wtorek, 30 kwietnia 2013

How How - "Knick Knack" EP



Upiorne gmaszysko przy warszawskich Alejach Jerozolimskich, dawny szpital dziecięcy, nie jest tak opuszczone, jak wszystkim się wydawało. Mieści się tam przestrzeń artystyczna Jerozolima, jednak nawet, gdy opuszczają ją artyści, ktoś zostaje. To duchy dawno zmarłych w szpitalu małych dzieci. Nieopatrznie ktoś (nie wnikajmy już kto dokładnie) zostawił na czwartym piętrze włączony sprzęt nagrywający na noc. I duchy przyszły. Najpierw nieśmiało, jakby bały się, że jednak ktoś jeszcze został. Delikatnie trącały instrumenty, jeździły paznokciami po strunach, któreś uderzyło w bęben. Wszystko cichutko, na granicy słyszalności. Gdy nikt z żywych nie pokazywał się i są naprawdę samy, stały się bardziej śmiałe i, wydawałoby się, przypadkowe brzdąkania zmieniły się w quasi piosenki. Intymne, eteryczne, pochodzące z zaświatów, tak, jak małe zjawy.

Rano zjawili muzycy How How, by nagrać nową EPkę. Jeden z nich zauważył świecącą się lampkę przy konsoli. Gdy posłuchali tego, co nagrało się w nocy, wiedzieli, że mają świetny materiał i nie muszą niczego nagrywać.

Czy tak było? Odpowiedzcie sobie sami.



Recepta na długowieczność


Jak wam się udało przetrwać 25 lat jako zespół? 
Nie jestem do końca pewien, to zasługa nas wszystkich, całej naszej czwórki, no, piątki, jeśli doliczymy Matta. Chcemy po prostu dobrze spędzić czas i mieć z tego ciągle radochę. Szczerze, trzeba zespół traktować poważnie. To coraz trudniejsze, bo starzejemy się, mamy więcej obowiązków, powiększają nam się rodziny, ale my po prostu lubimy grać w Mudhoney. Dlatego ciężko pracujemy nad tym, by zespół działał cały czas i nie wkurzać się na kolegów, jeśli nie mogą sobie na coś pozwolić. Zrozumieliśmy w pewnym momencie, że każdy z nas coś poświęca, by znaleźć czas na granie. Poza tym, po prostu się lubimy.
Nie tylko o tym porozmawiałem ze Steve'em Turnerem.

sobota, 20 kwietnia 2013

5x7"

Tegoroczny Record Store Day jest równocześnie początkiem nowego cyklu, w którym będę przedstawiał nowsze i starsze warte uwagi siedmiocalówki/dziesiątki/kasety. Raz w miesiącu.



Haunted Hearts - "Something That Feels Bad Is Something That Feels Good / House of Lords"
On to Brandon Welchez z Crocodiles, ona - Dee Dee z Dum Dum Girls. Razem grają to samo, co oddzielnie, czyli mocno psychodelicznego garażowego rocka. Pod okładką, która nie zagości na półkach Wal-Martu, znajdują się dwa motoryczne kawałki, od których transowej melodyjności trudno się oderwać.






Japandroids - "Younger Us / Sex And Dying in High Society"
Oczywistym jest, że do pierwszej odsłony tego cyklu wybiorę singel swojego ulubionego zespołu. "Younger Us" to doskonała piosenka o nostalgii za (nie tak dawno przecież) minioną młodością, za tymi wszystkimi nieprzespanymi nocami, za niewypowiedzianą chęcią pogoni, no właśnie za czym? Za szczęściem, wrażeniami? To chyba mniej ważne, liczy się sam fakt poszukiwania. To też piosenka doskonała w swej prostocie, gdyby świat był idealny, to w sklepach muzycznych byłby zakaz grania właśnie jej, ale że nie jest, ten wątpliwy zaszczyt przypadł "Nothing Else Matters". Towarzyszący "Younger Us" cover klasyka kalifornijskich punkowców z X jest tak napakowany energią, że żwawy oryginał przy nim wypada jak gruźlik w fazie terminalnej. Tak się właśnie powinno grać cudze kawałki.


L'Orchestre National de Mauritanie - "La Mone / Kamlat"
Nie byłbym też sobą, gdybym nie wyciągnął czegoś z Afryki. To znaczy, z niebytu tę siódemką wyciągnął nieoceniony Chris Kirkley z Sahel Sounds i wydał ją w swojej wytwórni. Rzecz to naprawdę niezwykła.W 1973 1967 roku świeżo upieczony prezydent Mauretanii wzorem swoich kolegów z krajów ościennych postanowił dać swoim rodakom nowoczesny zespół z prawdziwego zdarzenia. W tym celu wysłał Hadramiego Oulda Meidaha (pochodzącego z rodziny griotów) i 14 muzyków do Gwinei, gdzie mieli się nauczyć, jak grać, by było i nowocześnie, i tradycyjnie jednocześnie. Nauka się opłaciła, zelektryfikowane, podrasowane dęciakami brzemienie gitar zespół łączy z tradycyjną techniką gry na oud i sintirze, dźwiękami mauretańskiego fletu i funkową pulsacją. Blisko im zarówno do tuareskiego rocka (który powstał kilkanaście lat później), jak i malijskich orkiestr. "La Mone" to piosenka okolicznościowa na przyjęcie nowej waluty (bycie oficjalną orkiestrą państwową zobowiązuje), a "Kamlat" jest oparte na starej pieśni o jednym z mauretańskich emirów. Obie piosenki z tej siódemki nagrano podczas jednego z koncertów w stołecznym Domu Młodych.



Bad Banana - "Cry It Out"
O siostrach Crutchfield pisałem nie raz. Bad Banana to kolejny efekt ich niczym nieskrępowanej kreatywności. 4 piosenki, niecałe osiem minut. Prościutki pop punk ze słabą produkcją i jeszcze gorszym brzmieniem z silnymi wpływami lat 90. Raz śpiewa Katie, raz Allison. To  bardziej niedopracowane demo niż pełnoprawna czwórka, z pomyłkami, nietrafionymi dźwiękami, nie do końca strojacymi gitarami i dzięki temu bardzo naturalne w swojej niezręczności.




Balkan Arts 701: Bulgarian Folk Dances
Na koniec zostawiłem kolejną zapomnianą perełkę. Do niedawna całkowicie. Dopiero przypadkowe natknięcie się przedstawiciela Evergreene Music na pudło wypełnione nieużywanymi  wyprodukowanymi w latach siedemdziesiątych siódemkami, sprawiło, że zdigitalizowano nagrania Martina Koeniga. Zresztą sam Koenig jest postacią równie fascynującą, co muzyka, którą nagrywal na Bałkanach na przełomie lat 60. i 70. ubiegłego wieku i prawie tak nietuzinkową, jak jego zdjęcia z tamtego okresu. Pierwsza z trzynastu siódemek wydanych, a może lepiej napisać udostępnionych przez Evergreene Music, bo to te płyty z zakurzonego pudełka, poświęcona jest muzyce bułgarskiej. Dwa utwory nagrane na miejscu, dwa zmontowane już w Stanach przez Koeniga prezentują ginącą muzykę tradycyjną, która jest jak pocztówka w sepii. Trochę nierealna, trochę tajemnicza, przede wszystkim po prostu piękna.



czwartek, 18 kwietnia 2013

Muzyka a Biznes

W zeszłym roku mądrowałem się po internetach na temat konferencji Muzyka a Biznes, i jak to mocarne w zapowiedziach panele dyskusyjne mnie rozczarowały, że panel folkowy to tylko narzekania, że panel radiowy spoko, ale że trochę bez sensu, że panel festiwalowy nudny jak flaki z olejem. Nieopatrznie przyjąłem zaproszenie na tegoroczną edycję konferencji, gdzie będę się mądrował na temat przyszłości i kondycji polskiego dziennikarstwa muzycznego w towarzystwie Łukasza Kuśmierza, Ilony Rosiak, Borysa Dejnarowicza oraz Andżeliki Kaczorowskiej (to jutro, 17.30-19) oraz spróbuję wycisnąć coś nowego i ciekawego na temat organizacji koncertów (choć mam obawy, że Kuba Knera skutecznie rozpracował temat) z Michała Borkiewicza (Powiększenie), Piotra Miecznikowskiego (MADA Music), Wojciecha Oleksiaka (Sztuki&Sztuczki) i Stanisława Trzcińskiego (STX Jamboree) w sobotę (14.30-16). To wszystko za darmo i bez rejestracji w Sztukach&Sztuczkach w podwórku kamienicy Wedla na Szpitalnej.

Poza tym dowiemy się, jak funkcjonują niezależne wytwórnie (od tych większych, jak Asfalt, do naprawdę małych, ja Thin Man Records. Mnie zabrakło odwagi organizatorów i zaproszenia przedstawiciela kończącej właśnie działalność Biedoty), czy otwarcie zasobów publicznych jest takie fajne, jak o nim piszą (ja się nie dowiem, ale wg mnie nie jest), jak wypromujesz swój zespół i o roli filmu w muzyce i muzyki w filmie.

PS. I pamiętajcie, w sobotę jest Record Store Day. Macie kupić przynajmniej jedną płytę.