Pokazywanie postów oznaczonych etykietą podsumowanie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą podsumowanie. Pokaż wszystkie posty

sobota, 24 stycznia 2026

2025: podsumowanie

 

Może dlatego, że w zeszłym roku pisałem i słuchałem mniej niż latach poprzednich, a blogaska całkiem zaniedbałem, to podsumowanie wyszło mi jeszcze bardziej monstrualne niż wcześniej. To jedna – wada? zaleta? – z cech pisania dla siebie samego, bez oddechu redaktora na plecach. Można pisać, pisać i pisać. Trzeba jednak w pewnym momencie powiedzieć sobie dość.

Nowa tradycja

Dziwny to był rok dla muzyki odnoszącej się do tradycji. Przynajmniej dziwny w Polsce. Kolejny rok z rzędu wychodzą albumy z kategorii „klękajcie narody”, ale nawet w folkowej bańce nie jest o nich głośno. W mediach pojawiają się tylko w Radiowym Centrum Kultury Ludowej (disclaimer, ja też tam piszę), które i tak jest często współwydawcą tych najciekawszych oraz u Bartka Chacińskiego (ale jego blog można już nazwać medium środowiskowym). Gdzie indziej? Bardzo rzadko, w zasadzie mignęła mi tylko wzmianka Oberkas Travel w jednym z instagramowych podsumowań. Może jakimś światełkiem w tunelu będzie Paszport Polityki dla Sw@dy i Niczos, ale nie wiem. Bardzo bym chciał.

Skoro już napisałem „płyty z kategorii klękajcie narody”, to nie powinno nikogo dziwić, że moją płytą roku jest właśnie Oberkas Travel. Co tam robią Zabrodzki, Niwiński, Młynarski i Domagalski... Chciałoby się napisać polskie Altin Gun, ale byłoby to krzywdzące dla wszystkich zainteresowanych. Oberkasi z jednej strony wskrzeszają ladowy humor (począwszy od nazwy), z drugiej – traktują oberki solidną porcją kwaśnej psychodelii. Z trzeciej zachowują oberkową wirowość i transowość, ale dają jej nowe oblicze. F A N T A S T Y C Z N E granie, bardzo mi się podoba to ich stanie w rozkroku między tradycją a odpięciem wrotek. Robią to zupełnie inaczej niż mający prawie ten sam skład osobowy i bardzo podobny repertuar Tercet Imperial (ale o nich więcej w okolicach wakacji). Choć Oberkasi zachwycili mnie od samego początku, to tak naprawdę wielkość tego zespołu najłatwiej doświadczyć na żywo, bo tam na scenie dopiero pokazują, że to są cały czas szalone oberki zapraszające do tańca.

Inne, choć równie transowe oblicze oberków pokazał Mateusz Kowalski. W jego rękach zmieniają się w appalaskie ballady śpiewane na ganku, nie tracąc nic ze swej polskości. To kolejny przykład po Opli przykład na mariaż wyobrażonej, wiejskiej Ameryki z Polską. Hajda Banda! otarła się na Niepraudzivajej o prawdziwą wielkość. Pod sam koniec 2024, tak bardzo, że ja ją zaliczam już do ubiegłego roku ukazała się płyta Trancexpress, zespołu łączącego Polskę Centralną z Oksytanią. Z prawdziwków świetny album wydała Orkiestra Galicja, taneczny, pięknie brzmiący. Pod koniec roku zachwyciła inna orkiestra – Podróżniacy. Zaskakująco blisko tej orkiestrze dętej do swoich włoskich odpowiedników. Robert Piotrowicz na oberkowych rytmach stworzył muzykę wrzynającą się pod skórę.

Tak, polski folk ma się świetnie, ale ani sam nie chce tego przed sobą przyznać, a ni nie wychodzi do szerszego grona słuchaczy. A może stara się wyjść, tylko to szersze grono jest zaimpregnowane na rodzimą tradycję. Trochę, żeby pokazać, że ta muzyka nie gryzie, a wręcz przeciwnie – może być i jest świetnym tworzywem do robienia całkowicie współczesnej muzyki, dla kwartalnika ZaiKSu przygotowałem przegląd współczesnej polskiej sceny. Dobrze to rozumieją metalowcy – Furia już od dawna flirtuje z folkiem i trójkowymi, wirującymi rytmami, w zeszłym roku Ugory weszły na tę ścieżkę.

A jak z tą tradycję i jej modernizacjami, odnóżami jest gdzie indziej? O Hiszpanii i Śródziemnomorzu za chwilę, bo tam dzieje się zbyt dużo, zasługują na własną sekcję w podsumowaniu. Austriaczka Anna Buchegger od kilku lat bierze na warsztat folklor z okolic Salzburga, śpiewa w lokalnym dialekcie i robi z niego porządny alternatywny pop (mamy o niej krotki dokument w ARTE, warto się zapoznać). Sam Amidon nagrał najlepszy album od lat. Przypadkiem trafiłem na drugi album młodziutkiego serbskobośniackiego „sevdalinkarza” Igora Božanicia. A to jedne z najciekawszych interpretacji lokalnej tradycji od lat. Kasai przenosi japońskie minyo (dosłownie muzykę ludu) w świat footworku. To niełatwa rzecz, nieokrzesana, ale bardzo wynagradzająca trud. Warto się z nią zaprzyjaźnić. Po sukcesie Carry them With Us, Brìghde Chaimbeul nie poszła na kompromisy. Sunwise jest jeszcze bardziej dronowa, bardziej nieprzewidywalna, surowa jak szkocki krajobraz. Drugi raz widziałem ją na żywo w tym roku, w największym strasburskim zborze. Piękne doświadczenie.

Cesar y su Jardin też postawili na piękno, poszukali go w dźwiękach swojego rodzinnego Meksyku. Farah Kaddour i Marwan Tohme eksperymentowali z materią lewantyńską dodając do tradycyjnych struktur awangardowe, gitarowe pasaże. Po przerwie wróciło jedno z moich ulubionych muzycznych rodzeństw, bracia Mortazavi, ale niestety ani Nexus Mohammadarezy ani La Fille du soleil Alirezy nie są choć w połowie tak dobre, jak ich poprzednie albumy. Po długiej przerwie wróciła tez Noura Mint Seymali. I to powrót przynajmniej bardzo dobry. Yenbett jest bardzo psychodeliczna, przypomina Group Doueh, ale w przystępniejszej wersji. Młodziaki z Nusantara Beat nasłuchali się starych winyli z kolekcji rodziców i po serii siódemek z coverami nagrali album z własnymi kompozycjami utrzymanymi w klimatach indonezyjskiej muzyki z lat 60. i 70. - tych czasów, kiedy rock rozprzestrzeniał się po świecie i wchłaniał różne lokalne style. Kibicowałem im od początku, cieszę się, że nie zawiedli moich oczekiwań. Nie sugerujcie się okładką epki Ashkana Shafiei, to nie są nagrania terenowe z zapomnianej przez Boga i ludzi wioski w Afganistanie, a pełnokrwiste, podbite funkiem piosenki inspirowane przedrewolucyjnym irańskim i afgańskim popem. Zgadza się za to wiodąca rola rababu. Okładka drugiego albumu młodego irańskiego wirtuoza tanburu, Mohammada Mostafy Heydariana zdradza wszystko, co powinniście o nim wiedzieć.

Raphaelowi Rogińskiemu chyba nigdy nie skończy się dobra passa. Bura jest geograficznie najbardziej określona z serii płyt poświęconych poszukiwaniu duszy Europy Wschodniej, najbardziej bezpośrednio odnosi się do konkretnej tradycji. Pomaga mu w tym trio Ružicnjak Tajni złożone z serbskich specjalistek od awangardy i folkloru. Pedro Vian z Maâlemem Najibem Soudanim otula gnawę analogową elektoniką. Niby nic wielkiego, ale jak to idzie. Percy Flores jako Wayku przenosi w świat jazzu i psychodelicznego rocka peruwiańską, amazońską pandillę. Jak, dlaczego i po co – opowiedział mi w Bandcamp Daily.

Folk ze snów, tropiki z marzeń

Folk nie musi odwoływać się do konkretnej tradycji, może być synkretyczny, czerpiący z różnych źródeł, ale nie wpadający na mielizny world music. Folk może być „syntetyczny”, dostosowany do cyfrowego świata (pachnącego szarością, z papieru miłością), jak na Wynoś się z mojego domu Starej Rzeki. Nie spodziewałem się tego powrotu, ucieszył mnie bardzo. Wyraźnie słychać, że Kuba Ziołek przez tę dekadę dotarł w zupełnie nowe miejsce. Jego doświadczenie z Brutality Garden, nowym wcieleniem ALAMEDY, graniem jako Erva, słuchaniem muzyki innej niż anglosaska wpłynęły na nowe oblicze Starej Rzeki. Choć ten senny, lekko nierealny (a może po prostu surrealistyczny) klimat pozostał. Nieważne, której płyty słucham, zawsze przed oczami mam późnoletnią noc rozświetloną pełnią Księżyca. Z Kubą porozmawiałem dla „Polityki” i teraz sobie uświadomiłem, że poprzedni raz, kiedy zrobiłem z nim wywiad to rok 2010, czasy dziś prehistoryczne. A on spełniał się w Ed Wood i Tin Pan Alley. O tych dwóch zespołach i jeszcze o George Dorn Screams wtedy rozmawialiśmy. Kto o nich dziś pamięta?

Po wyobrażonej, międzykontynentalnej przestrzeni, nowej geografii, gdzie Mzuzu, Warszawa, Białystok i Dar es Salaam ze sobą sąsiadują porusza się Piotr Cichocki na Radio Zodiak Owls Are Not. Fascynujący bardzo niedoceniony (w Polsce po prostu przegapiony). Antonina Nowacka i Sophie Birch zauroczone Sokołowskiem, tym sudeckim pierwowzorem Davos nagrały album pełen harfy, zwiewności, lekkości i wokaliz. Nie tylko o Hiraeth porozmawiałem z Antoniną dla Bandcamp Daily. Dziewczyny z Kuunatic dalej tworzą swoją postapokaliptyczną mitologię opartą na japońskim folklorze, krautrocku i stonerze. Abdullah Miniawy czerpie z egipskiego (nie tylko arabskiego) i lewantyńskiego folku, łączy go ze łzawymi dźwiękami trąbki i tworzy kolejny poruszający, kipiący od emocji album m.in. z udziałem Nino de Elche. Širom – podobnie jak Rogiński – nie są zdolni do wypuszczania czegoś słabego. Każdy ich kolejny album jest niczym wycieczka w nieznane, w stronę nowych muzycznych terenów. Złożonych ze znanych elementów, ale tak wymieszanych, tak poprzestawianych, że tworzy się naprawdę – bez cienia przesady – nowa jakość. Vauruva idzie tropem wytyczonym m.in. przez starą Starą Rzekę i nową Furię. Black metal współbrzmi tu z muzyką brazylijskiej Amazonii. Shackleton dwukrotnie zajmował się muzyką Zimpla. Najpierw wyszła koncertowa wersja ich wspaniałego albumu z Siddhartą Belmannu, a pod koniec roku Brytyjczyk pokazał własną wersję 3 Saagary. Jeszcze bardziej pogłosową, udubowioną.

Polski producent Naraska po wyśnionej podróży do Ameryki Południowej wybrał się – też w świecie rzeczywistym – i przywiózł stamtąd Colours of Morocco. Dużo na tej płycie naszego polskiego Marokańczyka Ayouba Houmanny, jest gnawa, jest muzyka Berberów, są tętniące życiem metropolie – Tanger, Casablanca, Meknes, Marrakesz. Guess What, czyli 1/2 Grup Şimşek bawią się w muzyczne odtwarzanie teorii Ericha von Danikena, do swojej firmowej psychodelii dorzucają trochę egipskich i arabskich elementów. Maciek Sondij z Beluga Stone solowo wytoczył ciężkie, tropikalne działa. Charif Megarbane po raz kolejny zanurzył się w sepiowe oblicze Libanu.

Nie tylko Rosalía

To jest to miejsce w podsumowaniu, w którym porozmawiamy o Rosalíi, Lux i jej recepcji w polskich mediach. A raczej prawie kompletnego jej braku. Głośniejszy był przyjazd Katalonki do Warszawy i strzelenie sobie fotki przed barem mlecznym na Pradze. Kulminacją tego źle ukierunkowanego zainteresowania był kuriozalny wywiad z z impresariatem i członkami orkiestry występującej w teledysku do Berghain w Mint Magazine. Kuriozalny, bo padły tam pytania „czy to wy skomponowaliście partie orkiestry na album” albo „czy to was słychać w nagraniu na teledysku”. Że tez wywiadowani nie pospadali z krzeseł. Recenzji Lux widziałem dwie – w Wysokich Obcasach i Polityce. Natomiast w mediach anglo- i francuskojęzycznych (o hiszpańskich nie wspominam) Rosalía wyskakiwała z lodówki – były wywiady, analizy, dogłębne recenzje. Z większości tych tekstów bije zaskoczenie, że Katalonka porwała się na tak ambitną rzecz. A ja sobie zadaję pytanie, czy oni wszyscy pozapominali o El mal querer, opartej na XII-wiecznym poemacie, wyrastający z flamenco, ale przekraczającym je. Lux to w zasadzie jego kontynuacja. Do tego to ciągłe porównywanie Rosalíi do Bjork, które przypomina mi, że jeszcze nie tak bardzo dawno kobieta w alternatywie była albo kolejną Tori Amos, albo PJ Harvey albo Bjork właśnie. No ile można. Tym bardziej, że muzyka Katalonki wprost wyrasta z lokalnej, iberyjskiej tradycji, kontynuuje drogę wyznaczoną przez Camarona de la Islę. Do tego wpływ Rosalíi jest słyszalny w całym europejskim Śródziemnomorzu - od Portugalii po Grecję. Nie tylko czerpie z całego regionu, ale sama jest inspiracją dla innych.

Trochę o tym wszystkim pisałem w Dwutygodniku przy okazji kreślenia portretu Maríi José Llergo, jednego z najciekawszych głosów współczesnej muzyki iberyjskiej. O Raülu Refree piszę regularnie od mniej więcej siedmiu lat, ale jak nie pisać, skoro to jeden z najważniejszych producentów zajmujących się muzyką (około)tradycyjnej. Na Cru+es z Nino de Elche wspiął się na wyżyny nawet w porównaniu ze swoim własnym katalogiem. A przecież z Aidą Tarrío nagrał piękną wariację na temat katalońskiego i galicyjskiego folku jako Galia i Ovidio. Blisko na tym albumie (wydanym pierwotnie jako dwie EP) album Rodrigo Cuveasa sprzed siedmiu lat. Wszystko jest ze sobą połączone. Ana Arsuaga do baskijskich piosenek dorzuca hiszpańskie, ale nadal jest to zachwycające minimalistyczne, syntezatorowe granie.

Siedem lat młodsza od Rosalíi María Terremoto nagrała piękny surowy album wypełniony flamenco. Inna María, Peláe na El Evangelio odwołuje się do Camarona, idzie tropem świętych, sięga po disco. Amanda Mur tka swoją muzykę niczym pajęczynę z okładki, wplata w folk industrial, dużo tu pogłosu i mroku. Júlia Colom znów inspiruje się balearskim folkiem, ale tym razem pisze własne piosenki. No i zaprosiła Tarta Relena do jednej piosenki, dla tej samej współpracy warto sięgnąć po Paradís. Duet występuje też na debiucie Alosa śpiewającego po katalońsku, trochę ogniskowego, ale bardzo przyjemnego. Lina wydała w tym roku dwa albumy. Jeden bardziej eksperymentalny z Julesem Maxwellem, na którym łączą muzykę elektroniczną i post rock z fado (ale zupełnie inaczej niż robiła to z Refree). Grają dostojnie i snująco. Z balearskim pianistą wyciszoną, skromną – tylko głos i fortepian – O fado. Niby tak odmienne, a bliźniaczo do siebie podobne. Carminho, którą można usłyszeć na Lux, podobnie jak Ana Moura i Lina śmiało wykracza poza tradycyjnie pojmowane fado. La Niña wbrew pseudonimowi nie jest Hiszpanką, lecz Włoszką (pewnie powiedziałaby o sobie, że raczej Neapolitanką). Na Furèsta żeni różne południowowłoskie, stara się być im wierna, ale gdzieniegdzie doda autotune, delikatną elektroniką. Wszystko jednak kręci się wokół wokali, często chóralnych. Jedną z tych chórzystek jest Sara Gioielli, której album był jednym z pozytywnych zaskoczeń ostatnich dni 2025. Tak, tu też się wszystko kręci wokół głosu.

Piosenka jest dobra na wszystko

Chyba jeszcze bardziej niż powrót Starej Rzeki ucieszył mnie powrót sióstr Crutchfield do wspólnego grania. Do takiego indie rocka mam ciągle słabość, nie będę tego ukrywał. Do takiego, jaki gra Indigo de Souza też. Sharon Van Etten po czterdziestce bawi się w gotkę i wychodzi jej to bardzo dobrze. Wreszcie też udało mi się – po prawie 10 latach przerwy – zobaczyć ją na żywo. Derya Yıldırım & Grup Şimşek w nowym, amerykańskim są jeszcze bardziej powłóczyści, jeszcze bardziej rozmyci brzmieniowo. Σtella nagrała idealną letnią płytę, w której zasłuchiwałem się na Korfu. Fajnie, że wreszcie zaczęła też choć czasem śpiewać po grecku. Giorgio Poi wreszcie nagrał album, na którym pokazuje w pełni swój talent do pisania piosenek.

Stara znajoma, Alina Orlova (trudno mi uwierzyć, że słucham jej od 17 lat, czyli od debiutu), z regularnością godną pozazdroszczenia pisze te swoje lekko kabaretowe piosenki będące współczesną wariacją na temat litewskiej poezji śpiewanej. Aż żałuję, że ten litewski mi wyparował głowy. Frànçois & The Atlas Mountains jak zawsze stylowi. Eefje de Visser z powodzeniem wróciła do stylu wypracowanego na Nachtlicht, czyli indie popu opartego na funkowo-postpunkowym basie, plamach syntezatorów, przycinanych gitarach. Tęskniłem. Marcin Masecki raz jeszcze rzucił się w wir starych piosenek z Ameryki Łacińskiej, tym razem w większym składzie i już z całym arsenałem swoich firmowych zagrywek – rozbierania piosenek na części pierwsze, przeplatania różnych motywów, efektu zaciętej płyty. Uśmiałem się przy tym albumie. Drugi album Titanic, czyli duetu Mabe Fratti i I Catolica przynosi doskonały eksperymentalny, hałaśliwy pop. W zeszłym roku słuchałem mniej muzyki z Afryki niż zwykle, ale trzeci album Star Feminine Band polecam z całego serca. Tak jak i pożegnalną płytę Amadou & Mariam. Basia Bulat wreszcie spełniła obietnicą złożoną jeszcze na Green Zoo w 2010 i nagrała pierwszą piosenkę choć trochę po polsku. Z dwóch albumów Lou-Adriane Cassidy wybieram zdecydowanie Triste animal.

W lutym napisałem do Dwutygodnika pochwalną recenzję Iskier Mateusza Franczaka, który wreszcie poszedł na 100% w piosenki. A w grudniu zobaczyłem jego wpis na buniu, że mimo pozytywnych recenzji w prasie, mało kto się tym albumem zainteresował. I to chyba najlepiej oddaje (brak) wpływ(u) krytyki na słuchaczy. A przecież 2T to nie żaden niszowy blogasek czy newsletter, to jedno z największych (o ile nie największe) medium kulturalne w tym kraju.

Trzeci solowy album Yasmine Hamdan po prostu rozdziera serce.

Szumy, spacery, syntezatory

Maciek Polak nie tylko naprawia stare syntezatory, ale też na nich gra. Skromnie mówi, że to zwykle wprawki, ale nie dajcie mu się zwieść. 1977 to album pełen pięknych miniaturek, do których chce się wracać. Wspólny album Patricka Shiroishiego i Piotra Kurka jest niczym spacer po wyludnionym, zimowym mieście. Promenades Felicii Atkinson już samym swoim tytułem odwołuje się do chodzenia i jest to najpiękniejszy muzyczny spacer zeszłego roku. Mieszkająca w Norwegii Szwedka Levina Storåkern drony i nagrania terenowe łączy z przeszywającym skandynawskim folkiem. Earth Sounds Now, międzynarodowy skład, supergrupa właściwie, pod wodzą Nicolasa Jaara porusza się między nagraniami terenowymi, spoken word, ambientem, jazzem.

Pełen złości, przygnębienia i nadziei album nagrał już na wychodźstwie w Holandii Saba Alizadeh. Inspirowany protestami z 2022 roku, zyskał na aktualności pod sam koniec 2025, prawie rok od premiery. Siavash Amini – jak zawsze – wypuścił muzykę duszną i opresyjną niczym atmosfera w Iranie.

Jazz i groove

Znowu nie słuchałem za dużo jazzu z płyt, ale napisałem wszystkie teksty do katalogu 23. Jazzowej Jesieni i pojechałem do Bielska na festiwal. Tam największe wrażenie zrobiło na mnie trio Craiga Taborna z Tomeką Reid i Chesem Smithem (ich wyczekany album ukazał się już na początku 2026) i koncert tria Marcina Wasilewskiego z Joem Lovano i Tomaszem Dąbrowskim poświęcony muzyce Tomasza Stańko. Na lubelskich Kodach z kolei zachwycili Ghosted swoim ciężkim groove’em zanurzeniem w transie. Taki jest też ich trzeci album. Yazz Ahmed tak gra na trąbce i tak zręcznie łączy jazz z muzyką arabską, że ja nie mam pytań. Lepszej jazzowej rzeczy nie słyszałem w tym roku, ale przyznaję, że nie załapałem się na hajp nowych albumów Ciśnienia, Nene Heroine i Niechęci. Obiecują poprawę w przyszłości.

Rozmawiajmy o muzyce

W podsumowaniu 2023 narzekałem na stan czytelnictwa, w tym – jak widzieliście – zżymam się na media. To wszystko dlatego, że mi zależy. Zależy mi na poważnej dyskusji o muzyce, zależy mi na wymianie opinii. Zależy mi na tym, żeby nie zalała nas do szczętu muzyka tworzona przez AI. Chciałbym, żebyśmy słuchali więcej muzyki nie po angielsku, nie z Ameryki i Wielkiej Brytanii, żeby Rosalía i Bad Bunny nie byli pojedynczymi fenomenami, ale zapowiedziami nowego. Żebyśmy wreszcie docenili to, co mamy pod nosem. Czytajcie tych, którzy mają coś do powiedzenia.

W mediach społecznościowych każdy gra na siebie, coraz rzadziej można znaleźć polecajki cudzych tekstów. Przyznaję, że nigdy tego nie rozumiałem, a po ostatnich rozmowach z Łukaszem doszedłem do wniosku, że choć pewnie nie uda się stworzyć jednego wielkiego niezalowego medium, ale chociaż polecajmy się nawzajem. Czytajcie nie tylko Bartka i Jarka, ale Piotrka, Kubę, Ulę, Jacka, Maćka, słuchajcie Krzyśka i Agaty. A jeśli o kimś zapomniałem, to bardzo przepraszam. Czytajcie i dawajcie znać, że czytacie – rozmawiajmy wspólnie o muzyce.

niedziela, 2 lutego 2025

2024 - podsumowanie

Mniej pisałem, mniej słuchałem, ale coś udało się z tego roku wygrzebać.

Ku korzeniom do końca świata

Wreszcie przeczytałem Oberki do końca świata Wita Szostaka. Późno, wiem, ale chyba nie za późno. Nie wiem, czy kiedyś bym ją tak docenił. Poruszyła mnie do głębi ta powieść, zarezonowała z tym, co noszę w sobie od pewnego czasu - z przemożnym poczuciem straty, odejściem kultury wiejskiej, z której zniknięciem wymazuje się część tożsamości. Nie jestem chyba też tak pesymistyczny, jak autor. Może i ten świat rozpłynął się w przeszłości, nie ma do niego powrotu, ale to nie znaczy, że jego powidoki do nas nie docierają. Muzyka wsi ciągle jest obecna.

Zbiegła się ta lektura z uważniejszym niż zwykle przysłuchiwaniem się temu, co w polskiej muzyce czerpiącej z tradycji się działo. A działo się dużo i dobrze. Mam wrażenie, że jeszcze lepiej i ciekawiej niż w poprzednich latach. Czy to efekt Chłopów? Pewnie nie do końca, ale jeszcze nie tak dawno narzekaliśmy na popandemiczne ugettowienie muzyki folkowej, a tu coraz więcej artystów sięga do muzyki wsi. Oczywiście, niektórzy robią to od dawna, jak Radical Polish Ansambl, których nierozpoznana wieś jest muzycznym odbiciem Oberków Szostaka. Wirująca, żałobna, pełna buzujących emocji i obrazów wsi ginących we mgle. A jeśli już mowa o zamglonych krajobrazach, Raphael Rogiński (który jeszcze tu się pojawi) wrócił do regularnego, intensywnego wydawania albumów. A co jeden to lepszy. Jak mu się udało po fenomenalnym Talan nagrać magiczniejszy Žaltys, wie tylko on sam. Znów wybrał się na poszukiwanie korzeni, ale tych bliższych, nie rzuca sieci tak szeroko, skupia się na polsko-litewskim pograniczu, Suwalszczyźnie, jeziorach, z których wieczorami spływają mgły. Zostańmy na chwilę przy wirtuozach takich jak Raphael, niepopisujących się bez potrzeby, snujących opowieści, a nie szpanujący umiejętnościami. Farah Kaddour z libańskiego zespołu SANAM nagrała piękny i surowy album na buzuq, rzecz niebywała w świecie arabskim. Driss El Maloumi, choć nie musiał, znów pokazał, tym razem na tle całej orkiestry, że nie ma sobie równych w grze na oudzie. Ali Doğan Gönültaş w głosie i tamburze zawarł smutek i piękno Wschodniej Anatolii, tureckiego Kurdystanu. Album Qaisa Essara przypomina mi z kolei jedną z moich ukochanych płyt, Behind the Seas Fareda Shafinury’ego. Jest podobnie nostalgiczna, pełna światła zachodzącego słońca rozświetlającego czerwienią poszarpane szczyty, lecz bardziej klasyczna. No i afgańska, a nie irańska, z rababem w roli głównej.

Lumpeks, zespół osobowo bardziej francuski niż polski wybrał się do środkowej Polski, naszej lokalnej Owernii pozbierać melodie i teksty. Gdy zmieszał je z własnymi jazzowymi odlotami i ciągotami do destrukcji, wyciągania na wierzch szkieletu, efekt był niczym nieheblowana deska. Podobnie wywrotowo wielkopolski folklor potraktowały Tuleje. Kontrabas, perkusja, głos - tyle im wystarczyło, by ucieleśnić miejski zgiełk, w którym gdzieś pod spodem buzują wiejskie, wstydliwe korzenie mieszkańców. Piotrowi Gwaderze nie wystarczyło śledzenie i imaginowanie brzmienia wiejskich perkusistów, gdyby mieli dostęp do wczesnych syntezatorów, ale przede wszystkim zajął się innym wyobrażonym światem. Otóż zadaje sobie pytanie (na które szukał też odpowiedzi Jan Młynarski w Polu), czy oberki i polska muzyka ludowa nie zainspirowały footworku. Nie ma przypadków, są tylko znaki, a trójkowy, przypominający “krzywe koło” rytm jest podstawą i oberków i footworku (o czym mówił mi bardzo dawno temu Hubert Zemler), do tego intensywność podobna. Żeni więc Gwadera sample z polskich zespołów ludowych z Chicago z footworkiem właśnie. I wychodzą z tego takie rzeczy, że klękajcie narody. Takich alternatywnych historii chcę słuchać, takie “unowocześnianie” tradycji lubię najbardziej. WoWaKin też pobawili się oberkami, ale w zupełnie inny sposób, zapraszając do współpracy Piotra Zabrodzkiego, który dodał iście ladową dezynwolturę. Pod sam koniec roku zachwyciła mnie Donja Jeka, zbierająca pieśni o słońcu z dawnej Jugosławii i Polski i zmieniająca je w pełne dronów rytuały. Pod koniec roku cała muziarska Polska zachwyciła się wspólnym albumem Sw@dy i Niczos i bardzo dobrze, ale przecież to nie najlepsze rzeczy, które wychodzą spod ręki Podlasianki.

Jeszcze więcej dobrego niż zwykle działo się na tegorocznej Nowej Tradycji, najlepszej edycji tego konkursu od lat, ale na płytowe efekty trzeba będzie poczekać. 

Piąta strona świata


Rok zaczął się od wybornego albumu Hizbut Jamm, międzykulturowego zespołu Raphaela Rogińskiego i Madaou Ba. Krautrock, senegalska psychodelia, niepowtarzalna gra na gitarze Raphaela. Wszystko się tu zgadza. Wacław Zimpel wreszcie skończył trzeci album Saagary, mniej klubowy od poprzedniczki, mniej jazzowy od debiutu. I jak mi mówił jeszcze w 2023 roku, najlepiej łączące organiczne z syntetycznym. Brutality Garden kontynuuje tworzenie piątej strony świata, momentami bardzo plastikowej, ale bardzo żywej. Czerpią zewsząd, od muzyki brazylijskiej, angolskiej, przez gqom, po gamelan i house. Każda jedna wydana przez nich pozycja - Erva, Alameda, Monike, Maciej Maciągowski - to rzeczy przynajmniej bardzo dobre.

Po ekstremach, tym razem metalowych, porusza się Martin Kanja, niegdyś wokalista Dumy. Wszystko rytmowi podporządkowują Nidia i Valentina. Nico Jaar najpierw na bazie radiowych archiwów stworzył monumentalną dźwiękową sztukę, a potem wykroił z niej fragmenty, które można śmiało stawiać obok jego najlepszych dzieł. Piękne melodie przenikają się z tymi jego ulubionymi efektami i strukturami - pękającego szkła, przelewającej się wody. Jaar znów odwołuje się do swoich chilijskiego pochodzenia, album to do pewnego stopnia historia prawicowej dyktatury Pinocheta. Do korzeni sięga też Lara Sarkissian, w której debiucie odbija się tragiczna i krwawa historia Ormian, z rzezią z 1915 roku i przegraną wojną o Karabach w centrum. Kamilya Jubran od prawie ćwierć wieku na emigracji w Europie nie zapomniała o tragedii swojej okupowanej ojczyzny, Palestyny. Jej muzyka nie straciła nic ze swego zaangażowanego charakteru, choć wyraża się on dziś w coraz większej radykalności dźwiękowej. Tak, jak w przypadku Yoqal nagranego z Sarą Murcią.

Osobistą historię z pomocą archiwalnych nagrań śpiewanych wiadomości maltańskich emigrantów do rodzin na wyspie opowiada James Vella. Saru l-Qamar to tak przejmujący album mieszczący się gdzieś między post-rockiem, folkiem a elektroniką, że nie tylko o nim napisałem, ale też porozmawiałem z Jamesem. Dziewczyny z Tarta Relena do pieśni zebranych z całego basenu Morza Śródziemnego dodały tym razem więcej elektronicznych ozdobników, ale nie z tego powodu Es pregunta to album bardziej bezpośredni, mniej tajemniczy. Niczos z Antoniną Car zatopiły podlaską mowę w post-klasyce i delikatnej elektronice. Trochę w Toni słychać echa debiutu Resiny. Marion Cousin po dwóch albumach z reinterpretacjami muzyki hiszpańskiej przenosi się na drugą stronę półwyspu Iberyjskiego i zabiera się wespół z Eloise Denezes za wiejską Portugalię. Mamman Sani i Tropical Camel syntezatorowe wycieczki tego pierwszego zanurzyli w dubowych pogłosach. Amaka Jaji do tuareskich gitar dorzucił sufickie flety i soul, zauroczyła mnie ta płyta. Jakby wrócił Mdou Moctar z czasów, gdy chciał być Prince’em Sahary.

Wykwintne progresje akordów

Biję się w piersi, bo kiedy dostałem do odsłuchu Wschód Zachód, umknęła mi gdzieś w zalewie nieprzeczytanych maili. A gdybym poświęcił jej trochę czasu, moja polska dyszka wysłana do Wyborczej wyglądałaby inaczej. Król Słońce wziął mnie z zaskoczenia swoimi piosenkami dopiero na początku tego roku (właśnie dlatego nie robię podsumowań przed końcem roku), gdy szykowałem się do Thin Man Festivalu. Jakie to są piosenki, mówię wam. Z jednej strony harmonie jak u Skaldów, progowe ciągoty, wciskanie kilku piosenek w jedną, disco, echa chillwave’u i drugiego albumu Toro y Moi, wieczne lato, opary psychodelii, ładniejsza Tame Impala… Mój zdecydowany faworyt to Ostatnia Szansa, miotająca się między neurotycznością a błogością. Nic dziwnego, że trafili pod skrzydła Thin Mana, to miejsce dla najlepszych lokalnych niezalowców. 

Gdyby Bon Enfant urodzili się nad Wisłą, a nie gdzieś w zmrożonej Kanadzie, też by się tam wydawali. Demande speciale to ich trzeci album, o poprzednim wspominałem w podsumowaniu 2021. Cały czas siedzą w latach 70, ale teraz dodają postpunkowego nerwu. Francuzi z Keep Dancing Inc śpiewają po angielsku, ale wychodzi im to zupełnie dobrze. Skojarzenia z Phoenix przychodzą naturalnie, jednak zespół sięga szerzej - kondensują indie rock sprzed półtorej dekady od Brooklynu po scenę montrealską. Złapali mnie nie tylko na ładne piosenki, na nostalgię również. Vampire Weekend nagrali jedną z najlepszych płyt roku. Chyba już się odnaleźli po odejściu Rostama i po jednorazowej, z perspektywy czasu średnio udanej, wycieczce w stronę kalifornijskich brzmień, wrócili do Nowego Jorku i ponownie oddali hołd swojemu miastu. To album - przyzwyczaili nas do tego - pełen znaczeń i odniesień, a przy tym od pierwszej do ostatniej minuty wypełniony doskonałymi piosenkami.

Najwykwintniejszą Brazylię dostarczyła w zeszłym roku Bydgoszcz w postaci debiutu Jantaru. Kuba Ziołek nagrał piosenki godne gigantów MPB. Oxford Drama przyzwyczaili do solidności, a ja ciągle czekam, aż wypłyną na szersze wody. Należy im się. Po latach wrócił Tomek Makowiecki ze swoim nalepszym i najdojrzalszym albumem.

Wokół gitary

Ze światem pożegnali się Japandroids. Zupełnie na ten album nie czekałem, oni chyba też nie. To godne pożegnanie. Z zespołem i młodością, moją też, więc podszedłem do tej płyty bardzo uczuciowo. MJ Lenderman postanowił zostać Neilem Youngiem, Jeffem Tweedym i Willem Toledo na raz. I mu to wyszło. Fucked Up wydali ze trzy albumy, dwa średnie, jeden bardzo dobry. Friko to z jednej strony grupa rekonstrukcyjna pitchfork-core’u z okolic 2008 roku - słychać u nich wczesne Arcade Fire, Broken Social Scene, Sunset Rubdown - a z drugiej przez sporą część roku często wracałem do ich debiutu. Coraz częściej łapie mnie nostalgia. 

Mdou Moctar kontynuuje swoją antykolonialną krucjatę najmocniejszym, najgłośniejszym albumem w dyskografii. Po piętach intensywnością depczą mu Etran de l’Air, których koncert w Pardon, To Tu wycisnął ze mnie siódme poty. Lair wjechali na pełnej psychodelii, w którą wpletli elementy muzyki indonezyjskiej i mikrotony. Kit Sebastian wreszcie nagrali świetny album od samego początku do końca, idealnie wymierzając proporcje między Turcją, Brytanią, a vintage’ową Francją. Ederlezi, choć nazwa wskazywałaby na coś innego, z tego równania ucięli Turcję, ale ich debiut wchodzi bezboleśnie i chce się do niego wracać. Niestrudzony Antonis Antoniou skrzyknął kolejną ekipę, Buzz’ Ayaz, z którymi gra muzykę pancypryjską, sięgającą po Grecję i Turcję, ale też dalej - Lewant, Egipt, Maroko, Indie, a jako jedną z największych inspiracji wymienia Morphine. Hiszpanie z Mohama Saz idą dość podobnym tropem, ale są bardziej krautrockowo motoryczni. Jarzmo zarzekają się, że do nagrania Antropocenu nie użyli ani jednej gitary, ale połączyli polski folk ze stonerkami, nawet trochę doomu się tam znajdzie. Nic dziwnego, w końcu są z Krakowa. 

Spod Wawelu wyleźli też Kirszenbaum, do których mam niewytłumaczalną słabość, choć ich podkręcona narkotykami poezja i teatralna ekspresja powinna mnie odstraszyć. Polski Piach szukał anomalii. Tidiane Thiam przyniósł piękne melodie znad Senegalu. Słoneczne, błogie, słodkie, kolorowe. Pełna kolorów jest też Picaros Javvy, ale to inny ciężar gatunkowy. Dużo w ich graniu kombinowania (na coś przydaje im się dwóch perkusistów), nerwu i buntu. Kwintesencja tropikalnego punku. Prosto z Polski. A jeśli chcecie magika gitary, to Rəhman Məmmədli poleca się mocno. Mauro Durante i Justin Adams znów się spotkali, żeby posnuć te swoje angielsko-apulijsko-afrykańskie opowieści, które najlepiej sprawdzają się w pełnym słońcu.

Nadal trudno mi uwierzyć, że Steve Albini nie nagra już żadnego albumu.

Dziewczyny do przodu


Gdy Beyonce wchodziła z przytupem do mainstreamowego country, na tronie alternatywy rozsiadła się Kati Crutchfield. Tiger’s Blood to jej najlepszy album - wiem, przy każdym tak piszę, ale tym razem musicie mi uwierzyćOswoiła się z powrotem do country, pozwala sobie na coraz więcej, w piosenkach słychać swobodę, nostalgię, pogodzenie. Są tu bezkresne prerie z rzadka tylko poprzecinane nitkami autostrad, są małe miasteczka Głębokiego Południa, osiedla przyczep kempingowych, lepkie powietrze Alabamy. Jest gitara pedal steel, jest banjo, jest ten youngowski duch po prostu. Do country’owych korzeni wraca też Hurray for the Riff Raff, które zamieniło Nowy Jork na Teksas. Les hay Babies wypełniają lukę po Canailles - grają zadziorne, trochę pijackie country po francusku. Madi Diaz poszła śladami Julie Byrne, ale mniej tu tragizmu, tylko złamane serce. Myriam Gendron jak poprzednio sięgnęła po poezję i własne teksty, śpiewa trochę po angielsku, trochę po francusku. Czasem tylko gra na gitarze. I to wystarczy. St. Vincent też śpiewała w dwóch językach w zeszłym roku, a mnie się bardziej podobało, gdy robiła to po hiszpańsku. Clara Luciani trochę gorzej niż zwykle, ale to nadal bardzo dobre smutne disco.

Nikt tak pięknie nie śpiewa o nocy i pijaństwie, zagubionej miłości i stracie, jak Arooj Aftab, ale to powinniście już wiedzieć, bo powtarzam to od 2021 roku. Taka artystka zdarza się raz na pokolenie. Balansująca między światami, zmysłowa, tajemnicza na scenie i roztaczająca wizerunek prawdziwej ikony. Pakistańska Um Kulthum? Nie, chyba to na razie słowa na wyrost, mimo podobnego upodobania do ciemnych okularów. Night Reign przechyla szalę w stronę przystępnego jazzu, piosenki nabierają zwartej formy, daleko tu do rozciągniętych dźwiękowych plam Love in Exile. Mabe Fratti idzie z kolei w stronę (nie tylko) emocjonalnego ciężaru. Debiut Zseli zaczyna się tak, że po prostu miękną nogi. Jej głos owija piosenki niczym aksamit, jest ciemny i zmysłowy. Trudno przebić taki początek jak Lily of the Night, ale jej się udaje utrzymać uwagę do końca albumu. Dobrze, że Ganavya wydała w ubiegłym roku dwa albumy, bo Daughter of a Temple jest o dwie długości lepsza od Like the Sky I've Been Too Quiet. Melike Şahin wreszcie, po serii smakowitych singli, gościnnych występach i średnio udanym debiucie, dorosła do swojego potencjału. Akkor to nocny Stambuł, rejsy promem po Bosforze, spacery w szarości poranka po moście nad Złotym Rogiem, przebijające niebo wieżowce, minarety i wieża Galaty. Paulina idzie dalej w te swoje przestylizowane elektro manele, ale ja to kupuję. Jessica Pratt to kolejna podróżniczka w czasie - jest jednocześnie Francoise Hardy i Mariane Faithfull. Zoya Zafar jest z nich wszystkich chyba najsmutniejsza, a Daga Voladora uśmiecha się przez łzy.

Szumy, trzaski, plamy

Bardziej plamy dźwiękowe niż wszystko inne można usłyszeć na Sylphine Soporifera Antoniny Nowackiej. Po albumach a capella, Nowacka rzuca się w new age, ale taki zupełnie niekiczowaty (a to bardzo trudne). To trochę wymyślony, kosmiczny w folk w duchu Craiga Leona, trochę anielskie wokalizy. Julian Sartorius gra na wszystkim, co napotyka podczas swoich wędrówek po szwajcarskich Alpach, a Felicię Atkinson fascynują nie tylko dźwięki gór lodowych, ale po prostu wszystko, każdy, nawet najmniejszy, najbardziej niepozorny dźwięk. Rafał Iwański i Wojciech Zięba jako Voices of the Cosmos nasłuchują galaktyk, pulsarów i zórz. Craig Whitby i MINING muzyki szukają w danych pogodowych. Arushi Jain znów przenosi indyjskie ragi w świat syntezatorów modularnych. Dawno Temu zatrzymuje czas.

Jazz, dwa, trzy


O jazzie króciutko, bo w zeszłym roku było go w moich głośnikach mniej. Astigmatic Records kontynuują swój tryumfalny pochód. EABS reinterpretujący legendarny album Stańki i grzybowe Błoto mnie zachwyciły. Jaubi, bardziej klasyczni, bliżsi modalnemu jazzowi, trochę mniej, ale to nadal bardzo solidna płyta. Nala Sinephro porwała najmocniej, choć jej album jest z gatunku tych niepozornych.


sobota, 13 stycznia 2024

2023: podsumowanie


Kolejny rok, który zleciał nie wiadomo, kiedy. Na szczęście znalazłem chwilę, by się zastanowić, jakie było te 12 miesięcy. Przesłuchałem ponad 400 płyt z 2023 roku, w topie znalazło się ponad 60. Napisałem trochę mniej tekstów niż obiecałem (przepraszam wszystkich, którym nie dowiozłem), ale i tak było dość intensywnie i sporo po angielsku, pootwierały się nowe drzwi. Dość już o mnie. Dobry to był rok dla muzyki, dla Taylor Swift jeszcze lepszy, ale nie będę o niej tutaj pisał, bo przecież wszyscy wiecie, co u niej. Dla artystów, szczególnie tych mniejszych, już nie tak dobry. Dla pisania o muzyce… a też sami wiecie.

Starałem się te 365 dni jakoś ułożyć, o niczym nie zapomnieć, ale pewnie się nie udało.

poniedziałek, 11 stycznia 2021

2020: podsumowanie



Jaki był ten 2020 rok – wszyscy wiemy, nie ma się co rozpisywać. Zamknięty przez większość roku w domu słuchałem jeszcze więcej muzyki niż w 2019 i to chyba jedyna zaleta tego pandemicznego roku, który na szczęście już się skończył. A skoro się skończył, to czas na podsumowanie.

Dwa, trzy, cztery, pięć

Najlepiej ten rok udało się opisać Nicolasowi Jaarowi. Każda z jego trzech tegorocznych płyt prawie na bieżąco komentowała (nie tylko) pandemiczną rzeczywistość. Od 2017-2019 Against All Logic w styczniu przez marcowe Cenizas po lipcowe opus magnum, Telas. Choć powstawały prawie jednocześnie, na przestrzeni kilku ostatnich lat, to nie mogły ukazać się w lepszym momencie i lepszej kolejności. Wyzwolone z piosenkowej formy Telas, wielowątkowe, futurystyczne i archaiczne, tradycyjne i eksperymentalne to nie tylko jego najlepsza płyta, ale tez najlepsze podsumowanie tego roku, w którym nic nie było pewne.

Nie tylko Jaar w 2020 wydał więcej niż jeden album. Aż cztery – Wacław Zimpel. O pierwszym z nich pisałem na początku roku w Dwutygodniku. Dwie natomiast nagrała Taylor Swift, bo plany na trasy koncertowe w ubiegłym roku wszystkim spektakularnie się posypały. O ile Folklore to miłe odświeżenie jej stylu, ale nie tak odważne, jak chcieliby niektórzy (bo przecież to indie folk rodem ze Starbucksa), to Evermore jest zupełnie niepotrzebne i po prostu nudne.

Koncerty przychodzą do człowieka

No właśnie, koncertów w 2020 nie było. Mnie udało się pójść na jeden – dzień przed Walentynkami w Brukseli zobaczyłem Carly Rae Jepsen. A zaraz potem koncerty na stałe przeniosły się do internetu. Było ich tyle, ze już w marcu czułem się nimi przytłoczony, czego dawałem świadectwo w Dwutygodniku. Regularnie za to oglądałem partyzanckie relacje z berlińskiego gniazdka Marcina Maseckiego – od kompozytorów z XVIII wieku po wczesną muzykę rozrywkową., ale już jego profesjonalne nagrania w przestrzeniach Pałacu Kultury nie przekonały mnie. Artystom do mieszkań zaglądałem również podczas hiszpańskiego Cuarentena Fest i odkryłem dwójkę, która towarzyszyła mi przez całą wiosnę – Calizę i Evripidisa Sabatisa. Pod koniec roku zmierzyłem się z ogromem festiwalu Nyege Nyege – w planach mieli i przejmowanie lokalnej telewizji, sety z Berlina i Kairu, koncerty na brzegu Nilu, miast, targów, do tego minidokumenty przedstawiające lokalne wschodnioafrykańskie style i sceny. Uganda nigdy nie była (i nie będzie) tak blisko.

Jedni artyści w pandemii nagrywali, inni przygotowywali płyty koncertowe, by dać chociaż taką namiastkę występów na żywo. Japandroids cofnęli się do koncertu w jednej z najważniejszych kanadyjskich sal, Arctic Monkeys – brytyjskich ze swoich ostatnich tras. Dlatego Massey Fucking Hall porywa, a Live at the Royal Albert Hall nudzi okrutnie. Bombino wypuścił zapis koncertu w Amsterdamie z listopada 2019 i co ja mogę napisać, gdy nie boli go ząb – jak na Globaltice – gra jak nikt inny, o taki gitarowy blask walczyłem. Juana Molina jeszcze w marcu 2020 zagrała na meksykańskim festiwaluNRML i tenże koncert ukazał się latem w Crammed Discs.

Bezkonkurencyjny w zeszłorocznych płytach koncertowych i pod każdym innym względem był libański duet Praed, który nakładem berlińskiej oficyny Morphine Records wydał potrójny album Live in Sharjah, zapis specjalnego występu w kulturalnej stolicy Zjednoczonych Emiratów Arabskich. Rozrośli się do 13 osób i jako Praed Orchestra zreinterpretowali własną twórczość (będącą z kolei autorskim podejściem do egipskiego shaabi). 100 minut muzyki, najlepszy wstęp do arabskiej alternatywy. Troszkę więcej pisałem o niej w podsumowaniu dla RCKL, a Kuba Knera w tym samym miejscu jeszcze więcej i zgadzam się z każdym jego słowem. Live in Sharjah to idealne zwieńczenie roku, w którym to koncerty przychodziły do domu.

Modernizacje

Tak nazywa się seria wydawnicza 1000Hz, którą w styczniu zapoczątkowały kompilacje Dubin i Katawa Singers, wykonawców, którzy bardzo lokalną muzykę wprowadzali w nowoczesność. O tych pierwszych napisałem spory tekst dla Czasu Kultury, o tych drugich mówiłem w audycji. Nie tylko z tego powodu moją osobowością roku w podsumowaniu RCKL obwołałem Piotra Cichockiego z tej inicjatywy – to po prostu był rok 1000Hz, każda nowa pozycja była strzałem w środek tarczy. Czy były to wymykające się wszelakim klasyfikacjom piosenki WILD/LIFE i Andy'ego One czy bardzo surowe, wręcz etnograficzne nagrania vimbuzy grupy Doctor Kanuski i Kukayi.

W tym samym obszarze – między tradycją a nowoczesnością – od lat porusza się Raul Refree, który na początku roku razem z Liną wydał niezwykle interesujące i obrazoburcze interpretacje fado Amalii Rodrigues, a w marcu ukazał się wyprodukowany przez niego trzeci album Cocanhi, (wtedy jeszcze) tria wskrzeszającego i modernizującego oksytańskie polifoniczne piosenki. Do tego jeszcze nagrał wspólny album z Lee Ranaldo, wyprodukował kilka piosenek na nominowany do Grammy album Ricky'ego Martina, ładną i ciekawą EP Anaju i wreszcie wrócił do współpracy z La M.O.D.A., herosami hiszpańskiej alternatywy spoglądającej z czułością na tradycję. Nieprzypadkowo to od niego zacząłem swój tekst o flamenco heterodoxo towarzyszący pracom Raula Cantizano i duetu Voluble dla Instytutu Cervantesa.

Wiem, że się powtarzam, ale nie ma dla mnie od kilku lat ważniejszego nurtu niż modernizowanie, nadawanie tradycji nowych kontekstów i wykorzystywania jej do tworzenia całkowicie współczesnych, autonomicznych wypowiedzi. Często bywa tak, że muzycy zmierzają do niej okrężną drogą, jak Jrpjej, którzy do muzyki czerkieskiej trafili z niezalu, eksperymentów i punka. Kapela ze Wsi Warszawa zabrała się za muzykę Urzecza, mikroregionu, który wdzierał się w Warszawę wzdłuż brzegów Wisły. Z wodą związana jest trzecia płyta Sutari. Z dziedzictwem (i brzemieniem) własnej prababki zmierzyła się Siti Muharam, a jej podbity jazzem i delikatną elektroniką taarab to jedno z najbardziej pozytywnych zaskoczeń minionego roku. Zaskoczeniem nie było, że Meridian Brothers zaskoczyli i tym razem zabawili się cumbią w iście zappowski sposób. Nihiloxica ponownie fascynująco ożenili elektronikę z korzennymi, szamanistycznymi rytmami z Afryki Wschodniej, a Groupe RTD w wielkim stylu przypomnieli jedno z moich ukochanych zjawisk –afrykańskie orkiestry rządowe, w tym wypadku państwowego radia i telewizji w Dżibuti. Marion Cousin po raz drugi zabrała się za muzykę hiszpańską – tym razem z Estremadury z towarzyszeniem eksperymentalnego duetu Kaumwald. Bardzo klasyczne interpretacje klasycznej muzyki perskiej (ale też nie do końca, bo w składzie mają violę da gamba), które trafiły na Persienne d'Iran żeńskiego kwintetu Atine był moim odkryciem końcówki roku. Evritki Zygia muzykę Tracji wzbogaca o syntezatory i robi to w bardzo psychodeliczny sposób.

W stronę słońca

Pierwsze zamkniecie spędziłem między innymi z czwartą płytą balearskiego zespołu Da Souza – idealnie wakacyjnym indie popem, skrzącym się barwami i językami wybrzeży Morza Śródziemnego. Dalej wybrali się autorzy mojej polskiej płyty roku, Tropical Soldiers in Paradise, którzy zahaczyli o Karaiby, Afrykę Zachodnią, Brazylię, a wszystko zespolili lepkim jak guma nadwiślańskim lipcem. Na brazylijską plażę skąpaną syntezatorowym słońcem wybrał się Kuba Ziołek, w tym samym kierunku, trochę bardziej na północ skierowała się Clea Vincent. Z zimnej Szwecji pod metaforyczne palmy wybrał się Daniel Ogren. W prawdziwe tropiki z Nowego Jorku wybrali się Asa Tone i na Jawie ożenili gamelan z ambientem i minimalem (wiadomo, że nie pierwsi zresztą), a to połączenie okazało się wcale nie takie tymczasowe, jak sugeruje tytuł. Songhoy Blues pokazali, że serce rocka bije na spalonym słońcem Sahelu.

Spojrzenie z przeszłości

Jak co roku dużo dobra działo się w reedycjach i archiwaliach. Żałuję, że nie napisałem nic o Dotyku Renaty Lewandowskiej, wydanym (bo przecież nie przypomnianym, to premiera, choć nagrania mają ponad 40 lat) przez Astigmatic Records i The Very Polish Cut Outs. Pocieszam się tym, ze bardzo ładnie zrobiłto Paweł Klimczak dla Dwutygodnika. Bongo Joe przypomnieli postać kaukaskiego króla gitary, Rustema Quliyeva oraz Pedro Limę, legendę z Sao Tome. Jednym z moich odkryć roku jest izraelski szał na muzykę grecką sprzed pół wieku i przypomniany przez Fortuna Records album Koko, marokańskiego żyda, który postanowił nauczyć się śpiewać i grać po grecku. Zostańmy na chwilę na Bliskim Wschodzie – francuska oficyna WeWantSounds regularnie wznawia arabskie klasyki – w zeszłym roku Marifti Feek Fairuz i Oriental Music egipskiego magika syntezatorów Omara El Sherei. Inni moi ulubieni archiwiści, londyńczycy z Death Is Not the End wygrzebali w 2020 fińskie robotnicze pieśni z Nowego Jorku oraz absolutniegenialną czwórkę Aziza Baloucha – postaci, która zasługuje na własny film. Teoretyk i praktyk flamenco z Sinhu w dzisiejszym Pakistanie, swoje dorosłe życie spędził między Gibraltarem a Londynem, a jego zachwycali się wszyscy. Rok 2020 przyniósł też reedycję Знаєш як? Розкажи Svitlany Nianio i Oleksandra Jurczenki, avantfolkowej perełki z Ukrainy, bliskiej naszemu Księżycowi. Nie mogę również nie wspomnieć o Aichy Maalema Mahmouda Ghanii. Ten pięknie surowy i transowy album przypomniała oficyna Hive Mind. Nie przegapcie go.

Girls to the Front

Przez dobre kilka miesięcy 2020 byłem pewien, że moją płytą rok będzie Saint Cloud Waxahatchee, ale Jaar i Praed Orchestra! byli niczym z innej ligi. Niemniej, powrót Katie Crutchfield do muzyki swojego dzieciństwa, country, od którego uciekała przez prawie całą swoją muzyczną karierę był bardziej niż udany. W jej indierockowe buty śmiało wchodzi debiutująca Samia – tak pięknie smutnych piosenek, jakie znalazły się na The Baby nie pisze się łatwo. Pięknie smutne były również w tym roku Frances Quinlan i Julia Marcell, z dwóch wersji językowych Skull Echo wybieram polską.

Liraz wzywała irańskie kobiety do walki i oporu, modernizując przy okazji idiom przedrewolucyjnego perskiego popu, a Mentrix jedynie z kilkoma syntezatorami i bębnami obręczowymi nagrała swój własnymanifest. Mocne, feministyczne głosy przychodziły też z Afryki – historia Star Feminine Band z Beninu to materiał na film (nastoletnie dziewczyny po lekcjach uczyły się grać na instrumentach, by nagrać ten album), Emel Mathlouthi oprócz nowych piosenek przygotowała covery swoich ukochanych utworów, francuski producent Rrobin razem z Les Mama du Congo nagrał poruszającą płytę, Francuzi odegrali dużą rolę w debiucie Bab L'Buz, ale nie przyćmili fenomenu Yousry Mansour. W ostatnich tygodniach roku zachwyciła mnie Yumi Ito i jej wysublimowane piosenki.

Inne pieśni

O fenomenie Telas Jaara pisałem wyżej, ale nie tylko on przekraczał granice. Piotr Kurek zrecyklingował samego siebie i z muzyki napisanej do trzech spektakli złożył intrygująca opowieść o trwaniu tradycji i przezwyciężaniu jej ograniczeń. Kenijski duet Duma nie ograniczał się niczym i nagrali album, o którym nie śniło się filozofom. Raed Yassin (z Praed) sięgnął do nie swoich archiwów i zszył z nich muzykę na wskroś współczesną, ale zakorzenioną w tradycji, trochę w duchu Jerusalem in My Heart. Antonina Nowacka z Indonezji przywiozła pieśni bez słów, które później nagrała w Twierdzy Modlin i chyba nie było bardziej kojącej muzyki w 2020. No, może się z nią równać Soundplaces Deryi Turkana i Sokratisa Sinopoulosa. Dwóch wirtuozów tureckiej kemenczy odbyło podróż ze Stambułu do Stambułu przez Grecję, Morze Egejskie i Izmir. The Angstromers pomogli Chouk Bwa wynieść haitańską mizik rasin na orbitę okołoziemską, Ammar 808 podobny zabieg wykonał na muzyce z południa Indii. Lumpeks doładowali oberki i mazury freejazzową chropowatością, a SK.EIN zasłuchał się w Gdańsku i bazylice mariackiej. Kiev Office zaszyli się na Helu, spoglądali w morze i nagrali swoją najlepszą płytę.

Same sztosy

2020 był zdecydowanie rokiem Astigmatic Records. Dwa świetne albumy Błota (Kwiatostan podoba mi się odrobinę bardziej niż Erozje), EABS reinterpretujący muzykę Sun Ra, zaskakujący Bennelux i wreszcie genialny Dotyk. Nauczyłem się ufać im w ciemno, tak, jak i moim ulubionym Szwajcarom z Les Disques Bongo Joe, ale oni w zeszłym roku postawili bardziej na single niż albumy. O moim entuzjastycznym stosunku do 1000Hz już wiecie, w ciemno ufam też Jankowi i Paulinie z Mondoj, a Coastline Northern Cuts osładzają ból po stracie Lado ABC i Instant Classic.

Na ulicy

To był także rok protestów na całym świecie. Black Lives Matter w USA, protesty przeciwko brutalności policji we Francji, w Polsce również było gorąco, szczególnie jesienią. Chyba pierwszy raz za mojej pamięci masowe protesty w Polsce miały swoją wyrazistą muzykę. Do tej pory nie rozumiem, jak jednym z hymnów protestów stały się Call on Me i jej przeróbka przez Cypisa, którego twórczość raczej nie kojarzy się z postulatami Strajku Kobiet. Na szczęście lepszych protest songów nie brakowało – o nich pisałem w Czasie Kultury w listopadzie.

Nowy monopol?

Nie było dalekich wojaży, nie było koncertów i festiwalu, więc kupowałem w 2020 więcej muzyki niż zazwyczaj. Przede wszystkim na Bandcampie, który od lat jest platformą pierwszego wyboru dla niezależnych artystów i wydawnictw, a teraz, w pandemii, jeszcze wzmocnił swoją pozycję. Również dzięki wprowadzeniu Bandcampowych piątków – przez większość pierwszych piątków miesiąca serwis rezygnował ze swojej prowizji, by wspomóc pozbawionych źródeł dochodów muzyków. Przez prawie cały rok robiłem swoje przewodniki po specjalnych wydaniach i zapowiedziach premier na #bandcampfriday i będę je kontynuował w tym roku, tak długo, jak będzie trwała ta akcja. Jej skuteczność podważa Piotr Tkacz w najnowszym Glissando poświęconym internetowi (i ja się z nim do pewnego stopnia zgadzam. Rozmowy, którą z Emilią Stachowską, Piotrem i mną przeprowadziła Wiola Żochowska możecie posłuchać w archiwum audycji Radia Kapitał). Do tego samego numeru napisałem tekst o internetowych archiwach, o tym, co się dzieje z muzyką w internecie i o poprzednich platformach, które był na dobrej drodze do zmonopolizowania obiegów muzyki (tak przecież działa internetowy kapitalizm, zwycięzca może być tylko jeden) i co się z nimi stało.

I to chyba na tyle. Wszystkie moje ulubione płyty 2020 znajdziecie tutaj.