Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2018. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2018. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 8 stycznia 2019

2018: teksty



Na blogu w zeszłym roku pisałem rekordowo mało, średnio jeden wpis w miesiącu, za to wszędzie indziej pisałem całkiem sporo. O wielu rzeczach, o których chciałem, nie udało mi się napisać, kilka tekstów utknęło w fazie szkiców, albo luźnych pomysłów, kilka rzeczy czeka jeszcze na publikację. Zebrało się jednak tego tyle, że w przeciwieństwie do poprzednich lat, kiedy tylko wypisywałem listę tekstów, z których byłem najbardziej zadowolony, postanowiłem pogrupować je tematycznie.

Królestwo streamingu

Dużo pisałem w zeszłym roku o nie do końca muzycznych aspektach rynku muzycznego. Tematem przewodnim były rządy cyfry - w POLITYCE kreśliłem krajobraz streamingu w przeddzień wejścia Spotify na nowojorską giełdę, rok skończyłem szerszym spojrzeniem w dwutygodniku na to, jak cyfrowa rewolucja i wszechobecne algorytmy wpływają na słuchanie muzyki i muzykę samą w sobie. Po drodze mówiłem o streamingu w Czwórce i dla POLITYKI przybliżyłem aferę związaną ze sztucznym zawyżaniem cen biletów na największe koncerty (i jaką rolę odgrywały w niej m.in. boty).

Retromania po polsku

W roku stulecia odzyskania niepodległości, trend odwoływania się do historii polskiej muzyki rozrywkowej przybrał jeszcze na sile. W dwutygodniku pisałem o czterech płytach jeszcze z 2017 roku czerpiących z muzyki przedwojnia, w Gazecie Wyborczej opisałem historię Noama Zylberberga i jego Małej Orkiestry Dancingowej, z kolei w Gazecie Magnetofonowej zrecenzowałem ich debiut oraz album Młynarski-Masecki Jazz Camerata Varsoviensis, czyli nowego wcielenia Jazz Bandu. Warszawska Orkiestra Sentymentalna wydała w zeszłym roku dwie płyty, ale o nich już nie zdążyłem napisać. Retromania Reynoldsa nie mogła wyjść po polsku w lepszym momencie.

Muzyka ludu

Piotrek Kowalczyk podsumowując rok w muzyce dla dwutygodnika, napisał o folkofobii i folkofilii, wymieniając moje dwa teksty - polemikę z felietonem prof. Hartmana i długaśny wywiad z Dorotą Murzynowską o ruchu muzyki tradycyjnej w dużych miastach. Adam Strug natomiast w równie długiej rozmowie dla Gazety Magnetofonowej opowiedział mi o swoich pasjach - muzyce polskiej, muzyce Bliskiego Wschodu, Leśmianie, ale też kondycji artysty-rzemieślnika, edukacji i współczesności.

Panie

Najlepszą polską płytę nagrały Rycerzyki, których wielką siłą jest Gosia Zielińska, jej wokal oraz jej teksty. O tym, co zainspirowało Traces opowiedziała mi Karolina Rec w (kolejnej) długiej rozmowie dla Gazety Magnetofonowej, Aleksandra Grunholz zdradziła, czemu lubi przedstawienia diabła, a dziewczyny z Drekotów rozmawiały o brzmieniu słów i dziewczyńskości. Nadal nie rozumiem fenomenu Siksy.

Panowie

Trochę rozczarowuje fakt, że w ubiegłym roku za mało mówiło się o Piotrze Kalińskim. Gdański muzyk wydał kilka fenomenalnych płyt - EP Janki, długograj Ffrancis i debiut Nanook of the North, opowiedział mi o nich na łamach Magnetofonowej. Marcin Masecki miał kolejny świetny rok - poza Fogg. Pieśniarz Warszawy wydał świetne Ragtime z Jerzym Rogiewiczem (pisałem o niej do Gazety Magnetofonowej) i porażająco piękne interpretacje polskich kolęd po arabsku z Barbara Kingą Majewską. Do tego pan Rogiewicz dołożył swoje dobre na perkusję, a pan Noon porozmawiał ze mną i o nowej płycie, Grammatiku, pracy producenta i wydawcy. Chłopaki z the Spouds podsumowali 10 lat. Nic nie pisałem o Dawidzie Podsiadło, ale bardzo podoba mi się jego płyta.

Muzyka skądinąd

Mimo że rok upłynął mi przede wszystkim na pisaniu o rodzimej muzyce, udało mi się trochę napisać o muzyce “niepolskiej”, choć często przez nasz pryzmat. Porozmawiałem z Jacques’em Greene’em przy okazji jego koncertu na OFFie, napisałem, dlaczego najnowsza płyta A Hawk and a Hacksaw jest najlepsza w ich karierze (i niedługo wreszcie opublikuję wywiad), ucieszyłem się powrotem Bombino do formy, dwukrotnie napisałem o płytach reinterpretujących lokalne tradycje. Piotr Cichocki opowiedział mi o muzyce wiejskich regionów Malawi i Tanzanii, a Kornelia Binicewicz o kobietach w muzyce tureckiej w drugiej połowie XX wieku. Wywiadem pożegnałem się z Janką Nabay. W końcu udało mi się napisać (dość zwięzły) profil Johna Darnielle'a, ale na katowicki koncert the Mountain Goats ostatecznie nie dojechałem.

Nie tylko muzyka

Z pozamuzycznych tematów - napisałem o incelach i fenomenie karcianki Magic: the Gathering do POLITYKI.

poniedziałek, 24 grudnia 2018

Z narodzenia

Zacznę od małego coming outu. A nawet dwóch. Ja naprawdę lubię kolędy. Może wynika to z tego, żę dziecięciem będąc, śpiewałem w Warszawskim Chórze Chłopięcym i Męskim przy UMFC. Między wykonywaniem Jutrzni czy Credo Pendereckiego, wyjazdów na Wratislavia Cantans, chór w okresie świątecznym zajmował się przede wszystkim koncertami kolęd. Najbardziej z tego czasu pamiętam ćwiczenia, żeby wyraźnie wymówić "którzy trzód swych strzegli" z Gdy się Chrystus rodzi, choć od tamtych dni mija właśnie 20 lat.

Jak co roku, pod koniec listopada zaczyna się wysyp świątecznych płyt. Jednych lepszych, innych gorszych, dwie wśród nich są wyjątkowe.



Za polskie kolędy - o których historii rozmawiałem dwa lata temu do "Gazety Magnetofonowej" z dr. Tomaszem Nowakiem - zabrał się duet Barbary King Majewskiej i Marcina Maseckiego. Zrobili to dokładnie tak, jak można było się tego po nich spodziewać (o Taratil ‘id al milad pisałem też już tegorocznego zimowego numeru Gazety Magnetofonowej). Oboje lubią dekonstruować, zmieniać znaczenia, robić zamachy na świętości. W tym wypadku jeden zabieg ustawia całą narrację o projekcie. Majewska śpiewa - podkreślam - polskie kolędy w arabskim dialekcie z okolic Aleppo. I już wszystko wydaje się jasne. Józef i Maria z małym Jezusem musieli uchodzić z Palestyny do Egiptu. Uciekali dokładnie tak, jak tysiące Syryjczyków uciekających z kraju targanego wojną domową trwającą już prawie osiem lat. Jednak wybór tego konkretnego dialektu ma jeszcze jedno znaczenie. Aleppo i okolice przed wybuchem walk były największym skupiskiem chrześcijan w Syrii.

Za decyzją lingwistyczną poszła decyzja muzyczna. Wielka radość zmienia się w wielki smutek. Kolędy przenieśli w skale molowe, przez co nabierają charakteru skargi. Rozwlekłe, oszczędne granie Maseckiego koresponduje z powolnie śpiewanymi frazami przez Majewską. Efekt jest po prostu porażający, bliski temu, co Majewska zaśpiewała w Warszawo ma na płycie Młynarski-Masecki Jazz Camerata Varsoviensis. Sześć kolęd, najdłuższa z nich trwa ponad dwanaście minut wypełnionych smutkiem i podskórnym gniewem na zadowoloną z siebie Europę. Pisałem to już w swojej recenzji tej płyty dla Gazety Magnetofonowej, powtórzę to i tutaj. To jedna z najważniejszych tegorocznych premier, nie tylko wśród płyt świątecznych.




Dużo lżejszy ciężar mają interpretacje kolęd Jerzego Rogiewicza, który jak cień podąża za Maseckim nie tylko grając ragtime, choć trzeba przyznać, że na pomysł grania kolęd wpadł wcześniej, bo pierwsze koncerty z tym materiałem grał już pięć lat temu. Idea Kolęd jest jednak równie karkołomna - Rogiewicz gra je na klasycznym zestawie perkusyjnym z kilkoma dodatkami w stylu dzwonków, czy cytry akordowej, a duża część materiału jest improwizowana.

Z tego powodu łatwiej kolędy rozpoznać po tytułach odnoszących się do tekstów niż po samej muzyce. Szczególnie tam, gdzie Rogiewicz nie korzysta z instrumentów melodycznych, a opiera się na samym rytmie. Dużo w tych utworach jazzowego ducha, dezynwoltury, czasem pędzenia na złamanie karku, czasem zamyślenia. To interpretacje intrygujące, wciągające i nieoczywiste. Rogiewicz, podobnie jak duet Majewska/Masecki, wyciąga kolędy z przezroczystości, zwraca na nie należytą im uwagę, to w końcu pieśni, które znają tak naprawdę wszyscy. I znów pojawia się pytania, na ile dobrze je znamy? Niby są tak bardzo wdrukowane w zbiorową świadomość, a jednak można sprawić, że staną się prawie nierozpoznawalne i tajemnicze. Tak jak tajemnicza była ta szczególna noc w Betlejem.