niedziela, 25 listopada 2012

Uskudar 25 XI 2012

1. Bomba Estereo - El alma y el cuerpo
2. Bomba Estereo - Caribbean Power
3. Bomba Estereo - Bosque
4. Chicha Libre - Juaneco en el cielo
5. Chico Trujillo - Gran Pecador
6. Chico Trujillo - Santa Negra
7. Debo Band - Ney Ney Weleba
8. Debo Band - And Lay
9. Alkibar Gignor - Souka Selenam
10. Lewlewal de Podor - Ziarre
11. Babadag - Futro

czwartek, 22 listopada 2012

Lepiej grane

Rok temu, gdy startowała pierwsza edycja Europejskich Targów Muzycznych "Co jest grane" narzekałem na dobór artystów. W tym wydaje się, że organizatorzy poszli po rozum do głowy i postanowili poszukać oryginalniejszych artystów. I tak jutro zagra kilku błyskotliwych debiutantów: Skubas, Mela Koteluk, fantastyczni UL/KR, Enchanted Hunters, do tego Brodka. Ballady i Romanse. W sobotę R.U.T.A., goszczący na zagranicznych festiwalach Fuka Lata, Mitch&Mitch, Napszykłat. Do tego showcase Lado ABC z Babadag na czele. Pojawi się też kilka zupełnie świeżych projektów, niespodzianek.  Tak, to może być reprezentacja polskiej muzyki, która może mieć szanse zostać zauważoną w świecie. Choć, oczywiście, mogłoby być jeszcze lepiej. Boli ponowne pominięcie Muzyki Końca Lata, brakuje też Płynów, które wydały bardzo dobrą płytę w tym roku, a fakt niezaproszenia Niechęci traktowałbym w kategorii małego skandalu. Pominąć taki zespół, w momencie, gdy nagrali niezaprzeczalnie najlepszą polską płytę roku? Bardzo nieładnie.

niedziela, 18 listopada 2012

Folkowy patos

W sobotę jeszcze przeżywałem piątkowy, fantastyczny koncert Garbage, więc zupełnie ominęła mnie informacja, że Dry the River będzie miała support, i że będzie to tres.b, dlatego zupełnie tego nieświadom w Hydrozagadce pojawiłem się chwilę przed 20, czyli chwilę przed samym występem Brytyjczyków.

Krótkim występem  bo trwał niewiele ponad 40 minut, podczas których zabrzmiały wszystkie piosenki z ich tegorocznej debiutanckiej płyty "Shallow Bed". Na bis zeszli do publiczności i zagrali jedną pioasnkę bez żadnego nagłośnienia, w stu procentach akustycznie. Hydrozagadka nadal jest najlepiej nagłośnionym klubem w Warszawie, choć ciągle jest mi w trudno uwierzyć. To tyle z takich suchych faktów.

Najbardziej podczas tego koncertu uderzyły mnie dwie rzeczy. Po pierwsze rozdźwięk między ich wyglądem, a muzyką, którą grają. Najjaskrawszym tego przykładem jest basista. Wytatuowany, brodaty, miotający się po scenie, bardziej pasowałby do jakiejś post-hardcore'owej ekipy. Perkusista w podartej koszulce Danzig, wokalista rodem z jakiegoś zapomnianego grunge'owego zespołu, a tu delikatny folk. No dobrze, może trochę z tą delikatnością przesadziłem, bo przecież były momenty mocniejszego grania, ale wydawały się one tak nienaturalne i przerysowane, że trudno było traktować je poważnie. Raz nawet otarli się o bardzo stereotypowy post-rock. Śmiesznie wyglądało też, gdy wokalista wchodził na centralę w momentach największego "rocka", ale potem schodził z niej delikatnie, by nic sobie nie zrobić. Mogliby się zdecydować, w którą stronę iść, bo teraz stoją w mocnym rozkroku. Choć najzabawniej było, gdy śpiewali a capella cienkimi głosikami. Druga rzecz to ten tytułowy patos, który ze sceny wylewał się hektolitrami, jak, no właśnie, na koncercie jakichś szwedzkich post-rocków na ten przykład.

Żeby jednak nie było, podobał mi się ten koncert. Był taki, hm, fajniutki, to najlepsze słowo na jego określenie. Neilem Youngiem to oni jednak nie są.

wtorek, 13 listopada 2012

Kristi Stassinopolou & Stathis Kalyviotis - Greekadelia


Rzadko zdarza mi się kupować płyty w ciemno. Co prawda, zrobiłem tak przy okazji "Celebration Rock" Japandroids, ale był to naprawdę wyjątkowy wyjątek. Takim samym wyjątkiem jest najnowsza płyta Kristi Stassinopolou i Stathisa Kalyviotisa. A może jest to przypadek jeszcze bardziej wyjątkowy, bo przekonał mnie opis na stronie wytwórni, który (jak zawsze) zapowiadał niepowtarzalne doświadczenia. Choć raz była to prawda.

Wszystkiego, co najważniejsze o tej płycie można dowiedzieć się z jej tytułu. "Greekadelia". Ładnie brzmi i łączy w sobie dwa dominujące elementy muzyki tego duetu. Grają ludowe piosenki z całej Grecji (nie ma tu ani jednej ich kompozycji), a w ich aranżacjach dominuje psychodelia. Oczywiście, nie można się dowiedzieć, że to Kristi śpiewa i gra na tabli i tamburze, a Stathis zajmuje się produkcją sampli, loopów i grą na lauto (czyli greckiej lutni po prostu). Ani tego, że te wersje stoją okrakiem między tradycją i nowoczesnością, jednocześnie będąc bardzo plastycznymi. Wystarczy tylko zamknąć oczy i ujrzeć błękit Morza Egejskiego, gaje oliwne na stokach gór, białe plaże, ale przerażająco puste. Choć to demotika, pieśni ludu, aranżacje na "Greekadelii" są bardzo surowe i zimne. Jednak to zupełnie inna pustka niż na drugiej płycie The XX, nie wynika ona z braku pomysłów, lecz jest swoistym hołdem dla nieprzyjaznej greckiej przyrody. Jest też tym, co najmocniej wprawia w trans, zapętlone dźwięki lauto, monotonny, benzamiętny głos Stassinopoulou, plamy z loopów kierują "Greekadelię na wschód, do Iranu i dalej, do Indii, wydobywając ten pierwiastek greckiej muzyki, na którą przecież Azja miała ogromny wpływ, nie tylko w czasach osmańskich.

Kupiłem "Greekadelię" już miesiąc temu i od tamtej pory słucham jej prawie raz dziennie, co chyba jest w tym wypadku najlepszą rekomendacją.





środa, 7 listopada 2012

Alkibar Gignor - La Paix


Kilka dni przed przeczytaniem artykułu o wprowadzaniu w Azawad prawa szariackiego i wyrugowaniu muzyki, trafiłem na naprawdę fantastyczną płytę właśnie stamtąd. Wiem, uwielbiam wszystko, co pochodzi z Mali, ale Alkibar Gignor nawet na tym tle są wyjątkowi.

Ich debiut zaczyna się od dość typowego pustynnego bluesa w duchu Alego Farki Tourego czy Boubacara Traore. Gdy grają spokojnie są jednym z wielu bardzo dobrych malijskich zespołów. Wszystko zmienia się, gdy podepną swoje gitary do wzmacniaczy. Wtedy przeobrażają się w pełnokrwisty garażowy zespół. Nie wiem, czy to sprawka partyzanckiej jakości nagrań Chrisa Kirkleya z Sahelsounds, ale na pustyni to do tej pory grali tak tylko Inerane. Przesterowane gitary, nerwowa perkusja, dysonanse, skandowane wokale - ten opis bardziej by pasował do jakiejś brooklyńskiej kapeli, a jednak równie dobrze oddaje to, co dzieje się na :La Paix". Oczywiście, malijskość Alkibar Gignor jest niezaprzeczalna i stanowi bardzo ważny element ich muzyki, ale to zupełnie nowe podejście do wielowiekowej tradycji i umiejętne korzystanie z dorobku Tinariwen bez ani grama czołobitności tak częstej wśród tuareskich zespołów sprawia, że zespołu z Niafunke słucha się niezwykle dobrze.

Chłopaki uciekli ze swojego rodzinnego miasta, rzeczywistość znów okazała się silniejsza. Mam jednak nadzieję, że świat jeszcze o nich usłyszy, bo zasługują na to, jak niewielu innych.



piątek, 2 listopada 2012

Kasety vs. dyski


Nadal nagrywasz dema na kasety, po tym, jak całe twoje archiwum rozmagnetyzowało się?

Tak, nadal (śmiech). Staram się jednak coraz częściej korzystać z cyfrowych urządzeń. Mam nadzieję, że twarde dyski trudniej zniszczyć.

czwartek, 1 listopada 2012

Wojna z dźwiękami

Podczas gdy serwisy informacyjne trąbią o niszczycielskiej sile huraganu Sandy, los dopisał tragiczny epilog do nieudanej z perspektywy czasu kolejnej wyzwoleńczej tuareskiej rebelii. Islamiści z Ansar Dine, którzy pokonali separatystów z MNLA na terenach okupowanych przez siebie wprowadzili najsurowszą odmianę szariatu. I zakazali muzyki, więcej pisze o tym Guardian. Z Timbutku, Kidal i Gao, największych  malijskich saharyjskich miast uciekli wszyscy muzycy. Tinariwen nie mają dokąd wracać.