czwartek, 8 kwietnia 2021

Na obrzeżach x Radio Kapitał 7 IV 2021

Nowości i niedawno odkryte perły z przeszłości. Muzyka zaangażowana i piękna. Gitary z Sahary, bedroom pop z Senegalu, funk z Etiopii. Do tego skok na Bliski Wschód - Cypr, Liban i Egipt.

1. Mdou Moctar - Afrique Victime (Afrique Victime)
2. Wau Wau Collectif - Yaral Sa Doom (Yaral Sa Doom)
3. Wau Wau Collectif - Si tu savais juste (Yaral Sa Doom)
4. Hailu Mergia & Walias Band - Nefas New Zemedie (Tezeta)
5. Antonis Antoniou - Kkismettin (Kkismettin)
6. Antonis Antoniou - Baris (Kkismettin)
7. Ziad Rahbani - إسمع يا رضا (Reda) (بالنسبة لبكرا ... شو؟ (Bennesbeh labokra... chou?))
8. Omar Khorshid - Ahwak (With Love)

piątek, 2 kwietnia 2021

Zrób sobie (i artystom) prezent na święta

 

Ale ten czas leci... Bandcampowe piątki miały być tylko na chwilę, ale trwają już ponad rok. Poprzednie odcinki polecanek znajdziecie tu.

Bandcampowy piątek bez preorderu nowej płyty z Astigmatic Records to jak Wielkanoc bez jajek. Tym razem padło na trzeci w ciągu roku album Błota, Kwasy i Zasady, powinien jeszcze być. Kuba Ziołek na krótki moment wraca do Starej Rzeki, wyciągając wyśmienity koncert z Mauricio Takarą. Enjoy Life kontynuuje serię Miłość w czasach postkultury kasetą anatola.

Kuba Knera od jakiegoś czasu polecał mi De mòrt viva Sourdure, artysty, który w awangardowy (ale przystepny) sposób podchodzi do oksytańskiej tradycji. Dałem się przekonać, świetna rzecz. Polecam każdemu. Pandemia i brak koncertów służy nagraniowo nie tylko ekipie Astigmatic, Donald Madjid z The Mauskovic Dance Band czas z dala od sceny wykorzystał na nagrania syntezatorowo-pościelowego Pure Donzin, które momentami przypomina mi bardzo kosmiczne wycieczki Mammane Saniego. Antonis Antoniou z Trio Tekke i Monsieur Doumani podczas zesłorocznego lockdownu nagrał Kkismettin, portret miasta i wyspy podzielonego na pół

Bongo Joe świętują swoje piąte urodziny cyfrową kompilacją coverów utworów pochodzących z własnych muzycznych wykopalisk. I tak Derya Yildirim & Grup Simsek zabrali się za utwór Rustema Quliyeva, a The Angstromers za dorobek legendy maloyi, Alaina Peteresa. Włoski didżej i producent Khalab, od lat zajmujący się poszukiwaniami w obrębie muzyki afrykańskiej nowy album nagrał z tuareskimi uchodźcami w mauretańskim obozie. Koncertowy album zapowiadają Les Filles de Illighadad, pierwszy żeński tuareski zespół gitarowy. KMRU sięgnął w czeluście dysku i znalazł tam Logue.

Awesome Tapes from Africa zapowiadają reedycję pierwszego albumu Hailu Mergii i Walias Band. Wstyd nie wziąć. Podobnie wstyd nie zainteresować się nadchodząca płytą Arooj Aftab, łączącą Karaczi z Brooklynem. Born Bad Records przypominają mniej znane, elektroniczne nagrania Henriego Salvadora, artysty, który w swoim życiu grał chyba wszystko - od wczesnego jazzu, rock'n'rolla, chanson nouvelle po muzykę syntezatorową.

Wspieranie Canary RecordsOred Recordings i Sahel SoundsNaszych NagrańNagrań Somnabulicznych i 1000Hz to nie tylko przyjemność, ale i obowiązek, to już jednak powinniście wiedzieć.

wtorek, 30 marca 2021

Szwedzko-senegalska współpraca na miarę XXI wieku

Wszystko zaczęło się na początku 2018 roku, gdy Karl-Jonas Winqvist, szwedzki muzyk i wydawca, spędził kilka tygodni w senegalskim Toubab Dialaw, położonym mniej więcej godzinę drogi samochodem od Dakaru. Dawna rybacka osada jest dziś miejscem, w którym kwitnie środowisko artystyczne. Tam, w ciągu jednego, marcowego tygodnia Winqvist grał improwizowane sesje z muzykami poznanymi za pomocą Arouny Kanego, lokalnego producenta i właściciela studia. Po powrocie do Sztokholmu Karl-Jonas zrekrutował swoich szwedzkich kolegów i koleżanki, by dograli się do istniejącego już materiału. Następnie, razem z Kanem pracowali nad szlifowaniem całości, wysyłając sobie materiały WhatsAppem, popularnym komunikatorem internetowym.

W Radiowym Centrum Kultury Ludowej piszę o fenomenalnym Wau Wau Collectif.

środa, 24 marca 2021

Na obrzeżach x Radio Kapitał 24 III 2021

Poszukaliśmy folkowych źródeł psychodelicznych hitów i ich współczesnych interpretacji. Posłuchaliśmy tych, którzy wpłynęli na muzykę Altin Gun, Deryi Yildirim, ale też Seldy Bagcan czy Gulden Karabocek. Do tego krótka wycieczki do Tajlandii i Kolumbii, bez opuszczania Warszawy.

1. Magneto - Pama Rum Kwan (Requiem pour Satana)
2. PM Pocket Music - Pama Rum Kwan (Pama Rum Kwan)
3. Altın Gün - Kara Toprak (Yol)
4. Âşık Veysel - Kara Toprak (Âşık Veysel Arşiv 1)
5. Aşık Mahzuni Şerif - Nem Kaldı (Erim Erim Eriyesin)
6. Gülden Karaböcek - Nem Kaldı (Nem Kaldı)
7. Derya Yıldırım & Grup Şimşek - Nem Kaldı (Nem Kaldı)
8. Şatellites - Deli Deli (Big Baglama)
9. Şakir Öner Günhan - Deli Deli (Deli Deli)
10. Derya Yıldırım & Grup Şimşek - Deniz Dalgasız Olmaz (Deniz Dalgasız Olmaz)
11. Monsterra - Cumbia Monsterra (Peligro)

poniedziałek, 22 marca 2021

#TypoweLado


W pierwszym numerze Nowej Gazety Magnetofonowej przewiduję, że pandemiczne, nagrywane w domu albo w tych krótkich momentach między kolejnymi falami epidemii i kwarantannami (narodowymi i indywidualnymi) zostaną z nami na dłużej i po każdym lockdownie będa pojawiały się kolejne fale nagrań. Oby tylko były takie, jak Requiem pour Satana Magneto.

W zasadzie ta płyta musiała powstać i aż dziw, że potrzebna była do tego pandemia koronawirusa. Bartek Tyciński (czyli Magneto), Hubert Zemler i Piotr Domagalski grali ze sobą w różnych konfiguracjach, spotykali się w wielu składach, w końcu wszyscy oni z Lado, które może umarło jako wydawca, ale jako środowisko jest ciągle silne. Ta trójka jako trio zagrała ze sobą pierwszy raz dopiero po pierwszym lockdown, czyli prawie dokładnie rok temu (ale nie będę wnikał w fakt, że dopiero co był marzec i lockdown i teraz też jest marzec i lockdown).

Zgodnie z ladowym kanonem, muzyka Magneto wymyka się łatwym klasyfikacjom. Sięgają po kompozycje ze świata - Tajlandii, Brazylii, Francji, do tego dopisują własne (to znaczy przede wszystkim Tyciński dopisuje) utwory rozpięte między jazzem, filmową twórczością Ennio Morricone, gitarową alternatywą, psychodelią a surf rockiem. #TypoweLado.

Gdybym miał porównać Magneto do jakiegokolwiek innego zespoły, byłoby to Alte Zachen - czyli zespół w którym Tyciński z Raphaelem Rogińskim, Olą Rzepką i Maciem Morettim przerabiał żydowskie gimele na surf rock. Właśnie ta surfowość, bezczelność i charakterystyczne brzmienie gitary Tycińskiego je łączy. Ale oczywiście to dwa inne zespoły, Magneto jest wszystkożerne, inspiracje czerpie zewsząd, tworzy muzykę zglobalizowaną (i jednocześnie bardzo warszawską). W tej wszystkożerności nie odchodzą daleko od swoich stref komfortów, bo to muzycy, którzy w prawie każdej estetyce czują się swobodnie.

Dlatego te ich skoki między stylami i wątkami są całkiem naturalne, nie męczą ani przez chwilę. Choć próba śledzenia tych wszystkich zmian i smaczków to nie lada wyzwanie. Bardzo przyjemnie masujące mózg. Zupełnie jak ten album, niby niezobowiązujący, ale wciągający.

piątek, 19 marca 2021

Chutney z Karaibów: Muzyka jak wulkan gorąca


W swoim życiu pisałem do różnych miejsc, wiele z nich już nie istnieje i nie pozostał po nich żaden ślad w internecie. Część z tych "zaginionych" tekstów co jakiś czas przypominam na blogu w niezmienionej formie. Ostatni odcinek wyśmienitego podcastu Dział Zagraniczny o Karaibach, przypomniał mi, że dla Kwartalnika M/I napisałem tekst o trynidadzkiej chutney music. Wrzucam go w niezmienionej formie.

Każda z rozrzuconych łukiem wysp Morza Karaibskiego jest swoistym mikrokosmosem. Nie tylko pod względem przyrodniczym, ale i kulturowym. Migracje ludności, przymusowe przesiedlenia, mieszanie się rozmaitych tradycji, izolacja, wszystko to wpłynęło na mnogość lokalnych gatunków muzycznych. W tej kolorowej i ciekawej mozaice wyróżnia się chutney, muzyka potomków indyjskich robotników.

Opowieść rozpoczynamy w 1838 kiedy na Karaibach zaczęło brakować rąk do pracy, a niewolnictwo było już w Imperium Brytyjskim formalnie zakazane, a ktoś przecież musi pracować na plantacjach trzciny cukrowej. Zatem zamiast do Afryki, przedstawiciele plantatorów skierowali się do Indii. Tam, często pod przymusem lub za pomocą oszustwa, rekrutowano młodych, pochodzących z biednych rodzin, przyszłych pracowników. Nierzadkie były sytuacje, że miejsce pracy ujawniano dopiero po złożeniu po podpisu.

Rekrutowani robotnicy byli obojga płci, zdarzało się, że kontrakty podpisywały całe rodziny. Łatwo było więc pielęgnować w nowej ojczyźnie tradycje wyniesione z Indii. Tym bardziej, że Indusi mieszkali razem na plantacjach, a kontakty z innymi mieszkańcami wysp, w tym wyzwolonymi czarnymi niewolnikami były ograniczone do minimum. Zachowały się i podziały kastowe, i religia, i muzyka. W początkowych latach można było usłyszeć całą gamę tradycyjnych form, od klasycznych hinduskich bhajanów do sufickiego qawwali oraz niezliczone gatunki muzyki ludowej. Właśnie w ludowej tradycji należy upatrywać korzeni chutney music. Muzyką klasyczną, z tekstami z Wed mogli zajmować się tylko członkowie wyższych kast. Reszcie pozostawała muzyka ludu, opiewająca zwykłe życie, pracę na roli, ale i ważna w rytuałach, w których leży kolejne źródło chutney music. Hinduskie wesele jest skomplikowanym i wielowiekowym rytuałem, nie ma tu miejsca na wgłębianie się we wszystkie jego aspekty. Zostańmy przy najważniejszych. W piątek poprzedzający ceremonię kobiety z rodziny panny młodej zbierają się na matkor, podczas którego przy akompaniamencie bębnów tassa śpiewają pełne erotycznych odniesień piosenki mające przygotować przyszłą małżonkę do nocy poślubnej. Swoista śpiewana instrukcja obsługi mężczyzny. Śpiewom towarzyszyły równie rozerotyzowane tańce. Podobną strukturą charakteryzują się chaathi i barathi, prywatne ceremonie z okazji narodzin potomstwa. Na takim gruncie wyrósł chutney.

Z powodu pikantnej tematyki poruszanej w tekstach gatunek otrzymał swoją nazwę od słodko-ostrego sosu używanego w kuchni indyjskiej. Nawiasem mówiąc, nie jest to jedyny gatunek muzyczny, którego nazwa związana jest kulinariami Wystarczy wspomnieć palm-wine music z Ghany, czy ghańsko-niemiecką hybrydę burger highlife. Wróćmy jednak na Karaiby. Skoro chutney wywodzi się z tańca, ważny jest rytm. Szybki, transowy rytm, za który odpowiadają dholak i dhantal. Ten pierwszy to dwustronny bęben, spotykany na całym subkontynencie indyjskim. Dhantal natomiast jest najprawdopodobniej wynalazkiem już karaibskich Indusów i składa się z długiego na ponad metr stalowego drutu uderzanego pierwotnie podkową, co daje wysoki, rezonujący dźwięk. Klasyczny skład uzupełnia wokalista grający jednocześnie na harmonium. Tu możecie zapytać: "Ale jak to, skoro chutney powstał z kobiecej tradycji? Skąd ci mężczyźni?" Chutney Spieszę z odpowiedzią. Wraz z rozluźnianiem się tradycyjnych więzów społecznych i wrastaniem Indusów w kulturę Trinidadu, w ceremoniach zaczęli również brać czynny udział mężczyźni. W sąsiednich Gujanach: Brytyjskiej i Holenderskiej (przyszły Surinam) powstanie i ewolucja chutney przebiegały bardzo podobnie, choć na tym drugim terytorium kilka różnic sprawiło, że tamtejsza odmiana nazywa się baithak gana.

Pierwsze nagrania chutney i baithak gany pochodzą z 1958 roku, kiedy Ramdew Chaitoe wydał album zatytułowany buńczucznie King of Suriname. Tytuł okazał się proroczy, w krótkim czasie Chaitoe staje się najpopularniejszym śpiewakiem w swoim rodzinnym kraju oraz wszędzie na Karaibach, gdzie mieszka indyjska diaspora. Co ciekawe, jego piosenki, choć utrzymane w szaleńczym tempie charakterystycznym dla chutney, opiewają nie ziemskie przyjemności, lecz dotyczą religii. Nie przeszkodziło im to jednak stać się radiowymi przebojami. Może to też być zaskakujące, ponieważ w zachodnich uszach niosą one spory ładunek smutku i zadumy. Pięć lat później, w 1963 roku, Ramdew wraz ze swoją rodaczką, Dropati odbył trasę po Trynidadzie i ugruntował swoją popularność wśród Indusów oraz jeszcze bardziej spopularyzował chutney. W tym samym okresie debiutował Yusuff Khan, którego album Haunting Melodies of Yusuff Khan był moim pierwszym spotkaniem z muzyką indo-karaibską. Jeszcze mocniej zanurzony w tradycji religijnej niż nagrania Ramdew Chaitoe, Khan był również jeszcze lepszym śpiewakiem, jego nagrania pełne są żaru i charyzmy. Jednak, mimo że jego zespół korzysta z instrumentów typowych dla chutney, muzyka Khana nim nie jest, ale to bardzo dobry do niego wstęp.

Rok 1970 przyniósł narodziny nowoczesnej chutney music. Sundar Popo, nazwany później królem chutney, wydał pierwszy singel, Nani & Nana. Już od pierwszych sekund słychać, że mamy do czynienia z nową jakością. Harmonium ustępuje miejsca gitarom elektrycznym i syntezatorom. Dholakowi i dhantalowi towarzyszą automaty perkusyjne. Zamiast w hindi Popo śpiewa w kreolskim angielskim. Od tamtej pory kariera Sundara potoczyła się błyskawicznie. A samo chutney coraz mocniej zbliżało się do muzyki afro-karaibskiej, odważnie flirtując z calypso i soca. Czas na krótkie wyjaśnienie. Calypso jest tradycyjną muzyką potomków czarnych niewolników, można znaleźć w niej wpływy i zachodnioafrykańskiej tradycji griotów, i rdzenne rytmy. Soca natomiast jest mieszanką calypso i funku. Ten mariaż szybko podbił Trynidad, tym bardziej, że miał on połączyć muzykę czarnej i indyjskiej ludności kraju. Zresztą lata 80. i początek 90. to czas zbliżania się Kreoli i Indusów, czego efektem jest w muzyce chutney soca. Ta mieszanka szybko wyparła z głównego nurtu klasyczny chutney za sprawą Drupatee i jej hitu Chutney Soca.

Czym zatem się różnią te dwa gatunki? W artykule dla dwumiesięcznika Caribbean Beat pada stwierdzenie, że chutney to rytm, a zaburzenie go, zwolnienie, zelektryfikowanie daje chutney soca. Ten styl od początku wzbudzał kontrowersje wśród konserwatywnych Indusów, zarówno z powodu już jednoznacznie seksualnych i wulgarnych tekstów, propagowania imprezowego stylu życia (wystarczy tylko wspomnieć przebój Adesha Samaroo Rum Til I Die), jak i łączenia tradycji induskiej z kreolską, co było dla wielu nie do pomyślenia, z powodu wcześniejszej izolacji i niechęci do siebie obu grup.

Rosnąca popularność chutney soca wśród trynidadzkich Kreoli zbiegła się w czasie z odgrywaniem przez Indusów coraz większej roli w życiu politycznym i kulturalnym kraju. Do tego przyczynili się sami muzycy, jak choćby Black Stalin, legenda calypso, który w 1995 roku w dorocznym konkursie na najlepszego śpiewaka calypso zaprezentował utwór Tribute to Sundar Popo. Pod koniec ubiegłego wieku, za sprawą brooklyńskiej wytwórni Jamaica Me Crazy, artyści grający chutney zdobyli skromną rozpoznawalność w Stanach Zjednoczonych, co zaowocowało trasami Sundara Popo i Drupatee. Jednak był to tylko krótki epizod.

Dziś chutney soca coraz mocniej ulega wpływom innych karaibskich gatunków, w tym święcącego tryumfu na wszystkich wyspach Małych Antyli reggaetonu. Zdarza się, że „chutney” odnosi się jedynie do pochodzenia wykonawcy, a muzyka jest zupełnie pozbawiona indyjskich elementów. Odpowiedzią na ten trend jest powrót do łask klasycznego chutney, już bez społeczno-obyczajowych kontrowersji, towarzyszących narodzinom stylu. Chutney z muzyki biedoty stał się wyrazem dumy z tradycji i indyjskiej tożsamości.

Kwartalnik muzyczny M/I nr 2, zima 2014
zdjęcie: Drupatee, źródło: facebook artystki

poniedziałek, 15 marca 2021

Cumbia de Varsovia


Cumbia, arabski surf rock, globalna psychodelia, tropiki - to wszystko na jednej kasecie. I to z Warszawy.

Powinniście już dobrze wiedzieć, że takie połączenie jest dla mnie co najmniej bardzo interesujące. Każde takie sięganie po - ciągle jeszcze - nieoczywiste inspiracje, wychodzenie z anglosaskiego dyktatu jest odświeżające. Zresztą pisałem o tym nieraz (i nie tylko tutaj). Narzekałem trochę na brak podobnej muzyki wychodzącej w Polsce. To teraz narzekam trochę mniej.

Za Monsterrą stoi jedna osoba - Grzesiek Wiernicki z nieodżałowanych Wild Books czy prehistorycznych The Phantoms, który od dłuższego czasu zajmuje się muzyką niezachodnią w ramach imprez i podcastów Na Oriencie. W Monsterrze gra sam ze sobą na gitarze, tanio brzmiącym syntezatorze i automacie perkusyjnym.

Wychodzi przede wszystkim od cumbii, która jest bardzo wdzięczną muzyką do podobnych wycieczek, ma mnóstwo lokalnych odmian - od Meksyku po Buenos Aires, od w stu procentach akustycznej do elektronicznej. No i jest też jak widać cumbia warszawska. Wyrosła w Pogłosie, Młodszej Siostrze, na zgliszczach Eufemii, starych winylach i kasetach.

Peligro zaczyna się od miniaturki Oriente, która wskazuje kierunek całości. To muzyka rozedrgana jak miraż. Pulsująca i falująca jak Wisła. Później, w kolejnych kawałkach wiodącą rolę będzie odgrywać surfowa gitara, w której słychać echa stylu Omara Khorshida (najbardziej chyba w Malaguerra), ale w Oriente jej jeszcze nie ma, tylko syntezator. Ale tak, to gitara nadaje charakter całości. Twangująca, ale nie kieruje w stronę beztroskich nagrywek Beach Boys czy Los Bitchos (a one przecież też grają podbitą surf rockiem cumbię), tylko dusznej, betonowej dżungli - może być to Warszawa w sierpniu, może być Kair, może być Medellin. Pandemia też odcisnęła piętno na Peligro, Soledad to - zgodnie z nazwą - studium wszechogarniającej samotności, lockdownowego zapadania się w sobie. Ukojenie przychodzi na koniec, Selva tropical łączy delikatne dźwięki chyba mis tybetańskich (albo podobnego instrumentu) z nagraniami terenowymi z lasu, raczej nie tropikalnego, wbrew nazwie, i odgłosami burzy. Ucieczka do natury nie jest do końca udana, przejeżdża pociąg. Przypomina, że coraz trudniej znaleźć miejsce nietknięte cywilizacją. 

Podoba mi się demówkowy charakter tej kasety, te wszystkie niedoskonałości. Słuchając jej, czuję się trochę jak na koncercie w Młodszej Siostrze, albo górnej sali Pogłosu, trochę źle słychać, niewiele widać, jest gorąco, parno. Mogłyby już niedługo wrócić małe koncerty. Demówkowość daje też dużo nadziei na przyszłość, bo skoro Monsterra tak dobrze brzmi sama ze sobą, to jak będzie, jeśli Grzesiek przekształci ją w prawdziwy zespół.


piątek, 5 marca 2021

To znowu ten czas


Drugi w tym roku bandcampowy piątek wydaje się (przynajmniej w mojej muzycznej banieczce) skromniejszy, ale i tak jest co polecać. Poprzednie odcinki polecanek znajdziecie tu.

Zaczynamy od Astigmatic Records, którzy zapowiedzieli siedmiocalowy singiel zapowiadający debiut Jaubi. Na stronie B remiks zrobiony przez Gaslamp Killera. A skoro jesteśmy przy siódemkach, Batov Records wrzucił kolorowe wersje singli Satellites i Sababa 5, oba to funkowe, bliskowschodnie killery, ja bym brał. Mondoj rozpoczynają nową serię wydawniczą przepiękną, kojącą EP zaumne. Znam ją od dłuższego czasu, wiem, co mówię.

Jacek Mazurkiewicz i Norman Westberg nagrali jeszcze przed pandemią wspólną płytę, ale dopiero teraz ukazuje się w szwajcarskim labelu Hallow Ground, jest basowo-dronowo-kosmiczna, oderwana od problemów codzienności. Zupełnie nie dziwi kosmiczny tytuł. Jeśli wolicie coś podobnie transowego, ale bardziej ustrukturyzowanego, polecam gdański Sea Saw. T'ien Lai zmienili oblicze i idą w stronę Jamesa Ferraro, postinternetowego miszmaszu wszystkiego ze wszystkim (w tym samym kierunku zmierza  Kuba Ziołek solo). 

Dziewczyny z tangierskiego Taqbir w lutym zadebiutowały wściekłą, punkową czwórką, rozstrojoną, brudną, zbuntowaną. Trochę przywodzą na myśl debiutancką kasetę Perfect Pussy. Yunis, egipski producent elektroniki, z sampli buduje swoją suficką opowieść na Mulid El-Magnoun. Do swoich berberskich korzeni sięga Abel Ray z Marrakeszu. Na całość trzeba poczekać do czerwca, ale zapowiada się intrygująco. Sarah Haras na eksperymentalną elektronikę przekłada bahrańską muzykę khaleeji i doświadczenia mieszkania w tym kraju. Również w Chinabot wyszła kaseta indyjskiego tablisty ukrywajacego się pod nazwą Bamboo Mystics. Łączy na niej gamelan z new age'em i akustycznym ambientem. Mdou Moctar na maj zapowiada następcę Ilana: the Creator.

Już jakiś czas temu ukazała się ta reedycja nagrań Dudu Pukwany & the Spear, ale trafiłem na nią dopiero teraz. Absolutny must-have, Dudu był królem południowoafrykańskiego jazzu. Habibi Funk zapowiadają kompilację nagrań libańskiego gitarzysty i wokalisty, Rogera Fakhra; Buh Records przedstawiają postać Andresa Vargasa Pinedy, amazońskiego flecisty.

Wspieranie Canary RecordsOred Recordings i Sahel SoundsNaszych NagrańNagrań Somnabulicznych i 1000Hz to nie tylko przyjemność, ale i obowiązek, to już jednak powinniście wiedzieć.

wtorek, 2 marca 2021

Turecka postmoderna z Amsterdamu


Trzeci album amsterdamskiego Altın Gün powstawał podczas zeszłorocznych lockdownów i pandemicznej izolacji. Te doświadczenia bezpośrednio przełożyły się na kształt “Yol”, choć sedno ich muzyki zostało nietknięte.


O najnowszym albumie mojego ulubionego zespołu z Holandii piszę w Radiowym Centrum Kultury Ludowej.

niedziela, 28 lutego 2021

Do broni i tak dalej


Prawie 40 lat kariery, 62 lata i 11 miesięcy życia. Zaczynał od cool jazzu, skończył na synth rocku przełamanym funkiem. Największy sukces przyniosły mu piosenki pisane dla innych oraz album reggae. Blisko 30 lat temu, 2 marca 1991 roku, zmarł Serge Gainsbourg, prawdziwy kameleon i gigant francuskiej muzyki.

W Czasie Kultury piszę o fenomenie Gainsbourga, jego piosenkopisarstwie i bodaj największym skandalu, jaki wywołał. A wszystko przez pryzmat jego pierwszej platynowej plyty, "Aux armes et caetera".

środa, 10 lutego 2021

Na obrzeżach x Radio Kapitał 10 II 2021

Gitara, kologo i oud - trzy instrumenty, spokrewnione ze sobą. Między nimi keyboard Casio. Mali, Ghana, Tanzania, Egipt. Nowości, klasyki, muzyka przedmieść i elegie dla zniszczonych miast. Płacz za utraconym pokoleniem, biedni i uchodźcy to też ludzie, a co może zrobić mężczyzna, z pewnością lepiej zrobi kobieta. O co chodzi? Nie bójcie się, wszystko wytłumaczyłem.

1. Nahawa Doumbia - Foliwilen (Kanawa)
2. Nahawa Doumbia - Danaya (à Sidi Konaté Pour Toujours) (La Grande Cantatrice Malienne Vol. 3)
3. Alostmen - Kologo (Kologo)
4. King Ayisoba - 1000 Can Die (1000 Can Die)
5. Ayuune Sule - What a Man Can Do, Woman Can Do More Better (We Have One Destiny)
6. Alostmen - Minus Me (Kologo)
7. Jamaica Mnanda - Masikini Naye Mtu (The Poor Are Also People)
8. Natik Awayez - Modonen 'Egaf' مدن عجاف (Barren Cities) (Manbarani)


piątek, 5 lutego 2021

A jednak nie ostatni



Pierwszy bandcampowy piątek w nowym roku, czas na tradycyjny przewodnik po premierach i ciekawych wydaniach. Poprzednie znajdziecie tutaj.

Zaczynamy od nadchodzącego nowego albumu indonezyjskiego duetu Senyawa, który ukaże się w kilkunastu wersjach przeznaczonych na lokalne rynki i w różnych formatach, bo decentralizacja jest według nich przyszłością dla zglobalizowanego świata. Każdy wydawca projektuje własną oprawę graficzną, wielu dorzuca albumy z remiksami. O kasetowej wersji Artetetra Records pisałem przy okazji poprzedniego piątku. Najładniej zapowiada się libańska wersja wydana przez Annihaya Records (a będą też remiksy), winyle ukażą się też w belgijskim Les albums Claus, brytyjskiej Phantom Limb, australijskiej Silent Army, berlińskim Klangkust Werk, hamburskim Dekoder. Dwie kasety (jedną z remiksami) i zestaw kart oferuje indonezyjska oficyna Soft/Brute,  a kompakty znajdziecie u Amerykanów z BAM Music, Tajów z Tenzenmen Music, Indonezyjczyków z Otakotor Records. Niestety, nie znalazłem polskiego wydania.

Astigmatic Records przygotowali singiel Henryka Debicha i łódzkiej Orkiestry Radia i Telewizji i repress "Letters to Komeda (oba jeszcze są). Ostinato Records przyspieszyli premierę kompilacji 4 Mars, jednej z orkiestr tamtejszych państwowych mediów. Analog Africa ogłosili repress fantastycznej kompilacji z funkiem z Togo i Ghany, a Habibi Funk pomagają w dystrybucji kompilacji z disco ormiańskiej diaspory. A jak jesteśmy już przy repressach - Night School wznawia Music for Ears Eli Orleans i Znayesh Yak Switłany Niano i Ołeksandra Jurczenki, ZZK Records - debiutu Son Rompe Pera, zespołu wykonującego cumbię z punkowym zacięciem.

Warto zaopatrzyć się w Śpiwle Piotra Damasiewicza, album wyszedł pod sam koniec roku i został niesłusznie pominięty w podsumowaniach, takiego korzennego, transowego jazzu potrzebowałem. Na skołatane pandemią nerwy polecam Nothing Much Happens Tomka Bednarczyka, to piękny, niespieszny ambient. Coastline Northern Cuts zapowiadają album wh0who, a wiecie, że to ostatnio jeden z moich ulubionych labeli, więc nie mogę nie polecić. Maciek Cieślak konsekwentnie wrzuca katalog My Shit in Your Coffe na bandcamp, ostatnio kompakt Niewolników Saturna. Bez ograniczeń gatunkowych gra Tamar Aphek, której kibicuję od czasów nieodżałowanej Caruselli, a jej solowy debiut All Bets Are Off stara się przywrócić do życia gitarowe granie. Najlepsze oksytańskie eksperymenty znajdziecie u Sourdure.

I to chyba na tyle, choć pewnie jeszcze kilka rzeczy przed jutrem tu dołożę. Wspieranie Canary RecordsOred Recordings i Sahel SoundsNaszych NagrańNagrań Somnabulicznych i 1000Hz to nie tylko przyjemność, ale i obowiązek, to już jednak powinniście wiedzieć.

wtorek, 2 lutego 2021

Głosem uchodźcy

 


Szacuje się, że 65 milionów ludzi to uchodźcy, przesiedleńcy, którzy z powodu konfliktów, katastrof naturalnych, prześladowań musieli opuścić swój dom. Decyzja o porzuceniu dotychczasowego życia, swojego małego świata, wszystkiego, co się do tej pory znało i wyruszenie w nieznane jest tragedią, której skutki są odczuwalne latami przez pokolenia. O tym doświadczeniu, wykorzenienia i tułaczki, opowiada na swoim debiutanckim albumie Natik Awayez, iracki oudzista, śpiewak, poeta i kompozytor

W Radiowym Centrum Kultury Ludowej piszę o Manbarani Natika Awayeza, całość tutaj.

niedziela, 31 stycznia 2021

Nic dwa razy się nie zdarza?


Niecały rok temu żegnałem się z Gazetą Magnetofonową, kwartalnikiem, któremu zawdzięczam wiele swoich najlepszych tekstów. W 2021 roku Magnetofonowa wraca. Pod zmienioną nazwą - GaMa. Nowa Gazeta Magnetofonowa - bo i forma zmieniona.

GaMa będzie dwumiesięcznikiem. Nie tylko o o polskiej muzyce i nie tylko o muzyce. Będziemy pisać o filmach, książkach, grach i komiksach i opowiadać przez ich pryzmat o współczesnym społeczeństwie. Będziemy tez o nim pisać bezpośrednio. W pierwszym numerze podsumowujemy 2020, ten zbyt długi rok. Ja piszę o płytach nagrywanych w domach również przez największe gwiazdy i jak ta miana odbiła się na ich muzyce, bo przecież domowe studia to standard w niezalowym światku (i o nim też trochę piszę). Do tego dorzucam kilka słów o swojej płycie roku (no, trochę więcej niz kilka) i książce, która zrobiła na mnie największe wrażenie w minionych 12 miesiącach (ale nie nazwałbym tego debiutem krytyka literackiego).

A to dopiero początek. Pracujemy w pocie czoła nad kolejnymi numerami. Jest na co czekać. Pierwszy numer trafi do sprzedaży w lutym, tutaj możecie go zamówić w przedsprzedaży, a tutaj - prenumeratę z dostawą do domu, do czego zachęcam. Bez was nam się nie uda.

środa, 27 stycznia 2021

Na obrzeżach x Radio Kapitał 27 I 2021

 


Audycję zacząłem i skończyłem w Stambule, mieście-świecie, tętniącej życiem metropolią, która nigdy nie śpi. Miastem, za którym ciągle tęsknię. Tym razem podróż odbyła się bez szaleńczych tańców, a ni bez zaliczania największych atrakcji turystycznych. W Stambule i jego bliższych (i dalszych) okolicach poszukałem ukojenia, muzyki, która wycisza i pozwala zapomnieć o tym wszystkim, co nas niepokoi. Choć na kilka chwil.

1. Derya Turkan & Sokratis Sinopoulos - Istanbul (Soundplaces)
2. Marika Papagika - Manaki Mou (The Further the Flame, the Worse It Burns Me: Greek Folk Music in New York City 1919-1928)
3. Derya Turkan & Sokratis Sinopoulos - Izmir (Soundplaces)
4. Kayhan Kalhor & Erdal Erzincan - The Wind (Kula kulluk yakışır mı)
5. Kayhan Kalhor & Erdal Erzincan - Intertwining Melodies (Kula kulluk yakışır mı)
6. Fared Shafinury - Bani Adam (Behind the Seas)
7. Derya Turkan & Sokratis Sinopoulos - Tatavla (Soundplaces)

środa, 13 stycznia 2021

Na obrzeżach x Radio Kapitał 13 I 2021

W dwóch ostatnich odcinkach prawie definitywnie pożegnałem się z 2020. Czas na przywitanie 2021 - przejrzałem listy nadchodzących premier i wybrałem  piosenki z Grecji, Dżibuti, Turcji, Indonezji, Maroka, Brazylii i Francji. Do tego na moment wracam do roku ubiegłego, do libańskiego albumu, który ukazał się pod sam koniec roku, a powinien znaleźć się w większości podsumowań roku.

1. Altin Gun - Ordunun Delereri (Yol)
2. 4 mars - Hobalayeey Nabadu! (Hello Peace​!​) (Djibouti Archives Vol. 1) Super Somali Sounds from the Gulf of Tadjoura)
3. Senyawa - Istana (Alkisah)
4. Laure Briard - Eu voo (Eu voo)
5. Electric Jalaba - Daimla (El Hal / The Feeling)
6. Guedra Guedra - Seven Poets (Vexillology)
7. Tasos Chalkias - Dirminitsa (Divine Reeds - Obscure Recordings From Special Music Recording Company (Athens 1966-1967))
8. Raed Yassin - Flying Revenge (Archeophony)

poniedziałek, 11 stycznia 2021

2020: podsumowanie



Jaki był ten 2020 rok – wszyscy wiemy, nie ma się co rozpisywać. Zamknięty przez większość roku w domu słuchałem jeszcze więcej muzyki niż w 2019 i to chyba jedyna zaleta tego pandemicznego roku, który na szczęście już się skończył. A skoro się skończył, to czas na podsumowanie.

Dwa, trzy, cztery, pięć

Najlepiej ten rok udało się opisać Nicolasowi Jaarowi. Każda z jego trzech tegorocznych płyt prawie na bieżąco komentowała (nie tylko) pandemiczną rzeczywistość. Od 2017-2019 Against All Logic w styczniu przez marcowe Cenizas po lipcowe opus magnum, Telas. Choć powstawały prawie jednocześnie, na przestrzeni kilku ostatnich lat, to nie mogły ukazać się w lepszym momencie i lepszej kolejności. Wyzwolone z piosenkowej formy Telas, wielowątkowe, futurystyczne i archaiczne, tradycyjne i eksperymentalne to nie tylko jego najlepsza płyta, ale tez najlepsze podsumowanie tego roku, w którym nic nie było pewne.

Nie tylko Jaar w 2020 wydał więcej niż jeden album. Aż cztery – Wacław Zimpel. O pierwszym z nich pisałem na początku roku w Dwutygodniku. Dwie natomiast nagrała Taylor Swift, bo plany na trasy koncertowe w ubiegłym roku wszystkim spektakularnie się posypały. O ile Folklore to miłe odświeżenie jej stylu, ale nie tak odważne, jak chcieliby niektórzy (bo przecież to indie folk rodem ze Starbucksa), to Evermore jest zupełnie niepotrzebne i po prostu nudne.

Koncerty przychodzą do człowieka

No właśnie, koncertów w 2020 nie było. Mnie udało się pójść na jeden – dzień przed Walentynkami w Brukseli zobaczyłem Carly Rae Jepsen. A zaraz potem koncerty na stałe przeniosły się do internetu. Było ich tyle, ze już w marcu czułem się nimi przytłoczony, czego dawałem świadectwo w Dwutygodniku. Regularnie za to oglądałem partyzanckie relacje z berlińskiego gniazdka Marcina Maseckiego – od kompozytorów z XVIII wieku po wczesną muzykę rozrywkową., ale już jego profesjonalne nagrania w przestrzeniach Pałacu Kultury nie przekonały mnie. Artystom do mieszkań zaglądałem również podczas hiszpańskiego Cuarentena Fest i odkryłem dwójkę, która towarzyszyła mi przez całą wiosnę – Calizę i Evripidisa Sabatisa. Pod koniec roku zmierzyłem się z ogromem festiwalu Nyege Nyege – w planach mieli i przejmowanie lokalnej telewizji, sety z Berlina i Kairu, koncerty na brzegu Nilu, miast, targów, do tego minidokumenty przedstawiające lokalne wschodnioafrykańskie style i sceny. Uganda nigdy nie była (i nie będzie) tak blisko.

Jedni artyści w pandemii nagrywali, inni przygotowywali płyty koncertowe, by dać chociaż taką namiastkę występów na żywo. Japandroids cofnęli się do koncertu w jednej z najważniejszych kanadyjskich sal, Arctic Monkeys – brytyjskich ze swoich ostatnich tras. Dlatego Massey Fucking Hall porywa, a Live at the Royal Albert Hall nudzi okrutnie. Bombino wypuścił zapis koncertu w Amsterdamie z listopada 2019 i co ja mogę napisać, gdy nie boli go ząb – jak na Globaltice – gra jak nikt inny, o taki gitarowy blask walczyłem. Juana Molina jeszcze w marcu 2020 zagrała na meksykańskim festiwaluNRML i tenże koncert ukazał się latem w Crammed Discs.

Bezkonkurencyjny w zeszłorocznych płytach koncertowych i pod każdym innym względem był libański duet Praed, który nakładem berlińskiej oficyny Morphine Records wydał potrójny album Live in Sharjah, zapis specjalnego występu w kulturalnej stolicy Zjednoczonych Emiratów Arabskich. Rozrośli się do 13 osób i jako Praed Orchestra zreinterpretowali własną twórczość (będącą z kolei autorskim podejściem do egipskiego shaabi). 100 minut muzyki, najlepszy wstęp do arabskiej alternatywy. Troszkę więcej pisałem o niej w podsumowaniu dla RCKL, a Kuba Knera w tym samym miejscu jeszcze więcej i zgadzam się z każdym jego słowem. Live in Sharjah to idealne zwieńczenie roku, w którym to koncerty przychodziły do domu.

Modernizacje

Tak nazywa się seria wydawnicza 1000Hz, którą w styczniu zapoczątkowały kompilacje Dubin i Katawa Singers, wykonawców, którzy bardzo lokalną muzykę wprowadzali w nowoczesność. O tych pierwszych napisałem spory tekst dla Czasu Kultury, o tych drugich mówiłem w audycji. Nie tylko z tego powodu moją osobowością roku w podsumowaniu RCKL obwołałem Piotra Cichockiego z tej inicjatywy – to po prostu był rok 1000Hz, każda nowa pozycja była strzałem w środek tarczy. Czy były to wymykające się wszelakim klasyfikacjom piosenki WILD/LIFE i Andy'ego One czy bardzo surowe, wręcz etnograficzne nagrania vimbuzy grupy Doctor Kanuski i Kukayi.

W tym samym obszarze – między tradycją a nowoczesnością – od lat porusza się Raul Refree, który na początku roku razem z Liną wydał niezwykle interesujące i obrazoburcze interpretacje fado Amalii Rodrigues, a w marcu ukazał się wyprodukowany przez niego trzeci album Cocanhi, (wtedy jeszcze) tria wskrzeszającego i modernizującego oksytańskie polifoniczne piosenki. Do tego jeszcze nagrał wspólny album z Lee Ranaldo, wyprodukował kilka piosenek na nominowany do Grammy album Ricky'ego Martina, ładną i ciekawą EP Anaju i wreszcie wrócił do współpracy z La M.O.D.A., herosami hiszpańskiej alternatywy spoglądającej z czułością na tradycję. Nieprzypadkowo to od niego zacząłem swój tekst o flamenco heterodoxo towarzyszący pracom Raula Cantizano i duetu Voluble dla Instytutu Cervantesa.

Wiem, że się powtarzam, ale nie ma dla mnie od kilku lat ważniejszego nurtu niż modernizowanie, nadawanie tradycji nowych kontekstów i wykorzystywania jej do tworzenia całkowicie współczesnych, autonomicznych wypowiedzi. Często bywa tak, że muzycy zmierzają do niej okrężną drogą, jak Jrpjej, którzy do muzyki czerkieskiej trafili z niezalu, eksperymentów i punka. Kapela ze Wsi Warszawa zabrała się za muzykę Urzecza, mikroregionu, który wdzierał się w Warszawę wzdłuż brzegów Wisły. Z wodą związana jest trzecia płyta Sutari. Z dziedzictwem (i brzemieniem) własnej prababki zmierzyła się Siti Muharam, a jej podbity jazzem i delikatną elektroniką taarab to jedno z najbardziej pozytywnych zaskoczeń minionego roku. Zaskoczeniem nie było, że Meridian Brothers zaskoczyli i tym razem zabawili się cumbią w iście zappowski sposób. Nihiloxica ponownie fascynująco ożenili elektronikę z korzennymi, szamanistycznymi rytmami z Afryki Wschodniej, a Groupe RTD w wielkim stylu przypomnieli jedno z moich ukochanych zjawisk –afrykańskie orkiestry rządowe, w tym wypadku państwowego radia i telewizji w Dżibuti. Marion Cousin po raz drugi zabrała się za muzykę hiszpańską – tym razem z Estremadury z towarzyszeniem eksperymentalnego duetu Kaumwald. Bardzo klasyczne interpretacje klasycznej muzyki perskiej (ale też nie do końca, bo w składzie mają violę da gamba), które trafiły na Persienne d'Iran żeńskiego kwintetu Atine był moim odkryciem końcówki roku. Evritki Zygia muzykę Tracji wzbogaca o syntezatory i robi to w bardzo psychodeliczny sposób.

W stronę słońca

Pierwsze zamkniecie spędziłem między innymi z czwartą płytą balearskiego zespołu Da Souza – idealnie wakacyjnym indie popem, skrzącym się barwami i językami wybrzeży Morza Śródziemnego. Dalej wybrali się autorzy mojej polskiej płyty roku, Tropical Soldiers in Paradise, którzy zahaczyli o Karaiby, Afrykę Zachodnią, Brazylię, a wszystko zespolili lepkim jak guma nadwiślańskim lipcem. Na brazylijską plażę skąpaną syntezatorowym słońcem wybrał się Kuba Ziołek, w tym samym kierunku, trochę bardziej na północ skierowała się Clea Vincent. Z zimnej Szwecji pod metaforyczne palmy wybrał się Daniel Ogren. W prawdziwe tropiki z Nowego Jorku wybrali się Asa Tone i na Jawie ożenili gamelan z ambientem i minimalem (wiadomo, że nie pierwsi zresztą), a to połączenie okazało się wcale nie takie tymczasowe, jak sugeruje tytuł. Songhoy Blues pokazali, że serce rocka bije na spalonym słońcem Sahelu.

Spojrzenie z przeszłości

Jak co roku dużo dobra działo się w reedycjach i archiwaliach. Żałuję, że nie napisałem nic o Dotyku Renaty Lewandowskiej, wydanym (bo przecież nie przypomnianym, to premiera, choć nagrania mają ponad 40 lat) przez Astigmatic Records i The Very Polish Cut Outs. Pocieszam się tym, ze bardzo ładnie zrobiłto Paweł Klimczak dla Dwutygodnika. Bongo Joe przypomnieli postać kaukaskiego króla gitary, Rustema Quliyeva oraz Pedro Limę, legendę z Sao Tome. Jednym z moich odkryć roku jest izraelski szał na muzykę grecką sprzed pół wieku i przypomniany przez Fortuna Records album Koko, marokańskiego żyda, który postanowił nauczyć się śpiewać i grać po grecku. Zostańmy na chwilę na Bliskim Wschodzie – francuska oficyna WeWantSounds regularnie wznawia arabskie klasyki – w zeszłym roku Marifti Feek Fairuz i Oriental Music egipskiego magika syntezatorów Omara El Sherei. Inni moi ulubieni archiwiści, londyńczycy z Death Is Not the End wygrzebali w 2020 fińskie robotnicze pieśni z Nowego Jorku oraz absolutniegenialną czwórkę Aziza Baloucha – postaci, która zasługuje na własny film. Teoretyk i praktyk flamenco z Sinhu w dzisiejszym Pakistanie, swoje dorosłe życie spędził między Gibraltarem a Londynem, a jego zachwycali się wszyscy. Rok 2020 przyniósł też reedycję Знаєш як? Розкажи Svitlany Nianio i Oleksandra Jurczenki, avantfolkowej perełki z Ukrainy, bliskiej naszemu Księżycowi. Nie mogę również nie wspomnieć o Aichy Maalema Mahmouda Ghanii. Ten pięknie surowy i transowy album przypomniała oficyna Hive Mind. Nie przegapcie go.

Girls to the Front

Przez dobre kilka miesięcy 2020 byłem pewien, że moją płytą rok będzie Saint Cloud Waxahatchee, ale Jaar i Praed Orchestra! byli niczym z innej ligi. Niemniej, powrót Katie Crutchfield do muzyki swojego dzieciństwa, country, od którego uciekała przez prawie całą swoją muzyczną karierę był bardziej niż udany. W jej indierockowe buty śmiało wchodzi debiutująca Samia – tak pięknie smutnych piosenek, jakie znalazły się na The Baby nie pisze się łatwo. Pięknie smutne były również w tym roku Frances Quinlan i Julia Marcell, z dwóch wersji językowych Skull Echo wybieram polską.

Liraz wzywała irańskie kobiety do walki i oporu, modernizując przy okazji idiom przedrewolucyjnego perskiego popu, a Mentrix jedynie z kilkoma syntezatorami i bębnami obręczowymi nagrała swój własnymanifest. Mocne, feministyczne głosy przychodziły też z Afryki – historia Star Feminine Band z Beninu to materiał na film (nastoletnie dziewczyny po lekcjach uczyły się grać na instrumentach, by nagrać ten album), Emel Mathlouthi oprócz nowych piosenek przygotowała covery swoich ukochanych utworów, francuski producent Rrobin razem z Les Mama du Congo nagrał poruszającą płytę, Francuzi odegrali dużą rolę w debiucie Bab L'Buz, ale nie przyćmili fenomenu Yousry Mansour. W ostatnich tygodniach roku zachwyciła mnie Yumi Ito i jej wysublimowane piosenki.

Inne pieśni

O fenomenie Telas Jaara pisałem wyżej, ale nie tylko on przekraczał granice. Piotr Kurek zrecyklingował samego siebie i z muzyki napisanej do trzech spektakli złożył intrygująca opowieść o trwaniu tradycji i przezwyciężaniu jej ograniczeń. Kenijski duet Duma nie ograniczał się niczym i nagrali album, o którym nie śniło się filozofom. Raed Yassin (z Praed) sięgnął do nie swoich archiwów i zszył z nich muzykę na wskroś współczesną, ale zakorzenioną w tradycji, trochę w duchu Jerusalem in My Heart. Antonina Nowacka z Indonezji przywiozła pieśni bez słów, które później nagrała w Twierdzy Modlin i chyba nie było bardziej kojącej muzyki w 2020. No, może się z nią równać Soundplaces Deryi Turkana i Sokratisa Sinopoulosa. Dwóch wirtuozów tureckiej kemenczy odbyło podróż ze Stambułu do Stambułu przez Grecję, Morze Egejskie i Izmir. The Angstromers pomogli Chouk Bwa wynieść haitańską mizik rasin na orbitę okołoziemską, Ammar 808 podobny zabieg wykonał na muzyce z południa Indii. Lumpeks doładowali oberki i mazury freejazzową chropowatością, a SK.EIN zasłuchał się w Gdańsku i bazylice mariackiej. Kiev Office zaszyli się na Helu, spoglądali w morze i nagrali swoją najlepszą płytę.

Same sztosy

2020 był zdecydowanie rokiem Astigmatic Records. Dwa świetne albumy Błota (Kwiatostan podoba mi się odrobinę bardziej niż Erozje), EABS reinterpretujący muzykę Sun Ra, zaskakujący Bennelux i wreszcie genialny Dotyk. Nauczyłem się ufać im w ciemno, tak, jak i moim ulubionym Szwajcarom z Les Disques Bongo Joe, ale oni w zeszłym roku postawili bardziej na single niż albumy. O moim entuzjastycznym stosunku do 1000Hz już wiecie, w ciemno ufam też Jankowi i Paulinie z Mondoj, a Coastline Northern Cuts osładzają ból po stracie Lado ABC i Instant Classic.

Na ulicy

To był także rok protestów na całym świecie. Black Lives Matter w USA, protesty przeciwko brutalności policji we Francji, w Polsce również było gorąco, szczególnie jesienią. Chyba pierwszy raz za mojej pamięci masowe protesty w Polsce miały swoją wyrazistą muzykę. Do tej pory nie rozumiem, jak jednym z hymnów protestów stały się Call on Me i jej przeróbka przez Cypisa, którego twórczość raczej nie kojarzy się z postulatami Strajku Kobiet. Na szczęście lepszych protest songów nie brakowało – o nich pisałem w Czasie Kultury w listopadzie.

Nowy monopol?

Nie było dalekich wojaży, nie było koncertów i festiwalu, więc kupowałem w 2020 więcej muzyki niż zazwyczaj. Przede wszystkim na Bandcampie, który od lat jest platformą pierwszego wyboru dla niezależnych artystów i wydawnictw, a teraz, w pandemii, jeszcze wzmocnił swoją pozycję. Również dzięki wprowadzeniu Bandcampowych piątków – przez większość pierwszych piątków miesiąca serwis rezygnował ze swojej prowizji, by wspomóc pozbawionych źródeł dochodów muzyków. Przez prawie cały rok robiłem swoje przewodniki po specjalnych wydaniach i zapowiedziach premier na #bandcampfriday i będę je kontynuował w tym roku, tak długo, jak będzie trwała ta akcja. Jej skuteczność podważa Piotr Tkacz w najnowszym Glissando poświęconym internetowi (i ja się z nim do pewnego stopnia zgadzam. Rozmowy, którą z Emilią Stachowską, Piotrem i mną przeprowadziła Wiola Żochowska możecie posłuchać w archiwum audycji Radia Kapitał). Do tego samego numeru napisałem tekst o internetowych archiwach, o tym, co się dzieje z muzyką w internecie i o poprzednich platformach, które był na dobrej drodze do zmonopolizowania obiegów muzyki (tak przecież działa internetowy kapitalizm, zwycięzca może być tylko jeden) i co się z nimi stało.

I to chyba na tyle. Wszystkie moje ulubione płyty 2020 znajdziecie tutaj.