wtorek, 18 lipca 2023

Magik z Sudanu

Po zeszłorocznych nagraniach Noori & His Dorpa Band, Ostinato Records wracają do odległych regionów Sudanu. Znaleźli tam magika keyboardu, Jantrę, którego muzyka rozpala lokalne imprezy trwające całe noce.

wtorek, 11 lipca 2023

Riddim w Libii


Reggae dominuje do dziś w libijskim radiu i na YouTube. W przeciwieństwie do często zaangażowanego społecznie jamajskiego grania ta jego odmiana gatunku poszła w ślady lovers' rock, skupiając się przede wszystkim na miłości, złamanych sercach i arabskiej romantyczności.

W Dwutygodniku piszę o libijskim reggae, a moim przewodnikiem jest Ahmed Ben Ali, jeden z najkreatywniejszych lokalnych muzyków, którego nagrania niedawno wznowiła fantastyczna oficyna Habibi Funk.

niedziela, 2 lipca 2023

Anatolijski groove z Małopolski

Aż chce się napisać "Polacy nie gęsi i swój turecki revivalowy zespół mają". I to jaki.

MLDVA pierwotnie byli duetem didżejskim Tomasza Jureckiego i Grzegorza Dąbka, którzy wyspecjalizowali się w graniu setów z muzyką grecką i turecką. Z tej fascynacji przyszła potrzeba założenia zespołu, już nie tylko selekcjonowania, ale też grania klasyków. Do Jureckiego i Dąbka dołączyli grający na Rhodesie Wojciech Długosz, perkusista Szymon Piotrowski oraz - a może przede wszystkim - dwóch Turków - gitarzystę/baglamistę Çınara Timura i wokalistę Ulaşa Çıbuka. Więcej o samej historii MLDVA pisałem w drugim (i ostatnim) numerze Nowej Magnetofonowej prawie dwa i pół roku temu. Już wtedy mieli nagrany materiał, jednak musiał odczekać cały ten czas, aż w końcu ukazał się w londyńskiej oficynie Shapes of Rhythm, która wyjątkowo upodobała sobie Polaków - wydali i dwie pierwsze płyty Gaijin Bues, i Sneaky Jesus. 

MLDVA, podobnie jak Altın Gün postawili (przynajmniej na razie) na granie ludowych i rockowych klasyków. Podchodzą do nich jednak z zupełnie innej strony. Holendrzy - z krótką przerwą na Yol i Alem - starają się dość wiernie trzymać psychfolkowej estety lat 60. i 70., dodając trochę więcej funkowego groove'u. Derya Yıldırım & Grup Şimşek z kolei grają bardzo rozwlekle, hipisowsko. MLDVA wchodzi bez trzymanki w rozbujany funk, mocny groove i pełne, okrągłe brzmienie prosto z boombapowego Nowego Jorku i gfunkowego Los Angeles. Co nie może dziwić, w końcu wychowali się na rapowych klasykach.

Mnóstwo jest w tej muzyce luzu, jeszcze więcej tańca, wychodzi to ich klubowe doświadczenie. Doskonale wiedzą, do czego nóżka sama chodzi. Do tego to potężne brzmienie, tłuściutkie, ociekające basem, ale perfekcyjnie selektywne, lekkostrawne. Chyba najlepiej słychać to w Adımız Miskindir Bizim. Bas, którego nie powstydziłby się Funkadelic George'a Clintona, lekko nerwowy, prowadzi cały utwór. Nad nim króluje Ulaş wchodzący w tradycyjnie brzmiące melizmaty oraz wykręcający wirtuozerską (ale nie przegadaną) solówkę Długosz. Inny zdecydowany faworyt to nagrany na setkę w krakowskim Chederze Ölüm Allah'ın Emri z repertuaru Barışa Manço. Jest w nim i space rock, i stoner, potężny bas, obezwładniające bębny, kwaśne syntezatory. I jak to wszystko wspaniale razem jedzie.

W instrumentalnym medleyu Zülüf Dökülmüş Yüze / Kozan Dağı najbrzdiej błyszczy Timur, który pokazuje pełnię możliwości mikrotonalnej gitary (i robi to dużo lepiej niż King Gizzard). Pięknie gra unisono z Długoszem i Çibukiem w Sarı Çizmeli Mehmet Ağa. Drugi instrumentalny utwór Bir Adım Öte to idealny plażowy letniaczek. Do słuchania na stambulskim wybrzeżu Morza Czarnego przy zachodzącym słońcu. W nim MLDVA pozwala sobie na najwięcej solówkowej swobody.

Swoboda w podejściu do wykonywania klasyków sprawia, że debiut krakowiaków jest tak dobry. Grają po swojemu, ale z szacunkiem. Nie unowocześniają klasyki na siłę, nie rekonstruują jej, po prostu bawią się tymi piosenkami. Nadają im nowych kolorów, patrzą na nie z innej perspektywy. Oryginalność podejścia nie jest wymuszona, przychodzi im naturalnie. I to po prostu słychać.

poniedziałek, 26 czerwca 2023

Dźwięki Beludżystanu


Ciekawie plotą się losy instrumentów. Dziecięca zabawka z Japonii stała się ważnym instrumentem w muzyce Beludżystanu, regionu położonego po drugiej stronie Azji. Jego wirtuoz stał się światową sensacją

Benju - tak nazywa się ten instrument - to rodzaj klawiszowej cytry. Wywodzi się z taishōgoto, zabawkowego instrumenty wynalezionego na początku XX wieku. Stosunkowo prosta w obsłudze cytra dotarła najpierw do kontynentalnej Azji Wschodniej, stamtąd do Pendżabu, gdzie do dziś jest używana pod nazwą Bulbul tarang (co oznacza dosłownie fale słowików w nawiązaniu do wysokiego, przypominającego ptasi trel brzmienia). Z Pendżabu do Beludżystanu, pogranicza Pakistanu, Iranu i Afganistanu jest już stosunkowo niedaleko. I tak taishōgoto trafiła na wybrzeże Makranu nad Oceanem Indyjskim, gdzie urosła do metra długości, dostała dodatkowe struny i nową nazwę. 

Spodobała się muzykom ludowym, zawsze otwartym na nowinki i jako benju zajęła ważne miejsce w lokalnej muzyce. Najnowszą sławę benju przyniósł Ustad Noor Bakshsh, muzyk znany w całym regionie. Ustad, czyli mistrz, nie ma większego wyróżnienia w południowoazjatyckiej kulturze muzycznej. Bakshsh poza Pakistanem zyskał rozpoznawalność dzięki mediom społecznościowym, gdzie pojawiały się fragmenty jego koncertów. Po ich zobaczeniu, do Pasni, miasteczka niepodal irańskiej granicy, wybrał się Daniyal Ahmed, pakistański muzykolog i tam właśnie, w rodzinnych stronach Bakshsha powstała Jungul.

Beludżystan jest regionem nie tylko pogranicza, ale skrzyżowania szlaków handlowych. W tamtejszej muzyce i kulturze współistnieją elementy arabskie, indyjskie, perskie, kurdyjskie, turkmeńskie, wschodnioafrykańskie. Położenie wybrzeża Makran między Zatoką Omańską, Morzem Arabskim a Indiami sprawia, że od tysięcy lat jest to węzeł, w którym spotykają się kultury z prawie całej Eurazji. I to słychać w muzyce Bakhsha. Gra melodie kurdyjskie, gra perskie, sięga po indyjskie ragi, rytmy przypominają tanzański taarab. Benju w jego rękach - zelektryfikowane przez samego muzyka, który znalazł odpowiednio mały wzmacniacz na targu w Karaczi - zmienia się w wirtuozowski instrument. czasem przywodzi na myśl mandolinę, czasem Bakshsh gra, jakby był Tuaregiem, jak w utworze tytułowym. Czasem gra, jakby śpiewał, jak w Manj. Wysokie dźwięki benju są słodkie niczym miód, słychać jego zabawkowe pochodzenie, ale jest tu i śpiew ptaków, i góry, i morze. Jest i zwykła radość z grania, radość dzielenia się pięknem.

Ustad Noor Bakhsh zagra 4 lipca w Pardon, To Tu. Będzie to pierwszy koncert artysty w Polsce. Bilety jeszcze są.

niedziela, 11 czerwca 2023

Niebo ma wszędzie ten sam kolor


Do wzruszającej muzyki Kayhan Kalhor i Toumani Diabate znaleźli poruszającą historię. Tytuł albumu oraz poszczególnych fragmentów pochodzą z wiersza Mehdiego Akhavana-Salesa, ukochanego dwudziestowiecznego poety Kalhora. To opowieść o wyborze i o podróży, o byciu w wiecznym ruchu. O migracji. 2016 rok to jeden ze szczytów europejskiego kryzysu migracyjnego. “The Sky Is The Same Colour Everywhere” jest głosem dla tych, którzy opuścili swój dom w poszukiwaniu lepszego życia, dla tych, którzy to życie stracili i dla tych, których marzenie się nie ziściło. To także głos przeciwko granicom. Bamako i Teheran dzielą tysiące kilometrów, ale niebo ma wszędzie taki sam kolor.

O wyjątkowym spotkaniu wirtuozów dwóch moich ukochanych tradycji muzycznych - perskiej i mandinge - piszę w Radiowym Centrum Kultury Ludowej.