czwartek, 30 stycznia 2014

Świat 2013: miejsca 15-11

15. Baxamaxam - "Baxamaxam" (recenzja)




Jest ich dwóch. Włoch i Senegalczyk. Nie podają, w jakich okolicznościach się spotkali, nie wiadomo, kiedy zaczęli razem grać. Wiadomo, jak się nazywają, że jeden jest gitarzystą, a drugi griotem grającym na bębnach, i że to efekt jednodniowej sesji nagraniowej.



14. Swearin' - "Surfing Strange"




W 2012 roku zauroczyli mnie swoim szczeniackim debiutem. W ciągu roku niewiele dorośli, nadal nie bardzo potrafią grać, podchodzą do wszystkiego z olewczym stosunkiem, przekręcają gałki na przesterach do oporu. Tylko pop punk ustąpił miejsca indie w stylu Pavement.



13. Debruit & Alsarah - "Aljawal"




Francuski producent połączył siły z sudańską wokalistką. Może się wydawać, że nic porywającego z tego nie wyjdzie, ile to już takich międzykulturowych płyt nurzało się w przeciętniactwie. Jednak tu jest inaczej, ani Debruit, ani Alsarah nie idą na kompromisy, niczego nie wygładzają. Dzięki temu połączenie oszczędnych podkładów, poszatkowanych instrumentalnych i wokalnych sampli z hipnotycznym głosem Sudanki brzmi bardzo naturalnie, jakby grali ze sobą od zawsze.




12. Deolinda - "Mundo pequenino"




Lizboński kwartet już raz zatrząsł Portugalią. Tym razem polityki jest mniej, smykałka do zapamiętywalnych melodii pozostała tak samo silna. "Mundo pequenino" jest od pierwszej do ostatniej minuty wypełniona fantastycznymi, wykraczającymi poza ramy fado, piosenkami.


11. Vampire Weekend - "Modern Vampires of the City"




Na trzeciej płycie Nowojorczycy ostatecznie porzucają inspirację Afryką na rzecz własnego kraju, o czym świadczą liczne odniesienia do historii rock'n'rolla. To również ich najbardziej nowojorski album. Od okładki do każdego dźwięku, wszystko jest hołdem złożonym temu miastu. Jednocześnie znajdziemy tu najbardziej osobiste teksty Ezry Koeniga.






wtorek, 28 stycznia 2014

Świat 2013: miejsca 20-16

20. Basia Bulat - "Tall, Tall Shadow"




Basia kazała czekać na następcę "Gold Rush" trzy lata. Mam wrażenie, że świat o niej przez ten czas trochę zapomniał i jej trzeci album przeszedł bez należnego mu echa. kanadyjka rozbudowała aranżacje, robiąc miejsce choćby na pojawiającą się tu i ówdzie sekcję dętą i bardziej taneczne podejście do grania, co chyba było efektem trasy z Arcade Fire. Szczęśliwie, nie ucierpiały na tym piosenki, uwodzące, jak zawsze.



19. Omar Souleyman - "Wenu, Wenu"




Omar Sulejman w ostatnich latach stał się na Zachodzie istnym fenomenem. Odkryty dla hipsterów przez Sublime Frequencies, najnowszy album wydał w Domino pod okiem Kierana Hebdena, czyli Four Tetea (ale nie Buriala). Brytyjczyk czuwał jedynie nad jakością brzmienia, resztę zostawiając Sulejmanowi i Rizanowi Sa'idowi, muzycznemu mózgowi całego tego przedsięwzięcia. Dzięki temu "Wenu Wenu" nie różni się zbytnio od poprzednich dokonań Syryjczyka i jest wypełnione kiczowatym, elektronicznym brzmieniem. Czerstwe to strasznie, ale tańczy się do tego lepiej niż do niejednych klubowych bangerów.



18. Jupiter & Okwess International - Hotel Univers




Grał z Albarnem, jest samozwańczym królem Kinszasy. Po latach na ulicach stolicy Konga, Jupiter został gwiazdą filmu (o sobie samym) i doczekał się debiutu. Czego można się po nim spodziewać? Wszystkiego. Przede wszystkim gitarowej radości i tanecznych rytmów z odrobiną nigeryjskiego afrobeatu.



17. Franz Ferdinand - "Right Thoughts, Right Words, Right Actions"




Są zespoły, które nie potrzebują żadnych zmian. Brytyjczycy swój styl wykrystalizowali już na debiucie sprzed dziesięciu lat. Funkujący rytm, przycinane ostro gitary, reżim rytmiczny, elegancja. Niczego nowego nowego poza ukrytymi smaczkami, jak chociażby delikatne brzmienia sitaru i więcej odniesień do Bitelsów, nie dodają. Bo i po co? Fantastyczne piosenki już mają.



16. Les soeurs Boulay - "Les poids de confettis"




Debiut kanadyjskich sióstr jest najbardziej niepozorną płytą w całym zestawieniu. Rzadko pojawia się coś więcej niż głos, gitara i ukulele. Stephanie i Melanie przy pomocy tych skromnych środków wyczarowują przepiękną, bezpretensjonalną muzykę. Skromne, folkowe piosenki i już nie trzeba więcej pisać.



poniedziałek, 27 stycznia 2014

Świat 2013: miejsca 25-21

25. Matana Roberts - "Coin Coin Chapter Two: Mississippi Moonchile"




Amerykańska saksofonistka kontynuuje dzieło życia. Zanurza się przeszłości swojej rodziny przybyłej do Ameryki na jednym ze statków niewolniczych. U podstaw leżą spirituale, blues, wczesny jazz  przede wszystkim free. Frapujące.



24. Land of Kush - The Big Mango



Sam Shalabi, montrealski gitarzysta, zamienił Kanadę na Kair. Akurat w czasie arabskiej wiosny. Nic dziwnego, że jego nowe miasto zainspirowało najnowszy album jego orkiestry. Choć początek "The Big Mango" (to jeden z przydomków egipskiej stolicy) zmierza w stronę awangardy i może odstraszać, to począwszy od przebojowego "The Pit" z tej magmy zaczynają wyłaniać się fantastyczne, łączące Egipt z Montrealem piosenki.



23. Yasmine Hamdan - "Ya nass"



Najpierw przez kilka lat cisza, a potem dwa albumy rok po roku? Nie ma tak dobrze, "Ya nass" to odświeżona wersja solowego debiutu Yasmine z 2012 roku. Wydana na rynki międzynarodowe. Poza tym nic się nie zmieniło. Hamdan rozwija tropy jeszcze z czasów Soap Kills. Delikatny elektropop miesza się z akustycznymi brzmieniami, a nad nimi panuje zmysłowy Libanki snującej swoje opowieści. Oczywiście po arabsku.



22. Esmerine - "Dalmak"




Kolejni przedstawiciele Constellation Records i kolejni ze wschodnimi ciągotami. Montrealski kwartet w 2012 roku przeniósł się na sześć miesięcy do Stambułu, tam dokooptowali drugą czwórkę lokalnych muzyków i już w oktecie nagrali "Dalmak". Tytuł to niejedyne tureckie odniesienie, muzyka na tym albumie łączy wschodnią melancholię i tradycję z zachodnim minimalizmem, tworząc spójną i niezwykle obrazową całość.



21. Arctic Monkeys - "AM"




Przemiana w lżejszą wersję Queens of the Stone Age rozpoczęta w 2009 roku trwa. Alex Turner przejął teraz od Josha Homme'ego jeszcze seksapil i uwodzicielstwo. Cięte riffy, noc i pustynię zakosili mu już wcześniej. Owszem, wracają tu trochę do swojej indie-brytyjskości, na szczęście tylko incydentalnie, bo to najsłabsze momenty "AM". Najciekawiej robi się za to, gdy bez kompleksów rzucają rękawicę swoim mistrzom. I wychodzą z tego pojedynku zwycięsko, nie tylko z powodu mizerii "...Like Clockwork".



piątek, 24 stycznia 2014

Ocalić od zapomnienia

Z Dougiem Shiptonem, jednym z założycieli Finders Keepers rozmawiałem na potrzeby artykułu o wytwórniach zajmujących się wydawaniem zapomnianych nagrań. Szczęśliwie nie przez maila, skajpa, czy telefon, a po staroświecku spotkaliśmy się twarzą w twarz przy okazji jego grudniowego przyjazdu do Polski.

Jak powstało Finders Keepers?

Od nastoletnich lat byłem wielkim fanem Twisted Nerve Records, pierwszej wytwórni Andy’ego. Gdy zacząłem studia w Stoke, Twisted Nerve szukali grafika i projektanta stron internetowych, odpowiedziałem na ogłoszenie i dostałem tę robotę. Już wtedy kolekcjonowałem płyty, kupowałem mnóstwo funku, soulu, indie, ścieżek dźwiękowych i odrobinę psychodelii. Poznałem Andy’ego i potem zacząłem pracę dla agencji prasowych w Manchesterze. Po studiach wróciłem do Londynu i dostałem posadę w Cherry Red Records. To jedna z najstarszych niezależnych wytwórni w Wielkiej Brytanii, wraz Rough Trade i Sanctuary. W tamtym czasie specjalizowali się w reedycjach. Ciągle miałem jakiś kontakt z Andym, który kiedyś przyszedł do mnie ze swoim projektem „Focus is no a four letter word”. Był skierowany na folk. Nie taki hipisowski, tylko folk funk, folk punk, takie odjazdy. Wyszło to bardzo dobrze. W tym samym czasie Andy przyniósł mi album Jean-Claude’a Vanniera. Spodobał mi się i chciałem coś z nim zrobić. Wpadliśmy na pomysł założenia własnego labelu, żeby tylko wydać rzeczy Vanniera. Finders Keepers nie narodziło się jako wytwórnia archiwalne. Nam po prostu podobają się te albumy, wydaje nam się, że mogą się spodobać innym, więc je wydajemy. Tak, to jest naprawdę tak niewinne, nie stoją za tym inne motywy. Nie myśleliśmy o rynku i podobnych pierdołach.

Nadal sami przeszukujecie archiwa?

Oczywiście. Gdy zaczynaliśmy, było to bardziej hobby. Teraz jesteśmy bardziej wiarygodni i możemy szperać w coraz większych archiwach. Przeczesywaliśmy Polskie Nagrania, na przykład. Mamy też dostęp do archiwów prywatnych, tu dobrym przykładem jest Andrzej Korzyński. Możemy robić większe projekty niż wcześniej. Wrócę na chwilę do Polskich Nagrań. Ich pracownicy nie bardzo rozumieli, dlaczego trzech Anglików chce wydać jakiś stary polski rock. Obecnie ludzie zdają sobie sprawę, że jest rynkowa potrzeba na takie wydawnictwa i chętniej dzielą się swoimi zbiorami. Z tego powodu mieliśmy trochę problemów z tajską kompilacją.

Jakie są wasze nowe projekty?

Jest ich sporo. Jeden to kompilacja niemieckiej elektroniki ułożona przez Feliksa Kubina. Na kasetach w bardzo limitowanym nakładzie. Poza tym amerykańska nowa fala, składanka muzyki z japońskich animowanych filmów, kolejny składak Korzyńskiego. Nie mogę za bardzo zdradzać nazw, bo jeszcze ktoś nas wyprzedzi.

Jak trafiliście na Korzyńskiego?

Ludzi słuchających muzyki można podzielić na tych, którzy ograniczają się tylko do tej czynności i na tych, którzy szukają czegoś więcej, idą krok dalej, czytają spisy muzyków na płytach, sprawdzają wytwórnie, i tak dalej. Nazwisko Korzyńskiego pojawiło się na kilku płytach, które lubimy, napisał muzykę do genialnego filmu "Opętanie" Żuławskiego. Andy się z nim skontaktował i zaproponował wspólny projekt. Andrzej zgodził się od razu i otrzymaliśmy nieograniczony dostęp do jego domowego archiwum. Ma tam tony fantastycznego, niewydanego materiału.

Uderzyło nas, ze Korzyński był bardzo otwarty na nasze pomysły, w końcu nie tylko jest od nas sporo starszy, ale i pochodzi z innej kultury. A jednak nie było go trudno przekonać, że to, co robimy jest ok. Nawet pojawił się na instalacji Andy’ego z wykorzystaniem filmu Pan Kleks. Nic nam nie powiedział, tylko przyleciał do Manchesteru z Londynu, gdzie akurat był na festiwalu polskiej muzyki. Całkowicie nas wspiera, co daje nam kopa do dalszego działania. Na początku nie znaliśmy go zupełnie, a teraz mogę powiedzieć, że jesteśmy przyjaciółmi. I o to właśnie chodzi w naszej pracy. O poznawanie muzycznych bohaterów, zrozumienie nie tyle, co zrobili, ale jak to zrobili. Nie chodzi nam o przekrój całego katalogu, tylko zrozumienie artystycznej drogi.

Z kim chciałbyś pracować?

Kto jest na samym szczycie listy? Wiesz, nie mogę rzucać nazwami, jeszcze ktoś je zauważy i nas ubiegnie. Tak działa ten biznes dzisiaj. Istnieje mnóstwo innych wytwórni robiących to, co my. Ostatnio kupuję mnóstwo indonezyjskich płyt, sporo rosyjskich, choć może bardziej poprawnie byłoby powiedzieć radzieckich. Bardzo chciałbym wydać kompilację muzyki radzieckie, ale strona prawna tego przedsięwzięcia będzie bardzo skomplikowana. Wszystkie firmy fonograficzne były własnością państwa i wydaje mi się, że po rozpadzie ZSRR prawa zostały oddane muzykom, a trudno byłoby odnaleźć ich wszystkich nie znając języka.

Co jest najczęstsza przeszkodą w waszych działaniach?

Powiedziałbym, że różnice kulturowe.

A nie sprawy prawne?

Nie. Oczywiście, zdarzają się jakieś niewielkie problemy z tym związane, ale dużo trudniejszym jest przekonać ludzi, że mamy czyste intencje. Mogę sobie wyobrazić, jak trudno byłoby przekonać klasycznie wykształconego muzyka indyjskiego, dlaczego chcemy wydać jego album dla 20-40 letnich domowych didżejów. Nie będzie z tego dużych pieniędzy, ale to nisza, nie żadne wielkie przedsięwzięcie. Przekonać muzyków – to trudna część naszej pracy, ale przecież o to w niej chodzi, o spotykanie muzycznych bohaterów. Dla przykładu mieliśmy spore kłopoty z jednym indonezyjskim zespołem, ponieważ w ich kulturze wszystko musi być załatwiane twarzą w twarz i przypieczętowane uściskiem dłoni. Odmówili negocjacji w inny sposób, więc wybraliśmy się do nich. Każdy projekt jest unikatowy. Niektóre przyklepujemy bardzo szybko, inne zabierają sporą cześć roku jedynie na wyjaśnianie, jak działa nasza wytwórnia. Musisz pamiętać, że większość tych gości to starzy wyjadacze, którzy sparzyli się na biznesie i dlatego zostali w cieniu. Są bardzo podejrzliwi w tych sprawach. Niekoniecznie w stosunku do nas, ale to my musimy zakopać ten rów nieufności.

Znasz Vampires of Dartmoore? Jedyny ich członek, który żyje do dziś, nienawidzi przemysłu muzyczne do szpiku kości. Nie chciał z nami rozmawiać, w końcu wylicencjonowaliśmy jego nagrania od wytwórni, ale chcieliśmy się od niego dowiedzieć, kto wtedy grał w zespole.  Był bardzo zgorzkniały, ale rozumiemy jego postawę.

Masz jeszcze czas na samodzielne przeszukiwanie sklepów z używanymi płytami?

Tak, zresztą będziemy robić to jutro. Bycie didżejem i podróżowanie jest moim narzędziem pracy, bo mam dostęp do małych sklepów muzycznych, lokalnych kolekcjonerów. Oni mogą podzielić się wiedza, której nigdy nie kupię na eBayu.




poniedziałek, 20 stycznia 2014

Świat 2013: wstęp

Ubiegły rok zapamiętam z jednej strony, jako tryumf lokalności. Święcący sukcesy Norwegowie z Kvelertak śpiewają tylko w swoim języku, Bombino zdobywa Amerykę po angielsku znając tylko "thank you". Omar Souleyman nie zna chyba nawet tego, a jego najnowszy album, choć wyprodukowany przez Four Teta, nie zmienił arabskiego charakteru jego muzyki i nie zmienił podejścia na bardziej zrozumiałe dla zachodniego słuchacza. Ameryka Łacińska tańczy w rytm cumbii. Jednocześnie, lokalność staje się globalna. Nie sposób odróżnić A Hawk and a Hacksaw od ludowych zespołów z Europy Środkowo-Wschodniej, a oni sami wydają w swojej wytwórni wydają tureckiego wirtuoza klarnetu. Kanadyjczycy z Esmerine pojechali do Turcji, by z lokalnymi muzykami nagrać album będący połączeniem zachodniego minimalizmu z osmańską klasyką. Ich rodacy z Land of Kush i Jerusalem in My Heart na różne sposoby dekonstruują muzykę arabską. Granice gatunkowe i geograficzne stają się coraz bardziej rozmyte i łatwe do przekraczania. A ten, 2014, rok zapowiada się podobnie interesująco. Najpierw jednak 25 płyt, które uważam za najważniejsze dla 2013 roku.