środa, 28 maja 2014

Punk Indonesia

Na potrzeby tekstu o azjatyckim punku, który już niedługo ukaże się w Onecie, rozmawiałem z kilkoma zespołami i dziennikarzami z regionu. Jednymi z nich byli perkusista (Made) i wokalista (J.Sin) indonezyjskiej załogi Citizen Useless. Zaczęliśmy od wydarzeń w Banda Aceh, jednej z sumatrzańskich prowincji Indonezji i jedynej, w której obowiązuje prawo religijne, a która trzy lata temu zasłynęła zsyłaniem niepokornych nastolatków do obozów reedukacyjnych.

Jak obecnie wygląda sytuacja w Banda Aceh? 

Made: W Banda Aceh obowiązuje szariat, tak, jak w Arabii Saudyjskiej. Problemem jest policja religijna, która ma możliwość wpływania na to, jak ludzie myślą i wolność wypowiedzi. Tak samo nielegalne, jak noszenie przez kobietę dżinsów podkreślających figurę, picie alkoholu, trzymanie się za ręce z innym mężczyzną niż mąż lub członek rodziny, jest noszenie „antyspołecznych” ubrań i śpiewanie piosenek o religijnym ucisku.

J.Sin: Doniesienia o represjach w Banda Aceh ostatnio trochę ucichły, ale mamy wielu przyjaciół, którzy tam mieszkają i wszyscy nam mówią, że policja religijna jest tak samo czujna, jak zawsze. Ciężko jest zorganizować koncert, a ci, którzy są na tyle odważni, by nosić się jak punk publicznie, muszą uważać, żeby nie zostali zgarnięci na przymusową reedukację. Sytuacja nie zmieniła się bardzo, zeszła jedynie z pierwszych stron gazet.

Czy religia jest problemem winnych częściach Indonezji?

Made: W pozostałej części Indonezji dominuje umiarkowany, mocno zsekularyzowany islam, jednak pojawił się rosnący trend w stronę fundamentalizmu z powodu nowozdobytych wolności i jako rezultat amerykańskiej polityki konfrontacji ze światem islamu prowadzonej za prezydenta Busha.

J.Sin: Religia jest zawsze problemem, jeśli jedno konkretne wyznanie jest częścią systemu rządowego w pluralistycznym kraju (choć oczywiście większość Indonezyjczyków jest muzułmanami), ale w Dżakarcie ludzie bardziej otwarci niż w innych regionach. Czytałem, ze niektóre miasta chcą wprowadzić prawo religijne, na wzór Banda Aceh, a kilka radykalnych grup chciało tego samego w stolicy. Na szczęście bez skutku.

Macie piosenkę zatytułowaną „Racism is Not Punk”.

Made: Rasizm jest problemem wszędzie, gdzie znajdziesz ludzi, jednak ta piosenka to odpowiedź na fragment sceny, który nazywa się „Nazi Punk” z powody niezrozumienia europejskiej i amerykańskiej kultury. Ci punkowie przeważnie nie maja pojęcia, kim byli naziści i nie wiedzą, że są symbolem rasizmy. Na ironię zakrawa fakt, że anarchizm postuluje egalitaryzm i wzajemny szacunek, sprzeciwiając się dyskryminacji. Nie wspominając już o anarchistach walczących po stronie Republiki w hiszpańskiej wojnie domowej.

J.Sin: Made wytłumaczył to jasno, nie mam zbyt dużo do dodania. Swastyka stała się jakąś szaloną modą dla niektórych dzieciaków ze sceny. Wierzą, że to symbol antyizraelski i używają go do wyrażania swojego wsparcia dla sprawy palestyńskiej. Nie znają szerszego kontekstu i historycznego znaczenia tego symbolu. To smutne widzieć naklejki ze swastyką na motocyklach, samochodach, czy gitarach. Napisałem tę piosenkę, bo musiałem wyrazić swój sprzeciw wobec utożsamiania tego gówna ze sceną punkową.

Czy są zespoły otwarcie polityczne?

Made: Tak, są zespoły, które nie mają problemu ze śpiewaniem otwarcie o ucisku i niesprawiedliwości społecznej, ale większość stara się być ostrożna. Zdają sobie sprawę, że jeśli staną się zbyt głośni, mogą spotkać ich brutalne, nawet śmiertelne represje. Na szczęście Citizen Useless ma w składzie zagranicznych muzyków, co sprawia problemy policji. To daje nam trochę więcej wolności. Trochę.

J.Sin: Jest kilka zespołów, które są bardzo polityczne. Wiele jest bardzo krytycznych wobec rządu i nie stara się tego ukrywać. Niektórzy artyści trafiali z tego powodu do więzienia. Inni w swojej krytyce posługują się ironią, alegorią, czy metaforą.

Jakie są największe społeczne problemy w Indonezji?

Made: Rozziew między bogatymi a biednymi, nieefektywny system edukacyjny, dysfunkcyjny i skorumpowany wymiar sprawiedliwości i seksizm

J.Sin: Brak klasy średniej i różnica między bogatymi i biednymi jest ogromna. System edukacyjny jest nieefektywny, bo każdy uczeń otrzymuje promocję, niezależnie od wyników. Przemysł jest pełen nepotyzmu i łapówkarstwa, a rząd i wymiar sprawiedliwości są tak skorumpowane, że dla wielu Indonezyjczyków jest to zupełnie normalna sytuacja. Często można usłyszeć, że „to po prostu Indonezja, to u nas normalne”. Ludzie zbyt łatwo akceptują wiadomości o defraudacji publicznych pieniędzy przez urzędników.

Jak wygląda scena punkowa?

Made: W porównaniu z innymi subkulturami, jak metal czy hip hop, nie jest tak duża, ale dzięki temu, że jest zróżnicowana i Indonezja ma ponad 200 milionów mieszkańców, w każdym mieście znajdzie się jakiś punkowy zespół.

J.Sin: Moim zdaniem, Indonezja ma najlepszą i największą scenę na świecie. Z powodu społecznych i politycznej sytuacji przypomina mi amerykańską scenę z lat 1980-84.Totalna walka z rządem o wolność bycia sobą. Z rodzicami, autorytetami. Walka o równość i sprawiedliwość. Moim zdaniem Europa i Ameryka miały prawdziwy, nieskażony punk przez siedem, maksymalnie dziesięć lat. W Indonezji, dzięki problemom politycznym i społecznym walka trwa już ponad 23 lata. I kiedy myślimy, że zaczynamy wygrywać, wszystko się rozpada i trzeba zaczynać od nowa.


środa, 14 maja 2014

Informacja

Po ostatnich ogłoszeniach OFF Festivalu w Lublinie zawrzało. Że Frank Fairfield grał u nich na Kodach w 2011 roku i nikt nic nie mówił, że łączą folk z awangardą, a dopiero katowicki festiwal dostał za to brawa. Że Kapela Brodów grała najpierw u nich, Glenn Branca również. O pierwszym koncercie Tinariwen w 2009 nie wspominając. Aż zrobiło mi się głupio, bo przecież sam pisałem, że OFF jest w awangardzie polskich festiwali i ruchu z otworzeniem sceny folkowej tylko im gratulować. Przyznaję, nie wiedziałem, że Frank Fairfield grał najpierw w Lublinie. Chyba nawet nie wiedziałem wtedy o jego istnieniu. Sprawdziłem więc, czy może organizator wysłał maila te trzy lata temu z informacją o programie. Nie wysłał. Zdaję sobie sprawę, że można mnie pominąć, więc przeszukałem też redakcyjną skrzynkę Uwolnij Muzykę!. Nie znalazłem nic ani pod hasłem "Kody", ani "Lublin", ani "Glenn Branca" czy "Frank Fairfield". To znaczy tych dwóch znalazłem, w informacji prasowej OFFa.

wtorek, 6 maja 2014

Off Folk

Dużo działo się ostatnio w materii ogłoszeń festiwalowych. Najpierw, jeszcze w kwietniu, cały lineup ogłosił niezawodny, jak zwykle Ethno Port. W tym roku najbardziej wypatruję występów Hosseina Alizadeha i Pejmana Hadadiego na zakończenie festiwalu, roztańczonych Kongijczyków (ale nie tych z dawnego Zairu, lecz Kongo-Brazzaville) z Les Tambours de Brazza, trębaczy z Fanfare Ciocarlia, tureckie Taksim Trio oraz koncert rozpoczynający wydarzenie, czyli Dhafera Youseffa. Oczywiście, pozostali wykonawcy tez niczego sobie, międzykontynentalna współpraca Trebuniów-Tutków i Twinkle Brothers budzi dobre wspomnienia z ich warszawskiego występu sprzed kilku lat, a Transkapelę widziałem pięć lat temu na Globaltice, która szczęśliwie w tym roku się odbędzie. Po nieudanym konkursie na dotację z Ministerstwa Kultury przyszłość nadmorskiego festiwalu zawisła na włosku, jednak dzięki determinacji organizatorów dziesiąta edycja odbędzie się. Na razie została ogłoszona jedna gwiazda imprezy Sierra Leone's Refugee All Stars i polski Mozaik.

Mimo tego w ostatnich dniach największe wrażenie zrobił Off Festival. Nie chodzi mi o Slowdive czy kolejne w większości anonimowe amerykańskie gitarowe zespoły, ale o trzy rzeczy. Po pierwsze, Orchestre Poly-Rythmo de Cotonou z Beninu, legenda muzyki afrykańskiej, która kładła podwaliny pod afrobeat. Już samo to ogłoszenie Rojkowi należy się medal. A to nie wszystko, 2. sierpnia z okazji roku Kolberga scena eksperymentalna zmienia się w folkową, a tam Kapela Brodów, Karpaty Magiczne, Frank Fairfield, mimo folkowości mocno wpisujący się w charakter sceny eksperymentalnej Jerusalem in My Heart, Same Suki, DakhaBrakha (którzy pokazują zazębianie się alternatywy z muzyką tradycyjną, grali przecież kiedyś na Ethno Porcie) czy wreszcie wiksujący Senegalczycy i Niemiec Mark Ernestus & Jeri Jeri. To będzie najlepszy dzień festiwalu, a ja pewnie nie opuszczę ani jednego z tych koncertów. Jednak najważniejszy jest fakt, że to nie jednorazowa podmiana, by wpisać się w kolejną rocznicę. Jeden folkowy dzień ma być na scenie eksperymentalnej co roku.

Czekam na edycję z Sahel Sounds w roli głównej.

piątek, 25 kwietnia 2014

Kup płytę

Jutro (i pojutrze) odbędzie się polska edycja Record Store Day, dnia sklepu płytowego. W ciągu lat rozrósł się z inicjatywy mającej ratować małe sklepy płytowe przed upadkiem spowodowanym popularnością sklepów wielkopowierzchniowych, jak Wal-Mart do prawie ogólnoświatowego wydarzenia. RSD ma zwracać uwagę na małe sklepy i wytwórnie. Zawsze odbywa się w trzecią sobotę kwietnia. Zawsze? Nie.

W Polsce tegoroczna edycja RSD odbywa się tydzień później, bo trzecia sobota kwietnia okazała się być tą Wielką. Rozumiem i popieram do pewnego stopnia tę decyzję, ale doskonale pokazuje ona, jak bardzo na marginesie codzienności znajduje się muzyka. Jednak mimo tego oraz dominacji Empiku, można patrzeć w przyszłość z ostrożnym optymizmem.

Choć najczęściej kupuję płyty przez Internet lub na koncertach, lubię chodzić do sklepów płytowych, przegrzebać stosy winyli i CD, bo może trafi się coś interesującego. Miejsc, gdzie można to zrobić pojawia się w Warszawie coraz więcej. Jest Nie zawsze musi być chaos, gdzie trafiłem na Krar Collective, warto przejść się do Pardon, To Tu nie tylko na koncert, bo wybór płyt mają bardzo interesujący (choć ceny trochę za wysokie). Główna impreza związana z RSD skupiona jest wokół Side One (przede wszystkim rap i okolice, ale trafiłem tam na reedycję "Vol. 2" malijskiej orkiestry Super Djata Band de Bamako). W tym roku wyjątkowo w Sztukach i Sztuczkach przy Szpitalnej 8 odbędzie się część dzienna, czyli po prostu kiermasz płyt z małych wytwórni. Wystawi się ich ponad 30. Od elektroniki do indie rocka. Szkoda tylko, że prawie żadna nie zdecydowała się na specjalne, okolicznościowe wydawnictwa, z których słynie ten dzień.

Warto jutro (i pojutrze - w Krakowie) udać się na RSD i kupić płytę. Bo może w przyszłym roku będzie jeszcze lepiej.

Cloud Nothings - Here and Nowhere Else



Dwa lata temu w recenzji "Attack on Memory" napisałem, że Cloud Nothings są moją prywatną Nirvaną, ale pewnie będę się z tego za jakiś śmiał. No więc nie śmieję się.

"Here and Nowhere Else" to znów osiem piosenek trwających niewiele ponad pół godziny. Siedem krótkich, jedna trwa ponad siedem minut. Podobieństwa do poprzedniczki aż nazbyt widoczne. Jednak choć tak samo, jest zupełnie inaczej. Głośniej, brudniej, szybciej. Jednocześnie dojrzalej, a przecież dojrzałość zbyt często kojarzy się z wyciszeniem, ze zdjęciem nogi z gazu. Nie w tym przypadku. Dwa lata starszy Dylan Baldi nadal jest frustratem wypruwającym żyły do mikrofonu, częściej widzi pozytywy, choć muzyka zdaje się temu zaprzeczać. Pędzą cały czas na złamanie karku, jakby tego jutra miało nie być. Dojrzałość wiąże się też ze stałością, nie ma mowy o żadnej przykrej wpadce pokroju "No Sentiment" ani tak zaskakujących przeskoków, jak między "Wasted Days" a "Fall In".

Myślałem, że Steve Albini wycisnął z nich wszystko. Myliłem się. John Cogleton (który zawsze będzie mi się kojarzył z drugą płytą George Dorn Screams) przybrudził i wzmocnił brzmienie zespołu. A przecież "Attack on Memory" nagrywali w czteroosobowym składzie.We trzech robią więcej hałasu. Zmniejszenie składu wpłynęło pozytywnie na dyscyplinę. Grają precyzyjnie niczym bezduszna maszyna. Najlepiej słychać to w partiach perkusisty, Jasona Gerycza. Tylko czasami świadomie opuszczone dźwięki, delikatne przesunięcia akcentów przypominają, że nie jest cyborgiem.

W przeciwieństwie do bębniarza, Baldi nie musi udowadniać swojej emocjonalności. To już wiemy z poprzedniego albumu. Piosenki na "Here and Nowhere Else" są, jak już wspomniałem, zdecydowanie równiejsze niż wcześniej. Niewiele można wyróżnić. To znaczy, wyróżniamy wszystko, albo nic. Tej płyty nie ciągną dwie genialne piosenki z początku (jak to jest z "Attack on Memory"), ale wszystkie osiem. I to jej  największa zaleta.

"Here and Nowhere Else" ukazała się cztery dni przed dwudziestą rocznicą śmierci Kurta Cobain. Nieprzypadkowo.