Pokazywanie postów oznaczonych etykietą flamenco. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą flamenco. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 15 lipca 2025

Rewolucyjna tradycjonalistka

Zaraz OFF Festival Katowice, mnie (znowu) nie będzie, ale w Dwutygodniku piszę o Marii José Llergo, która - gwarantuję wam - jest najciekawszą artystką, która zagra w tym roku w Katowicach. I właściwie o tym jest ten mój tekst, ale też przemycam historię nowego flamenco i argumentuję dlaczego to dziś jedna z najciekawszych scen w Europie oraz - oczywiście - po raz kolejny wyznaję swoją miłość do Rosalii.  A jeśli macie dobrą pamięć, to pojawiają się już postaci, o których zdarzało mi się pisać.

 

środa, 15 czerwca 2022

Na obrzeżach x Radio Kapitał 15 VI 2022


Przeszłość w teraźniejszości, teraźniejszość w przeszłości. Mity i ich echa, mistyczna miłość, tradycja przefiltrowana przez nowoczesność. Od muzyki zbudowanej wokół stuletnich egipskich nagrań przez "retellingi" mitów i flamenco heterdoxo po futurystyczny po zanurzony w greckiej tragedii.

Nancy Mounir - Baad El Esha (with Mounira El Mahdeya)
Nancy Mounur - Gannentini (with Zaki Mourad)
Bastarda & Holland Baroque - Media vita
Bastarda & Holland Baroque - Orewoet
Perrate - Si algún día (seguiriyas del Nitri, La Cherna y José de Paula)
RSS B0Y 1 - WIND AND HAMMER (FEAT. WACŁAW ZIMPEL)
RSS B0Y 1 - B0W AND ARR0W (FEAT. ARASH BOLOURI)
Marina Satti - Kritiko

środa, 1 czerwca 2022

Na własnych warunkach

Rosalía porównuje swoją sławę do kruchości i nietrwałości kwiatu wiśni. Czy to daleko idąca samoświadomość czy kokieteria? A może zbytnia ostrożność? Prawda jest taka, że „MOTOMAMI” Rosalía ukuła sobie miejsce w popowym panteonie i nie opuści go przez najbliższe lata. Ten status jej się po prostu należy.

W Czasie Kultury zachwycam się MOTOMAMI i przy okazji streszczam artystyczną drogę Rosalii.

sobota, 19 grudnia 2020

Flamenco nieprawowierne


Flamenco heterodoxo, flamenco nieprawowierne - te słowa kojarzą mi się przede wszystkim z albumem Niño de Elche, wyprodukowanym przez Raüla Refree. Obaj są enfants terribles flamenco, ten drugi przede wszystkim za pracę przy debiucie Rosalii, który, choć odniósł wielki sukces, w środowisku flamenco spotkał się z ogromną krytyką. Znamienne, że Niño de Elche i Rosalia - obecnie największa gwiazda muzyki hiszpańskiej pojawiają się w pracach przygotowanych przez Raula Cantizano i Los Voluble.

Na zaproszenie Instytutu Cervantesa w Warszawie napisałem niedługi tekst towarzyszący internetowej odsłonie cyklu "Niezwykłe światy dźwiękowe" i pracom Raula Cantizano i Los Voluble - artystom mocującym się z tradycyjnym postrzeganiem flamenco. Więcej - oraz trzy utwory tria - tutaj.

środa, 8 lipca 2020

12 minut z 71 lat


Jest rok 1932. Na Gibraltar przybywa dwudziestotrzyletni Azizullah Abdurrahman Balouch. Przypłynął z odległego krańca Imperium Brytyjskiego, z położonego w dzisiejszym Pakistanie Sindhu (ale urodził się w Beludżystanie, na pograniczu Pakistanu, Afganistanu i Iranu). Na półwysep Iberyjski wybrał się za pracą, zatrudnił go jeden z hajdebaradzkich kupców. Jednak młodzieńca od handlu bardziej interesuje coś zupełnie innego - flamenco. Balouch studiował w ojczyźnie arabski, perski, recytował Koran i śpiewał ludową muzykę Sindhu. Jeszcze w Azji poznał z nagrań flamenco, w którym zakochał się od pierwszych chwil, i które przypominało mu muzykę, na której się wychował. 

Pierwszy rok na skale Gibraltaru Balouch spędził na żmudnej i ciężkiej pracy, dopiero po kilkunastu miesiącach udało mu się wyrwać do sąsiedniej La Linei na koncert. Tego wieczoru występował między innymi Pepe Marchena. Aziz był tak zachwycony występem, że z pomocą znajomych zaprosił artystów na wizytę w jego domu następnego dnia. Teraz była kolej na Beludża, by zachwycił swoich gości. Z akompaniamentem harmonium zagrał nie tylko sindhijskie i sufickie pieśni, ale też flamenco, w końcu twierdził, że to prawie to samo. Marchena z miejsca zaprosił Aziza na gościnny występ podczas gibraltarskiego koncertu i zaproponował mu terminowanie u siebie. Balouch szybko zyskał pseudonim Marchenita - mały Marchena, podbijał madryckie sceny. Był tak dobry, że wielu mu nie wierzyło, że nie jest Andaluzyjczykiem. To w Madrycie nagrał swoją jedyną epkę, Sufi Hispano-Pakistani, którą w tym roku przypomniała londyńska oficyna Death Is Not the End. 

Balouch szczególnie upodobał sobie canto jondo, według jego słów najczystszą i najpoważniejszą formę tego gatunku. To w nim słyszał najwięcej podobieństw do transowej muzyki i hymnów sufickich. Potwierdzają to te jedyne nagrania, w których miesza swobodnie perski, arabski, hindi i hiszpański. Pełne melizmatów linie wokalne naturalnie kierują w stronę muzyki islamskiej, ale przecież dokładnie takie same środki występują we flamenco. Balouch gra na gitarze, jakby całe życie spędził w Andaluzji. Z tych nagrań bije taka pewność, że nie dziwię się, że dziennikarze prosili go o pokazywanie paszportu. Jego flamenco pełne jest smutku i powagi, ascezy, jakby było skargą na niesprawiedliwy los. Balouch twierdził, że tylko w tych najbardziej przejmujących formach przetrwał prawdziwy, suficki duch flamenco. Krytykował hiszpańskich muzyków za rozwiązły styl życia, który nie pozwalał im dotknąć sedna muzyki.

Balouch do pewnego stopnia miał rację. Romowie, z którymi najczęściej utożsamia się flamenco do Europy przybyli właśnie z Indii, w tym z Sindhu. Utrzymali przez stulecia swoją odrębność kulturową, muzykę również. Spotkanie się Cyganów z Moryskami najprawdopodobniej było katalizatorem do powstania flamenco. Islam i Indie, stąd najpewniej wypływają źródła tego gatunku. 

Aziz, ranny podczas hiszpańskiej wojny domowej, przeniósł się do Londynu, gdzie założył towarzystwo sufickie i promował kulturę flamenco, o którym napisał kilka książek. W latach 50. i 60. znów zamieszkał w Madrycie, na zaproszenia ambasadora Pakistanu, zorganizował koncert swojego mentora Pepa Marcheny w Karaczi, stolicy Sindhu. Balouch zmarł pod Londynem w 1978 roku, pochowano go w nieoznakowanym grobie.

12 minut, 4 nagrania, kilka zdjęć. Tyle zostało po tym niezwykłym człowieku, który usłyszał pokrewieństwo w muzyce z dwóch różnych krańców świata.

Korzystałem z tekstu Aziz Balouch Stefana Williamson Fa.

środa, 11 grudnia 2019

Na obrzeżach x Radio Kapitał 10 XII 2019


Dzisiaj skupiłem się na postaci Raüla Refree, katalońskiego gitarzysty i producenta, który jest odpowiedzialny m.in. za sukces debiutu Rosalíi. Od kilkunastu lat specjalizuje się w unowoczesnieniau flamenco, w tym roku zabrał się także za fado (efekty w styczniu), ale współpracuje tez z muzykami awangardowymi, jak Lee Ranaldo.

1. Rosalía - De plata (Los ángeles)
2. Refree - Dar a luz (La otra mitad)
3. Refree - Fandangos negros (La otra mitad)
4. Sílvia Pérez Cruz & Raül Fernández Miró - Pequeño vals vienés (Granada)
5. Richard Youngs & Raül Refree - Another Language (All Hands Around the Moment)
6. Lee Ranaldo & Raül Refree - Names of the North End Women (Names of the North End Women)
7. Lina_Raül Refree - Cuidei Que Tinha Morrido (Lina_Raül Refree)
8. Amália Rodrigues - Cuidei Que Tinha Morrido (Cuidei Que Tinha Morrido)
9. Luísa Sobral - Mesma rua mesmo lado (Rosa)

niedziela, 17 września 2017

Niña de la Puebla - "I'm Always Crying"


Dolores Jimenez Alcantara urodziła się w 1908 roku w Andaluzji, jeszcze w dzieciństwie straciła wzrok. Mając kilkanaście lat zaczęła śpiewać flamenco i szybko stała się jedną z najważniejszych postaci cante flamenco. Pod pseudonimem La Niña de La Puebla występowała do lat 80., zmarła w 1999 roku. Teraz jej wczesne nagrania przypomina niszowa londyńska oficyna Death Is Not the End.

Flamenco śpiewane przez Alcantarę jakże różni się od współczesnego. To muzyka pełna bólu istnienia, smutku, zawiedzionej miłości, życiowych tragedii. Melizmaty i charakterystyczna dla tamtego okresu egzaltacja w głosie niewidomej śpiewaczki przywodzą mi na myśl postaci z drugiego krańca Morza Śródziemnego - Ritę Abatzi i Marikę Papagikę, zapomniane na lata gwiazdy rebetiko. Może to siła wyobrażeń, może to autosugestia na podstawie tytułów, ale mam wrażenie, że La Nina de La Puebla śpiewa, jakby od tego zależało całe jej życie. Najczęściej śpiewa o palącej, nieszczęśliwej miłości, ale sama miała szczęśliwe małżeństwo.

I’m Always Crying zaczyna się od przejmującego lamentu Tinieblas, czyli ciemność. Niestety nie wiem, czy Dolores śpiewa o swojej niepełnosprawności, czy to metafora stanu emocjonalnego, bo Death Is Not the End nie załączyło do kasety żadnych informacji poza tłumaczeniem tytułu. Nie wiadomo, kto akompaniuje Dolores na gitarze, nie wiadomo, kiedy zostały nagrane utwory. Może dodaje to większej tajemniczości, kieruje uwagę tylko na muzykę, ale takich informacji mi brakuje, tym bardziej, że to moje pierwsze spotkanie z La Niña de La Puebla, ale na pewno nie ostatnie.

Jest coś pociągającego w nagraniach sprzed prawie stu lat. Spod szumu szelaku (i w tym przypadku spod dodatkowego szumu kasety) wydobywa się świat, który już dawno przeminął. Świat, po którym zostały tylko wyblakłe fotografie i trzeszczące płyty.