niedziela, 29 marca 2015

Miejcie na nich oko: Siberi


Siberi, rozpięty między Korsyką, Uralem a Berlinem solowy projekt francuskiego muzyka Juliena Saumande można postawić obok Amerykanów z .inc, czy islandzkich eksperymentujących folkowców. Rozmyte brzmienie, leniwe rytmy, plamy syntezatorów, sypialniany klimat. Gdzieniegdzie zabrzmi gitara akustyczna. To muzyka krucha, intymna. Swoją twórczość określa jako dark r&b, co dobrze oddaje jej charakter, choć bywa zaskakująco słoneczna, jak w Dive. I, co zapisuję mu na plus, zręcznie żongluje angielskim i francuskim.




niedziela, 22 marca 2015

Gdzieś dalej, gdzie indziej

Dariusz Czaja, między opowieściami o szalonym księciu, podróżami śladami Muratowa i Tarkowskiego, rozmyślaniami o architekturze baroku, religijności i cudach, w Gdzieś dalej, gdzie indziej, zbiorze esejów o południu Włoch, odkrywa tajemnicę niezwykłej siły przyciągania nagrań terenowych:
Pamiętam swoje osłupienie, kiedy pierwszy raz słuchałem zarejestrowanych przez nich pieśni. (...) Kiedy wsłuchać się w nie mocniej, to łatwo zauważyć, że w tych przybrudzonych, czasem szwankujących wykonawczo wersjach, zapisało się coś żywego i autentycznego. Że w tych nagraniach nie idzie o efekt wykonawczy, ale o ekspresję realnego życia. O potrzebę dania świadectwa albo zapisania świata, o którym się wie, że odchodzi. Bohaterowie tych płyt nie występują, nie koncertują, niczego nie odgrywają, ale wyrażają. Na płytach słychać kawałek życia uchwycony w jego nielakierowanej wersji. Nieprzeznaczony do estetycznej delektacji. Może ta muzyka nie daje tak wielkiej satysfakcji, co materiał obrobiony muzykologicznie i wykonawczo, ale zwyczajnie wzrusza. A czasem łapie za gardło.
Te słowa dotyczą tradycji apulijskiej, w tym tarantelli, ale tak naprawdę można je odnieść do innych nagrań terenowych, czy tych robionych przez wykształconych muzykologów, czy tych przez amatorów i entuzjastów. To właśnie dawanie świadectwa jest tym, co decyduje o wyjątkowości i celowości ich działalności. Uchwycenie chwili i uwiecznienie jej, zatrzymanie w kapsule czasu, uratowanie przed zapomnieniem. 

piątek, 20 marca 2015

Głos z pocztówki


Pierwszy raz usłyszałem Stephanie Hladowski na Cervantine, najbardziej bałkańskim albumie A Hawk and a Hacksaw. Zaśpiewała tam w dwóch utworach, Mana Thelo Enan Andra i Uskudar. Oba po grecku, co zaskakuje w przypadku drugiej piosenki, kojarzonej z całymi Bałkanami, a najbardziej z Turcją. W tych dwóch nagraniach głos Stephanie brzmi, jakby Jeremy Barnes i Heather Trost odnaleźli stare szelakowe płyty z tymi dwoma utworami i postanowili wysamplować wokal do swoich wersji. Lekko drżący, wysoki, przypominał trochę Ritę Abatzi, gwiazdę rebetiko z lat 30. Później trafiłem na wspólny album Stephanie z C Joynesem, gitarzystą, etnomuzykologiem i edukatorem. Na The Wild Wild Berry odgrywali tradycyjne brytyjskie piosenki. Ascetyczne aranżacje, rzadko wychodzące poza gitarę akustyczną i harmonium, uwypuklają delikatność i specyficzną, lekko chropawą barwę głosu Stephanie.

Niedawno trafiłem na EPkę wydaną w 2008 roku, a nagraną cztery lata wcześniej. The High, High Nest powstało jako demo dla niewydanego trzeciego albumu Scatter, psychfolkowego zespołu z Glasgow. Po kilku latach w szufladzie cztery utwory zostały wydane na dziesięciocalówce przez Singing Knives Records. Stephanie towarzyszy brat Chris, lider Scatter Alex Neilson oraz w dwóch utworach Isobel Campbell (wtedy jeszcze z Belle & Sebastian). EPka zaczyna się od zaśpiewanej a capella In the Month of January. I aż dziw, że Stephanie, wtedy przecież dwudziestoletnia, wydobywa ze swojego głosu nuty i drżenia, jakby była widziała w życiu zbyt wiele. Willy O'Winsbury prowadzony przez buzuki Chrisa i wiolonczelę Isobel uwodzi melancholią. Druga strona płyty to już trudniejsze utwory, Stephanie mniej śpiewa, a bardziej melodeklamuje teksty szkockich ballad na tle dronów harmonium i klarnetu. Słychać, jak morska sól smaga skały szkockich gór. Na winylu nie zmieściło się Seven Virgins, utrzymane w klimacie Willy O'Winsbury. Cała EPka to wspaniały wstęp do tradycji muzycznej z Północnej Anglii i Szkocji, innej od tego, co za folk zwykło się uważać.



Stephanie można usłyszeć również na dubowych singlach, ale to zupełnie inna historia.

poniedziałek, 9 marca 2015

W pałacu chanów

Vincent Moon jeździ po całym świecie, nagrywając muzyków. Imponującą listę jego nagrań i podróży można zobaczyć na jego stronie. Oprócz najsłynniejszego projektu, Take Away Sessions, w ramach którego nagrywa artystów alternatywnych, Francuz rejestruje muzykę bardziej tradycyjną i egzotyczną pod nazwą Petites Planetes. Był w Indochinach, Ameryce Południowej, Afryce Wschodniej, Karpatach, Przedkaukaziu (razem z Bułatem Chalilowem z Ored Recordings). Nagrywał na ulicach, polanach, w parkach i kościołach. Specjalnie dla niego śpiewali Tom Ze, Olof Arnalds czy Juana Molina oraz niezliczona liczba anonimowych muzyków, dla których była to jedyna szansa na uwiecznienie. Często to jedne z niewielu nagrań rytuałów i ginących tradycji, bo Vincent upodobał sobie znikające i zagrożone mniejszości.

Moon był też na Krymie, gdzie nagrywał Bułgarów, Ormian, Greków i Tatarów. Efekty tej podróży wydał pod nazwą Traces of Crimea. Tatarski ansambl Maqam zarejestrował w Bakczysaraju, w pałacu chanów. Nagranie rozpoczyna się niepozornie, jakby zespół jeszcze nie skończył się stroić, lekko nieporadnie przygotowywał się do właściwego wykonania. Gdy są już gotowi, klarnet razem akordeonem prowadzą hipnotyczną melodię, trochę turecką, trochę cygańską, płynący rytm znienacka się wykluwa i przenosi na morze stepu. A potem jest tylko magiczniej. Głęboki, nierzeczywisty i zmysłowy głos, przez który przemawiają pokolenia i stulecia. Jakby losy wszystkich krymskich Tatarów splatały się w tym jednym momencie.


Traces of Crimea można za darmo ściągnąć stąd, a cała sesja Maqam dla Petites Planetes jest tu.

niedziela, 1 marca 2015

Dudu Pukwana & Spear - In the Townships




Dudu Pukwana urodził się w 1938 roku, tytułowe townships - specjalne jednostki miejskie przeznaczone dla wysiedlonej niebiałej ludności, jeden z podstawowych instrumentów apartheidu - znał bardzo dobrze. Sam wychował się w jednym z nich, położonym nieopodal Port Elizabeth. Zaczynał od gry na pianinie, by potem przerzucić się na saksofon. Grał w jednym z pierwszych południowoafrykańskich zespołów jazzowych, the Blue Notes. Z powodów polityki segregacji rasowej zespół wyemigrował z RPA do Wielkiej Brytanii. Lider zespołu, Chris McGregor był biały, w przeciwieństwie do pozostałych muzyków i po wielu szykanach ze strony władz, the Blue Notes zdecydowali się na opuszczenie ojczyzny. Po sześciu latach w Europie, rozeszły się drogi muzyków, Pukwana założył wraz z Louisem Moholą i Mongezi Fezą (perkusistą i trębaczem Blue Notes) rockowy skład Assagai oraz free jazzowy Spear, których debiut to właśnie In the Townships.

Ekstatyczny. Taki jest album nagrany w Londynie dla Virgin Records. Od pierwszych dźwięków Baloyi, fortepianowego staccato, do którego niemal natychmiast dołącza wyjący saksofon, In the Townships oferuje mnóstwo uniesień. Gra Dudu jest w zasadzie jedną niekończącą się solówka, blisko w jego frazach zarówno do klasycznego jazzu, jak i pełnego improwizacji free. Pukwana stawia na emocje, nie boi się mocniej zacisnąć zębów na stroiku, ale nie przekracza granicy eksperymentu. Ta muzyka ma się przede wszystkim podobać, dlatego aż skrzy się melodiami i jasnym, pełnym brzmieniem. Dudu saksofonista zachwyca, ale przecież wszystkie partie fortepianu też są jego autorstwa. Fortepian tworzy wraz z sekcją rytmiczną, a może nawet nawet bardziej, fundament In the Townships i jest chyba elementem decydującym o wielkości tej płyty. Pukwana gra niezwykle rytmicznie, fortepian nadaje ton całości kompozycji, prawie każdy utwór zaczyna się od jego dźwięków i dopiero potem na tej podstawie dęciaki zaczynają swoją opowieść. Często grają unisono z fortepianem, wzmacniając frazy i motywy.

Ta muzyka, choć nie nagrywana na setkę, żyje. Wyrywa się z ryzów, nie daje się okiełznać. Tak, tu też ważny jest element transu, zatracenia się w dźwiękach, ale Pukwana i Spear kreują go zupełnie innymi środkami, niż muzycy z Afryki Zachodniej. Repetytywność ustępuje pewnej narracyjności i liniowości, natchnionym frazom, które wydają się spływać na zespół z zewnątrz. Każdy dźwięk oddycha swobodą i afirmacją życia. Tak, słuchanie In the Townships sprawia ogromną radość.