łączcie się i czerpcie z bogactwa innych kultur bez ograniczeń - takie mogłoby być hasło tej międzynarodówki, której serce bije między Genewą, Amsterdamem, a Berlinem.


piątek, 26 kwietnia 2019

Turcja z offu

Wiosna okazała się płodna, jeśli chodzi o muzykę turecką. Pięć premier, jedno ogłoszenie na OFF Festival. Choć cała piątka mogłaby spokojnie zagrać w Dolinie Trzech Stawów. 



Ogłoszenie na OFFie to Jakuzi, którzy na początku kwietnia wydali swoją druga płytę, Hata Payı. I o ile jestem zawsze za jak największą liczbą artystów spoza Wielkiej Brytanii i USA na festiwalach, o tyle wybór Jakuzi jest dość wątpliwy. Ot, generyczny post-punk napędzany brzmieniem klawiszy. Niczym nie wyróżnia się spośród zalewu innych zespołów. No, poza tym, że śpiewają po turecku. Są umęczeni i mroczni, momentami wręcz karykaturalnie. Hajp na nich jest, co widać po pozytywnych recenzjach i artykułach, może więc to ja się mylę w swojej pogoni za lokalnością i oryginalnością.




Lepiej wypada Dünya Günlükleri, trzeci album Adamlar, którzy są tylko odrobinę mniej mroczni od Jakuzi. Wplatają w swój rock anatolijska melodykę i nostalgię, ale zostają przy tym całkiem współcześni. Pojawiają się delikatne echa alternatywnego rocka z przełomu wieków, odwołania do grunge’u, nawet szczypta metalu i bardzo dobrze to ze sobą współgra. Żeby nie było za miło, pojawiają się też mielizny, jak nieporadne rapowanie, czy straszna, reggae’owo-juwenaliowa pulsacja w Mavi Ekran. Jednak w ogólnym rozrachunku więcej tu plusów niż minusów.



Jeszcze ciekawszą propozycją jest wspólny album Grup Ses i Ethnique Punch. Ci pierwsi to duet stambulskich diggerów i producentów, ten drugi to raper. A gdy jeszcze dodam, że wydawcą jest niezastąpione Discrepant Records, to już wiecie, że jak najbardziej warto po nią sięgnąć. Ethnique Punch jest podobnie kwadratowy, co Sokół, ma też podobnie niski głos. Oczywiście, o czym rapuje, nie mam pojęcia i dla takich osób, jak ja, którym nie do końca podoba się flow Ethnique, Deli Divan ma drugą, instrumentalną stronę. Te same czternaście miniaturek, ale bez unoszącego się nad nimi monotonnego głosu. Stają się zupełnie inną historią, na pierwszy plan wychodzi skąpany w jesiennych mgłach Stambuł. Grup Ses sklejają swoje bity z sampli ze starych tureckich nagrań, obudowują je warstwą melizmatycznych syntezatorów, rzężącego basu. Przypomina to momentami bruit & Istanbul, podobnie operują psychodelią i dźwiękowym krajobrazem Stambułu.



A skoro jesteśmy przy tureckiej psychodelii, w połowie marca swój debiutancki album wydał dla Riverboat Umut Adan. I wiem, co zaraz powiecie, że to World Music Network, że wyprane z dzikości, że wygładzone. Zwykle tak jest, ale Bahar to wyjątek w katalogu tej brytyjskiej wytwórni. Przede wszystkim to płyta otwarcie i bezwstydnie polityczna (a to z kolei wiadomo, bo tekstom towarzyszą tłumaczenia). Jasne, Adan może sobie pozwolić na tak mocne słowa częściowo dlatego, że mieszka we Włoszech, a nie w swoim rodzinnym Stambule. Brzmieniowo nie odchodzi daleko od wzorców wypracowanych przez Erkina Koraya czy Barisa Manco, ale delikatnie je unowocześnia i z tego względu to rzecz przede wszystkim dla zdeklarowanych fanów gatunku.



I wreszcie dzisiejsza premiera. Tak bardzo turecka, że aż dziw, że tylko jedna osoba z tego sześcioosobowego składu urodziła się w Turcji, a druga ma korzenie tureckie. Reszta to zbieranina Holendrów pod wodzą basisty Jaspera Verhulsta. Poprzedni album Altın Gün, On, wyszedł niecały rok temu i jest jedną z moich ulubionych płyt 2018 roku. No bo czego w nim nie lubić? Retrofuturystyczne brzmienie, przesterowany saz (trzystrunowa turecka lutnia), funkowe, bujające rytmy. Bardzo podobnie skonstruowane jest Gece.

Słychać, że dwa lata wspólnego grania i ponad 200 koncertów zrobiły swoje. Altın Gün brzmią jak solidnie naoliwiona, psychodeliczna maszyna. Bardzo dobrą decyzją było oddanie większego pola Merve Daşdemir, która jest lepszą wokalistką niż Erdinç Ecevit, a on dzięki temu może bardziej popisywać się na syntezatorach, które odgrywają dużo większą rolę niż na On. Na więcej chaosu pozwalają sobie tylko w Şoför Bey, jedynym kawałku napisanym (czy może lepiej byłoby napisać wyimprowizowanym) przez zespół, a nie będący interpretacją tureckiego klasyka. Właśnie, to trzeba podkreślić - Altın Gün to swego rodzaju cover band, odświeżający anatolijskie przeboje, przedstawiający je zachodniej publiczności i przypominający je Turkom (w końcu trzy koncertu z rzędu w Stambule nie wzięły się znikąd). Coś jak Baaba, Gabriela i Michał ze swoją jedyną EPką, czy Mitche odgrzebujący debiut Wodeckiego, Warszawska Orkiestra Rozrywkowa grająca Brazilian Octopus tylko że na bardziej globalną skalę.

Gece to świetny album, spokojnie zaspokajający rozbudowane oczekiwania po On. W ogóle nie słychać, że nie grają swoich piosenek, czują się w nich doskonale, każda interpretacja jest przemyślana od początku do końca. Czekam tylko, aż się odważą na więcej własnych piosenek.










niedziela, 9 października 2016

Jozef van Wissem - "When Shall This Bright Day Begin"


Czasem nie trzeba zmieniać zbyt wiele. Tak jest w tym przypadku. Van Wissem korzysta z tych samych patentów: wolno powtarzanych fraz, lekko modyfikowaych w czasie, wraca do motywów, nadaje muzyce cyrkularny charakter. Lutnista gra oszczędnie, bez nadmiaru ozdobników, pozwala wybrzmieć dźwiękom. Czasem powtarza frazy wokalu. Wszystko to już u Jozefa słyszeliśmy, i odwołania do minimalizmu, i do muzyki renesansowej również.

A jednak When Shall This Bright Day Begin to płyta inna od poprzednich pozycji van Wissema. Różni ją jasność brzmienia. Lutnia momentami aż się perli trelami w Detachment, jakby właśnie wstawał dzień nad bezludną, piaszczystą plażą. Nie jest to jednak brzmienie ciepłe – ta wyimaginowana plaża znalazłaby się nad Zatoką Fińską lub Morzem Północnym – wieje zimny wiatr, szarpie nadmorskie wydmy. Jasność momentami ustępuje miejsca charakterystycznemu dla muzyki Holendra mrokowi, tak jest w początkowych fragmentach The Purified Eye of the Soul Is Placed in the Circle of the Eternal Sun. Pojawia się również oniryczność, potęgowana wokalizami Zoli Jesus w otwierającym album To Lose Yourself Forever Is Eternal Happiness. Głos niesie się szerokim echem, jeszcze mocniej odrealnia prostą kompozycję. Jednak to Ruins, drugi utwór z udziałem Zoli Jesus jest najbardziej elektryzującym momentem płyty. Monumentalny, potężny brzmieniowo, najmniej abstrakcyjny ze wszystkich. Do niego wracam najczęściej z całego albumu.

Van Wissem sięga także do słowa mówionego, tym razem wplata w swoje kompozycje wypowiedzi o architekturze. I może też właśnie dlatego te kompozycje są tak jasne, bo są to opowieści o modernie, oślepiającym białymi fasadami. Van Wissem zdaje się opowiada o architekturze za pomocą dźwięków. Samo w sobie jest to ciekawym połączeniem, ale przecież Holender łączy te wypowiedzi z brzmieniem archaicznej lutni, wiąże historyczną formę z nowoczesną treścią.

Gdyby cały album był tak intensywny jak „Ruins” byłaby to pewnie płyta fantastyczna. When Shall This Bright Day Begin to po prostu płyta bardzo dobra. Kolejna w dorobku Jozefa van Wissema.



mimagazyn.pl, kwiecień 2016

poniedziałek, 11 kwietnia 2016

Lutnia jest moją obsesją


Jozefa van Wissema możecie kojarzyć ze ścieżki dźwiękowej do Tylko kochankowie przeżyją Jima Jarmusha, muzycznej współpracy z amerykańskim reżyserem i licznych koncertów w Polsce. Holenderski lutnista, świeżo po wydaniu swojego czternastego albumu When Shall This Bright Day Begin opowiada o religii, architekturze, transie i nowej płycie.

When Shall This Bright Day Begin jest jak architektura modernistyczna - jasna i doskonale uporządkowana.

Dziękuję. Chyba wiem, do czego zmierzasz.

Znalazły się na niej fragmenty wypowiedzi o architekturze. Jak je wybrałeś?

Pochodzą z albumu Conversations Regarding the Future of Architecture. Mam go od pewnego czasu i po prostu go uwielbiam. Te fragmenty tworzą spójną całość z muzyką na nowej płycie, choć nie planowałem umieścić ich tam. Zola Jesus śpiewa dwie piosenki na When Shall This Bright Day Begin i słowa jednej z nich opowiadają o ruinach. Dlatego nazwałem ten utwór Ruins. Stąd zwróciłem się w stronę architektury i wpadł mi do głowy pomysł na wykorzystanie tych fragmentów.

Jeden z nich jest o Franku Lloydzie Wrighcie. To twój ulubiony architekt?

Nie, wybrałem ten fragment, bo bardzo odpowiada mi to, co jest tam powiedziane o relacji architektury ze światem – dla mnie to metafora lutni. Wiesz, nie chcę za dużo analizować, opowiadać o swoich utworach, wolę zostawić słuchaczom wolną rękę do własnych interpretacji.

Piszę właśnie scenariusz do filmu, więc niektóre tytuły utworów na When Shall This Bright Day Begin odnoszą się do tego projektu. Tylko dla mnie, bo komponowałem te utwory, pracując nad scenariuszem. Ty możesz rozumieć je zupełnie inaczej, i bardzo dobrze.

O czym będzie ten film?

O pewnej historycznej postaci oraz o bardzo intensywnych przeżyciach religijnych i cierpieniach za religię. Same wesołe rzeczy (śmiech).

Właśnie, często podkreślasz, że religia i duchowość są dla ciebie bardzo ważne. Kiedy zaczęło się Twoje zainteresowanie tym aspektem życia?

Chyba byłem nim zainteresowany od zawsze. Wynika to z rodziny, w której się urodziłem oraz miejsca, w którym dorastałem. Urodziłem się i wychowałem w Mastricht, gdzie religia katolicka, bo musisz wiedzieć, że w tym regionie Holandii to katolicy dominują, była niezwykle ważna. Kościół był ośrodkiem życia społecznego i towarzyskiego.

Bardzo interesują mnie ludzie, przeważnie kobiety, mający niezwykle intensywną, niemalże erotyczną relację z Bogiem. To, jak tracą przywiązanie do świata, by być bliżej Niego. Wszystko w naszym świecie przeminie, dlaczego więc tego nie pozbyć się wcześniej, zapomnieć o tych wszystkich gównianych stylach życia, które są niczym więzienie. One donikąd nie prowadzą.

Grasz na lutni barokowej. Dlaczego właściwie na tej jej odmianie?

Przede wszystkim dlatego, że jest strojona w D-moll, a to bardzo smutne strojenie. Łatwo przychodzi mi komponowanie w tym stroju. Wcześniej grałem i próbowałem komponować na lutnię renesansową, która ma weselszy strój, ale już bardzo dawno tego nie robiłem. Poza tym lutnia barokowa ma bardzo transowe brzmienie.

W uzyskaniu transu pomaga też repetytywna struktura Twoich utworów.

Rock'n'roll to repetycje, to właśnie czyni ten gatunek wielkim. Mam też filozoficzną podstawę swojej decyzji. Repetytywność jest metaforą życia, wszystko się powtarza, aż w końcu umiera.

Trans dla mnie to kilkugodzinna podróż pociągiem, kiedy patrzę na rozmazany świat za oknem. Kocham to uczucie, bo zapominam o codzienności. O rachunkach do zapłacenia, o czynszu, o tych wszystkich przyziemnych rzeczach. Chcę przekazać to uczucie publiczności na koncertach, chcę, żeby oni też na chwilę oderwali się od swojego normalnego życia.

Próbowałeś kiedyś grać na innych instrumentach spokrewnionych z lutnią?

Nie, nigdy. Swój stosunek do lutni mógłbym określić jako obsesję, inne instrumenty mnie nie zajmują.

Jak się zaczęła?

W momencie, kiedy pierwszy raz zobaczyłem lutnię u mojej nauczycielki gry na gitarze. Zapytałem się, co to, a ona mi odpowiedziała, żebym nawet nie myślał o graniu na niej, że to za trudny instrument dla mnie, że się do niej nie nadaję. Miała rację, spójrz na mnie (smiech).

Nie posłuchałeś jej.

I jestem bardzo z tego powodu szczęśliwy. Na lutnię istnieje ogrom fascynującego materiału, do którego często wracam, studiuję i jest ciągle moim źródłem inspiracji. Z gitarą tak nie mam, choć to mój pierwszy instrument, zaczynałem od nauki gry na gitarze klasycznej. Potem jednak zobaczyłem lutnię w wieku 11 lat i od tamtej pory jestem w niej zakochany.

To niezbyt pospolite.

Dla jedenastolatka niezbyt pospolita jest obsesja na punkcie jakiegokolwiek isntrumentu czy gatunku muzycznego, coś ze mną musi być nie tak (śmiech).

Nadal mieszkasz w Nowym Jorku? W ostatnich wywiadach mówiłeś, że nie podobają Ci się zmiany zachodzące w mieście.

Nadal, ale nigdy tak naprawdę nie mieszkałem w Nowym Jorku na stałe, bo prawie cały czas objeżdżam Europę, grając koncerty. Niedawno czytałem wywiad ze zmarłym Bruce'em Gedudigiem z Tuxedomoon. Zapytali go, dlaczego przeniósł się do Brukseli. Odpowiedział, że w Europie jest normalne jedzenie i może żyć z muzyki. To prawda. We Francji, Włoszech, ale i na Wschodzie Europy publiczność muzyki dziwnej, eksperymentalnej jest liczna. W Stanach nie. Może w kilku miastach, ale one są oddalone od siebie o tysiące kilometrów. Tutaj co dwieście jest miasto z grupą ludzi zainteresowanych sztuką awangardową i nowoczesną. Tak naprawdę wszystko rozbija się przede wszystkim o pracę.