piątek, 30 grudnia 2011

Koncerty 2011

Co rok to więcej koncertów. Pierwsze blogowe podsumowanie to rok 2009 i 140 koncertów. Dwa lata później jest ich pięćdziesiąt więcej. Dlatego zamiast ułożenia tradycyjnej dziesiątki, wybrałem 26 występów. Niekoniecznie w kolejności. Oprócz jednego, bo w tym roku nie miałem wątpliwości, kto zachwycił mnie najbardziej. Z tych koncertów, które pominąłem żałuję przede wszystkim dwóch. Yasmin Levy i Bombino.

Tinariwen
Co tu dużo pisać. Zdecydowanie najlepszy koncert mijającego roku. Porywający, transowy, piękny i surowy. Choć grali jedną piosenkę przez dwie godziny, to nie było mowy o nudzie. Dużo lepszy koncert niż ten z Open'era 2010. Zresztą, już rozpływałem się w zachwytach na ten temat: http://wolnamuzyka.blogspot.com/2011/10/doskonaosc.html

Konono n1
Prawie najlepszy koncert OFFa, niestety musiałem uciec z dyskoteki urządzonej przez Kongijczyków (a potem i Deerhoof) przed końcem, bo czekał mnie wywiad z Brianem Shimkovitzem aka Awesome Tapes from Africa. Namiot po kilkunastu sekundach skakał tak mocno, jak na Souleymanie. I o to w tym wszystkim chodziło, bo katowicki festiwal sponsorowało dla mnie słówko: wiksa.

Le Trio Joubran
Ethnoport to był dobry festiwal, a magiczny koncert Palestyńczyków grających na oud był jego doskonałym zwieńczeniem.

Basia Bulat
Jak się jest z Warszawy, to rzadko trzeba jeździć na koncert poza miasto. Żeby zobaczyć Basię w tym roku musiałem, bo u mnie grała tylko z Arcade Fire. Nie lubię ich, a że Kraków zawsze piękny, to wsiedliśmy w pociąg i pojechaliśmy. Na dworcu widzieliśmy Basię z zespołem, jak czekali na IC, nas zawiozło jak zawsze niezawodne InterRegio. Koncert miał same plusy: na dworze, w fajnym miejscu i wreszcie nikt nie gadał, co było zmorą koncertów Kanadyjki w Kulturalnej. W tym miejscu propsy dla Emi i Cypriana, którzy znów nie mieli konkurencji w kategorii najlepszych promotorów. Na ich koncerty chadza się w ciemno, zapamiętajcie to.

Binoculers
Tak, jak Front Row Heroes byli bezkonkurencyjnym organizatorem koncertów, tak Eufemia klubem. Z małą przerwą wakacyjną, chadzałem tam w tym roku średnio cztery razy w miesiącu na koncert. Od stycznia do grudnia. Grali u nich przede wszystkim artyści u nas kompletnie nieznani, przede wszystkim awangardowi, ale nie tylko. Binoculers to przeurocza Niemka grająca na gitarze smutne, folkowe piosenki. Jak to w E, osób przyszło 13. A było mniej więcej tak:


YACHT
Pisałem już, że tegorocznego OFFa sponsorowała wiksa? Pisałem. To był (prawie) najbardziej wiksiarski koncert festiwalu. Doskonale dyskotekowy występ, któremu nie przeszkodził brak oświetlenia. Dzięki tej awarii, Trójkowy namiot jeszcze mocniej przypominał gorącą amazońską dżunglę. A ja wytańczyłem się do upadłego. Aż szkoda, że nie mogli zagrać bisów, bo zasłużyli na to. Wychodzenia z namiotu z refrenem jednej z ich piosenek na ustach ponadtysięcznego tłumu nie zapomnę nigdy.

Handsome Furs 
W tym roku widziałem ich dwa razy. I nie mogę się zdecydować, który był lepszy. Na obu tańczyłem w pierwszym rzędzie, choć w maju jeszcze nie znałem "Sound Kapital", a wtedy zagrali ją w całości.

Screaming Females
Do tej pory nie wiem, jak w takiej małej dziewczynie może być tyle rokendrola. Prawie najlepsze pankroki, jaki widziałem w tym roku.

Die!Die!Die!
.
Najbardziej kopiące tyłek 27 minut 2011 roku. Najlepsze pankroki. Zdjęcie zrobiła niezastąpiona Frota, choć ma minusa, bo bardziej podobali się jej No Age.

Abe Vigoda
Bardziej niż za sam występ (bardzo fajną dyskotekę zrobili w Powiększeniu) zapamiętam Kalifornijczyków za piwo i Żubrówkę na schodach do klubu. I znów to wszystko dzięki FRH.

Jason Webley
To chyba ostatni koncert zorganizowany przez Emi i Cypriana na mojej liście. Jason wykorzystał te same patenty, co w Gdyni dwa lata temu, ale kameralność klubu sprawiła, że wszystko wypadło z dziesięć razy lepiej.

Live Footage
Ja byłem w Eufemii, Krzysiek w Sopocie. Jemu też się podobało.

Lenny Valentino
Nie udało się w 2006, nie udało się w 2010, udało się teraz. Magia.

3MA
Panafrykańska kolaboracja wirtuozów: Ballake Sissoko, Rajery'ego i Drissa El Malouniego w Poznaniu zagrała doskonale wyważony koncert. Bez niepotrzebnych popisów, z klasą i humorem.

A Filetta
To był chyba najpiękniejszy koncert tegorocznego Ethnoportu. Więcej nie trzeba pisać.

Perunika Trio
A ten gdyńskiej Globaltiki. Podobna formuła, co w przypadku Korsykanów: tradycyjne melodie zaśpiewane a capella. Aż zacytuję sam siebie:
Stare bułgarskie i serbskie pieśni, trzy piękne głosy w otoczeniu morza - to nie mogło nie zadziałać.
The Please
Włosi nie grają nic odkrywczego, ot alt.country. A jednak bardzo się spodobali. Może dlatego, że był to bardzo kameralny koncert - przyszło mniej niż 10 osób. A może dlatego, że to były bardzo piękne piosenki.

Will Samson i Montauk
Ten koncert ma plusa za samo miejsce. Ogródek Eufemii, czyli jednocześnie samo centrum Warszawy, a z drugiej bardzo ciche i spokojne miejsce. Zanurzone w cieniu dwóch drzew, do których bardzo pasowały eteryczne piosenki obu chłopaków z gitarami akustycznymi. Też już o tym pisałem: http://wolnamuzyka.blogspot.com/2011/05/sen-nocy-wiosennej.html

Matthew Dear
Wiksa z Morriseyem na wokalu. Przez niego prawie spóźniłem się na Omara.

Omar Souleyman
Wiksa roku. Publiczność i podłoga w namiocie Eksperymentalnym skakały w rytm szaleńczego dabke.

Cukunft
Z zespołem Rogińskiego zagrała sekcja dęta Balkan Beat Box, czyli można sobie wyobrazić jak było doskonale. Koncert oglądałem z namiotu, bo 1. lipca pogoda była iście listopadowa.

Twilight Singers
Greg wrócił prawie zgodnie z obietnicą. Po koncercie Gutter Twins zapowiedział powrót w 2010 roku, pomylił się o kilka miesięcy. 10 kwietnia nie był najlepszą datą, wiadomo. Do samego końca bałem się, że odwołają w ostatniej chwili. Nie zabrali. Greg z chłopakami zagrali jak zwykle wybornie, setlista była doskonała, świetnie dobrali covery ("Don't Call" Desire - przemistrz), nie zabrakło fragmentów Afghan Whigs wplecionych w piosenki. I na koniec kawałeczek "Number Nine". Greg wracaj szybko. Z Afghanami.

Glass Candy
http://www.uwolnijmuzyke.pl/glass-candy-w-powiekszeniu

Polvo
Naczekałem się na ten koncert. Najpierw od zeszłego roku do sierpnia, potem jeszcze od 16 do drugiej w nocy, bo stali w korku przy wyjeździe z Berlina i nie dojechali do Katowic na czas. Na szczęście znalazło się dla nich miejsce w namiocie eksperymentalnym. Z powodu późnej pory publiczność topniała z minuty na minutę, tak że pod koniec zostali sami szalikowcy Amerykanów (czy może raczej koszulkowcy). W przeciwieństwie do koncertu w Kultu było coś słychać, a oni zagrali zaskakująco stonerowo.

Carusella
Przyjechali praktycznie w ostatniej chwili. Tydzień później mieli groźny wypadek samochodowy, a rehabilitacja zakończyła się decyzją o rozwiązaniu zespołu. A na samym koncercie było tak: http://wolnamuzyka.blogspot.com/2011/02/this-is-jewish-way.html

Fu Manchu
Sześć lat oczekiwania zakończone.



niedziela, 18 grudnia 2011

Pablopavo i Praczas - "Głodne kawałki"

Do tego spotkania musiało kiedyś dojść. Obaj są niespokojnymi duchami. Pablopavo nie wystarczało reggae z Vavamuffin, w dwa lata wydał dwie solówki, na których odszedł z Jamajki do Warszawy i zgłębiał miejskie historie. Praczas eksplorował muzykę etniczną i łączył ją z elektroniką w Masali i Village Kollektiv. Podobne dźwięki zdominowały jego solowy debiut "Sulphur Phuture".

Na "Głodnych kawałkach" Pablopavo w tekstach niczym tak naprawdę nie zaskakuje. Swoją pozycję najlepszego nawijacza i tekściarza w kraju nad Wisłą ugruntował tegorocznymi "10 piosenkami" (choć trzeba przyznać, że konkurencję w tym roku miał silną - nowy Sokół - poza kwadratowym flow - wyróżnia się świetnymi tekstami, solówka Dioxa leci nie tylko na doskonale klasycznych podkładach Returnersów, ale i kunszcie rapera, nowy Mes jest klasą samą dla siebie, choć zdarzają się tam mielizny.) W nawiasie nieprzypadkowo pojawili się sami raperzy, bo chyba do rapu jest najbliżej stylowi Pawła. Na "Głodnych kawałkach" sytuacja jet podobna. Piosenki - opowieści - jak "Szpilki" czy "Boczna" są standardowymi przykładami miejskich historii bez happy endu, w których lubuje się Pablo - zostały poprzeplatane osobistymi, jak "Zadzwonię i powiem" i "Magnez i wapń" oraz próbami publicystyki w stylu "Kupuj". Te ostatnie, momentami nachalne teksty mnie nie przekonują. Co innego dwie ody do muzyki: "Technika gęby", która w trzy minuty rozprawia się z historią opowieści, od czasów najdawniejszych, po hip hop oraz "Karawany" bitów są najlepszymi momentami na płycie. W szczegóły liryczne nie ma się co wgłębiać, musiałbym przepisać całą książeczkę dołączoną do albumu. A, niech będzie tylko jedna fraza: "Będą nam grać wszystkie komety/ i będą nam świecić wszystkie świetliki".

Ze strony Praczasa też nie ma większych zaskoczeń. Podkłady, któe stworzył na "Głodnych kawałkach" są wypadkową jego stylu. Dubowa, a nawet dubstepowa elektronika przeplata się z elementami etnicznymi. "Dziw" zaczyna się  wręcz od techno, by w refrenie przenieść się na Jamajkę. Basowością poraża utwór tytułowy, a "Technika gęby" jest jazdą bez trzymanki, na tle której Pablopavo prezentuje mistrzowski flow. Niezwykle dużo dzieje się w podkładach, nietypowe smaczki pojawiają się co chwilę i zachęcają do kolejnych odsłuchów. Na tle basowych wobble'i przemykają trąbki, azjatyckie wokalizy, arabska lutnia oud, klarnety. To połączenie momentami agresywnej elektroniki z tradycyjnym instrumentarium jest fascynujące. Jednocześnie jest to płyta bardziej "reggae'owa" niż solówki Pablo.

Choć wydawać się może, że dla obu muzyków "Głodne kawałki" są eksploatowaniem sprawdzonych formuł, to jako całość jest zarówno dla Pablopavo, jak i Praczasa czymś nowym.

wtorek, 6 grudnia 2011

Halla Norðfjörð - "Tip Tap"/"When I Go"EP

Internet milczy jeśli chodzi o okładki obu tych płytek, ale trudno mu się nie dziwić, postawa Halli to sztandarowy przykład DIY. EPki wypalone na CD-Rach i zapakowane w poskładane kartki A4 (tak, naprawdę). Wydanie skromne i oszczędne tak samo jak muzyka.

11 piosenek, które znajdują się na "Tip Tap" i "When I Go" opartych jest na najprostszym z możliwych schemacie. Gitara + głos. Wiem, często narzekam na smutasów z gitarami akustycznymi, że nie robią nic oryginalnego że smęty i najlepiej to dać sobie z nimi spokój. Jednak w wypadku Islandki te zarzuty nie mają racji bytu, z jednego prostego powodu. To 11 doskonałych piosenek, zatopionych w północnej melancholii i islandzkiej baśniowości. Proporcje rozkładają się w miarę równie między tymi zaśpiewanym po angielsku a tymi w rodzimym języku Halli. Mnie bardziej przekonują te drugie, bo islandzki ma niezwykłe, eteryczne brzmienie. Utwory przypominają twórczość Seabear, podobnie kojarzą się z zimą i siedzeniem przy kominku. Szkoda, że śnieg nie zaczął w Warszawie jeszcze padać. Ich magia przykuwa uwagę od pierwszych dźwięków i nie pozwala wyłączyć płyt zanim się skończą, a potem jakaś dziwna siła każe włączyć je kolejny raz.

I kolejny.

I kolejny.

PS. muzyki Halli można posłuchać tu: https://www.facebook.com/hallanorth?sk=app_178091127385

PS2. Wyglądajcie jej koncertów w Polsce, ma wrócić w lutym. 

niedziela, 27 listopada 2011

Uskudar 27 XI 2011

1. Bomba Estereo - Juana
2. Caetano Veloso - Nine out of Ten
3. Caetano Veloso - Triste Bahia
4. Os Mutantes - Baby
5. Carlos Libedinsky - La tropilla de la zurda
6. Juana Molina - Los Hongos de Marosa
7. Yma Sumac - Goomba Boomba
8. Cicero - Tempo de Pipa

wtorek, 22 listopada 2011

games people play - "All Is Temporary" EP



Warszawiacy nie gęsi i swój witch house mają.

Właściwie powinno być Polacy, bo wydaje mi się, że nie mieliśmy jeszcze rodzimych przedstawicieli tej sceny, nie licząc HRMNGRNGR, dość skeczowego projektu Warny. No ale mogę się mylić. Nie dotarł do nas szerszą falą chillwave, ciekawe jak potoczy się sprawa z jego mroczniejszym bratem.

Trudno porównywać gpp do Ritualzzz, oOoOO czy Salem. Nie ma przetworzonych wokali, zwolnionych coverów hitów z list przebojów czy fascynacji horrorami. Jasne, muzyka ich muzyka jest oparta na niepokojących brzmieniach syntezatorów, też pojawiają się dziwaczne wokalizy. To zbliża ich do White Ring i Tearist (i oczywiście Crystal Castles). Podobieństwa do tych składów są nie tylko muzyczne. Wszystkie wymienione zespoły wyglądają prawie tak samo. Eteryczna wokalistka, którą coś opętuje na scenie i chłopak za klawiszami.

Warszawiacy odrzucają zaszufladkowanie do witch house'u, wybierając bezpieczniejszą łatkę synth pop. Nie dajcie się jej zwieść. Jeśli synth, t synth punk, choćby w tytułowym kawałku, który pędzi na złamanie karku i maw sobie podobnie hipnotyzującą moc, co "Headless" Tearist. Pod tym względem wybija się też neurotycznie rozedrgane "Borderline". :Klasycznie" witch house'owo jest w "What Is Missing" zapętlonym kawałki z quasi operowym wokalem i rozedrganym "and Nothing After".

Podobnie jak Tearist (od tego skojarzenia nie mogę się uwolnić) są dość pretensjonalni. Może nie mają jak Amerykanie własnego manifestu (a przynajmniej jeszcze go nie ujawnili) to mają silne artystowskie zapędy. "Charme Discret" Ana zaśpiewała częściowo po francusku, tytuł zaczerpnęli z filmu Bunuela, powołują się na Zygmunta Freuda. Normalnie bym ich za to okrutnie zbeształ, ale zbyt mi się podoba ta EPka.


czwartek, 17 listopada 2011

Co jest grane?

Europejskie Targi Muzyczne Co Jest Grane coraz bliżej. Będą konferencje, podpisywanie płyt i inne atrakcje. Będą też koncerty i o nich chciałem napisać. A konkretnie o jednym z nich.

W ramach targów odbędzie się kolejna edycja showcase'u Don't Panic We Are From Poland. Cykl ten ma pokazywać muzyków, którzy mają największe szanse zawojować międzynarodową scenę muzyczną, to jasne. Czemu zatem więc organizatorzy postanowili kolejny raz zawieść drewno do lasu? Wiem, doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że żyjemy w zglobalizowanym świecie i granice powoli znikają, ale czemu organizatory skupili się na wykonawcach, którym łatwo można znaleźć odpowiedników na Zachodzie właśnie. Strasznie narzekam, ale boli mnie, że organizatorzy w większości wypadków poszli na łatwiznę i wybrali hajp.

Najbardziej kłują w oczy Newest Zealand, The Lollipops, Magnificent Muttley i Neo Retros. Chłopaków z Psa bardzo lubię, ale jeśli jednym z naszych potencjalnych towarów eksportowych ma być tribute band późnych RHCP, to źle to świadczy o kondycji polskiej sceny muzycznej.

Tak narzekam, to kogo bym wybrał, pewnie ktoś zapyta. Myślałem o jakichś bardziej "etno" rzeczach, ale wiem, że to nie są takie targi. Tak na szybko, z zespłów, które wydały płyty w tym roku przychodzą mi do głowy kIRk, Daktari, Muzyka Końca Lata (wiem, tu największym problemem może być bariera językowa, ale to nadaje ich muzyce lokalnego kolorytu), Dagadana, Neurasja. O.

Ale po co ja się tak napinam, skoro polską muzykę mają promować takie tuzy rodzimej sceny.


niedziela, 13 listopada 2011

Uskudar 13 XI 2011

1. Le Mystere de Voix Bulgaires - Svatba
2. Pan Ron - Jompang Jet
3. Sinn Sisamouth & Pan Ron - Jasmine Girl
4. Dengue Fever - Only a Friend
5. Ros Sereysothea - Shave Your Beard
6. Baba Zula - Hayde Hayde
7. Stranded Horse - Les axes deregles
8. Criolo - Samba Sambei 

poniedziałek, 7 listopada 2011

piątek, 4 listopada 2011

O co tyle krzyku?

Prawie wszyscy wokół podniecają się drugą płytą Izy Lach. Porcysie, Dejnarowicz Borys, u nas też bardzo entuzjastyczna recenzja. Z początku nie bardzo chciało mi się wierzyć w doskonałość tej pozycji i nie bardzo zaprzątałem sobie nią głowę, a wczoraj rano się przełamałem. Po dwukrotnym przesłuchaniu stwierdzam, że równie dobrze mogłem tego nie robić. Bo "Krzyk" wcale nie jest taki dobry.

Mamy tu kazus "Grandy". Niby popik, ale uśmiechamy się do niezali. Iza ma w tej materii przewagę nad Brodką, że wszystko zrobiła sama. Sama napisała teksty i muzykę, sama wyprodukowała krążek i dlatego jest fajniejsza niż góralka. Mnie taka argumentacja nie przekonuje ani trochę. Samodzielność nijak się ma do wartości artystycznej, a "Krzyk" jest tego najlepszym przykładem. Co z tego, że Iza napisała wszystkie teksty bez niczyjej pomocy, skoro każdy z nich jest wariacją na temat: "on jest zły, ja jestem nieszczęśliwa, ale i tak go kocham". Podkłady rzeczywiście są na czasie i dają radę, ale giną one pod średnimi, infantylnymi tekstami. I wadą wymowy, czy może manierą wokalną. Iza zmiękcza prawie każdą spółgłoskę, co daje groteskowy, quasi-dziecięcy efekt. Lub po prostu sepleni. Rzuca się to w uszy od pierwszych chwil i to nieprzyjemne wrażenie zostaje do samego końca. Mnie to bardzo przeszkadza i rzutuje na odbiór płyty.

Z "Grandą" było tak, że niczego się po niej nie spodziewałem, a zakochałem się w niej od pierwszego przesłuchania. Z "Krzykiem" jest zupełnie odwrotnie, wszędzie zawierucha i opinie, jaka to doskonała płyta, a mnie ani trochę nie rusza.


środa, 26 października 2011

This Is the Club for People Who Hate People

1. Piosenki z tytułu tej notki zabrakło. Bardzo mi się to nie podoba, dobrze, że chociaż Charlotte po koncercie powiedziała mi, że to w sumie jej ulubiony kawałek i że rzeczywiście, mogliby do niego wrócić. Niech tak zrobią.

2. Kurde, czwarty raz byłem na ich koncercie, więc niby powinno przestać mnie to jarać, ale podniecałem się jak małolat. A przecież zawyżałem średnią wieku o 5 lat przynajmniej. Spoko, przyzwyczaiłem się do tego na ich poprzednich koncertach.

3. Zupełnie nie spodziewałem się, że zaczną od "Oh Yeah". Taki strzał między oczy na sam początek trochę mnie zamroczył i nie do końca wiem, jak znalazłem się pod samą sceną. Mam nadzieję, że przy okazji nikogo nie popsułem za bardzo.

4. No właśnie, kiedy ostatnio spędziłem cały koncert wciśnięty w barierki? A, już wiem, w marcu 2010, 27 marca. Tak, na poprzednim koncercie Subways w Warszawie.

5. Wreszcie były dobre supporty. Po żenujących występach Kumki Olik i zupełnie nietrafionym wyborze CF98, Go Ahead wybrał najlepszy zespół, jaki mógł. Black Tapes. Spóźniłem się niestety na ich półgodzinny występ i widziałem ostatnie 3 kawałki, ale dawali radę. Co prawda widziałem ich dużo lepsze występy, chociażby na gwiazdkę w 2009 roku w Jadło (RIP), choć tam okrutnie nawalało nagłośnienie. Za to chłopaki mieli dużo więcej energii, a tutaj miałem wrażenie, że trochę przysiedli. The Computers też całkiem nieźle.

6. W "Turnaround" był circle pit, jak na jakimś hardcore'owym gigu. Szacun. Szacun też dla samego zespołu, który za każdym razem ma tyle energii, że wystarcza mi na cały rok, do następnego koncertu. Nowe kawałki bardzo dobrze wpasowały się w setlistę, ale zaskoczyło mnie to, że "Rock 'n' Roll Queen" nie było na bisie z tym całym krzyczeniem i crowd surfingiem Billy'ego. To znaczy, sterowanie krzykiem publiczności i surfowanie po niej było, ale na "It's a Party". Najbardziej ucieszyła mnie "Kalifornia" i "Oh Yeah". Nadal nie mogę przeboleć, że nie było "This Is the Club".

7 No naprawdę myślałem, że za stary jestem na takie zabawy, ale jestem pod wrażeniem, że tak łatwo wkręciłem się pod barierki. Coś dzisiejsza młodzież chyba jest niedożywiona.

8. Gdybym miał kasę, zrobiłbym myk, jak dwa lata temu. Pojechałbym na drugi koncert.

9. Ale nie mam, więc tym bardziej muszą szybko wrócić.

niedziela, 23 października 2011

Doskonałość

1. Nie wiem, czy to dlatego, że przez drugą połowę 2010 i prawie cały 2011 słuchałem Tuaregów, czy może to po prostu był lepszy koncert, ale wczorajszy występ Tinariwen podobał mi się dużo bardziej niż ten open'erowy.

2. Może też dlatego, że zaczął się o ludzkiej porze. 

3. A może dlatego, że Tuaregowie przyjechali w mniejszym składzie i mimo że ich ostatnia płyta jest wyciszona i skupiona, postanowili zagrać w Warszawie z mocą najlepszych rokendrolowych składów. 

4. Tak, to chyba dlatego. Piosenki, w których liderował Abdallah ag Alhousseyni pełne były typowo zachodniego rockowego żaru, ale nadal zanurzone w bezmiarze Sahary. W jednym z utworów jego gra na gitarze bardzo przypominała Omara Khorshida. I to był chyba najlepszy moment koncertu. Nie z powodu tego podobieństwa, lecz po prostu muzycy weszli wtedy w największy trans.

4a. Nie był, Mariusz Herma przypomniał mi, że przecież najlepszym momentem koncertu był rap w wykonaniu Alhousseyniego. Naprawdę, zarapował do prostej, dwuakordowej partii swojej gitary i odpowiednio "funkującego" zespołu. Część jego rymów była na pewno francuska, ale wydaje mi się, że przeplatał ją z tamaszek.

5. Ibrahim ag Alhabib opuścił pięć piosenek. Tych pięć, w których pierwsze skrzypce (a raczej gitarę - nie mogłem się powstrzymać) grał Alhousseyni. Kiedy był na scenie, Abdallah stawał się jedynie drugim wokalistą. Z początku wydawało się, że wejście Ibrahima spowodowało większą dawkę melancholii, ale on też pokazał, że hendrixowanie mu nie obce.

6. Co ja się będę dalej rozpisywał? Koncert był po prostu doskonały, dwie godziny minęły niczym chwilka. I tym bardziej żałuję, że nie będzie mnie jutro w Szczecinie.

wtorek, 11 października 2011

Tytan pracy

Wywiad z kwietnia, więc trochę przestarzały, ale i tak wiele mówi o pracoholizmie Branta Bjorka, nawet jeśli większość płyt trafia potem na półkę, by wydał je po kilku latach:

Well I am halfway through on a new record and I’ve got a side project called “Jacuzzi” and it will be an instrumental record, I’ve got two instrumental records set for release this year and of course there is a new solo record that is set for release in the spring of next year or next summer the latest. You know, I’m staying very busy with my own projects as excited as I am to be back with Kyuss and for the new record. I’m still very busy and motivated with my solo work and I’ll be back playing solo shows in Europe next year.

poniedziałek, 3 października 2011

Uskudar 2 X 2011

1. Besquidians - Bez ogródek
2. Vladimirska - Walking Stick
3. Giorgios Dalaras - Ki An Se Thelo
4. Giorgios Dalaras - Ti Agapis Sou To Risko
5. Beirut - Mount Wroclai
6. A Hawk and a Hacksaw - Laughter in the Dark
7. Reinette l'Oranaise - Rejeli M'chete Biya Ou Sebeti Aini

niedziela, 2 października 2011

Spóźniony Chopin

Zeszłoroczny rok chopinowski tak bardzo wyeksploatował postać kompozytora, że dwie dostane płyty wydane właśnie na tę okazję, prawie od razu odłożyłem na półkę. I tak się kurzyły ponad rok, aż przy okazji kupna kolejnej półki na płyty i remanentu z tym związanego, wpadły mi w ręce te dwa krążki. I tym razem dałem im szansę. No i znowu wyszło na to, że powinienem był to zrobić od razu. Bo Chopin na nich jest taki inny.

Obie płyty: "Chopin na 5 kontynentach" i "U źródeł muzyki Chopina" łączy osoba Marii Pomianowskiej. I nieortodoksyjne czy czołobitne podejście do muzyki kompozytora. Pierwsza z nich, jak łatwo się domyślić zawiera utwory Chopina przearanżowane na różne rodzaje muzyki etnicznej: jest Japonia, są Chiny, są Bałkany, jest Afryka, jest Mazowsze. Idea tych przekształceń jest prosta, Maria Pomianowska chciała pokazać, jak mogłaby wyglądać muzyka Chopina, gdyby żył dziś i mógł jeździć po całym świecie. Faktem jest, że każda z 14 tradycji muzycznych została potraktowana dość stereotypowo i bez zaskoczeń. To trochę zmniejsza przyjemność słuchania tego krążka, choć i tak jest on bardzo, no właśnie przyjemny.

Dużo lepiej prezentuje się druga płyta. To też Chopin w innych wersjach niż zwykle. Jednak zamiast podóży po całym świecie, Maria Pomianowska z Zespołem Polskim stara się przełożyć utwory Chopina na język polskiego folku, z którego przecież bardzo korzystał w swojej twórczości. Różne mazurki są uzupełnione muzyką tradycyjną i na nią stylizowaną. Z tym programem Pomianowska jeździ po świecie od 1995 roku i wszędzie ponoć robi furorę. Ale to nic dziwnego, Chopin w tych aranżacjach nabiera aury tajemniczości i swoistej egzotyki, a to zawsze ciekawi i się podoba. Mnie również

niedziela, 25 września 2011

Sunday at Devil Dirt 25 IX 2011

Dzisiaj zastępowałem Majka i Moni z Sunday at Devil Dirt. Wczoraj wypadła 20 rocznica wydania "Nevermind" Nirvany, więc audycja wyszła "wspominkowa"

1. Meat Puppets - Smells Like Teen Spirit
2. Temple of the Dog - Reach Down
3. Soundgarden - Rusty Cage
4. Soundgarden - Face Pollution
5. Pearl Jam - Breath and a Scream
6. Pearl Jam - State of Love and Trust
7. Charles Bradley - Stay Away
9. Midnight Juggernaughts - Come as You Are
10. Mudhoney - Good Enough
11. Mudhoney - Pokin' Around
12. Sonic Youth - Tunic (Song for Karen)
13. Skin Yard - Psychoriflepowerhypnotized
14. Kr'shna Brothers - Night Time Victims
15. Pearl Jam - Release

środa, 21 września 2011

Red Hot Chili Peppers - I'm With You

Disclaimer: Może to i obciach, ale ja ciągle jestem fanem tego zespołu. Nie lubię Johna Frusciante.


Tytuł głosi „jestem z wami”, ale czy my jesteśmy ciągle z nimi?

Nie ukrywam, na wieść, że RHCP wreszcie nagrywają nową płytę i znany jest termin jej wydania, ucieszyłem się jak dziecko. Prawie tak mocno, gdy okazało się, ze John Frusciante odszedł z zespołu w grudniu 2009 roku. Tak, to najprawdziwsza prawda, nie rozpaczałem po nim, bo dla mnie jest on odpowiedzialny za „Stadium Arcadium”, album za długi, za nudny, co prawda ze świetnymi momentami, ale one ginęły w zalewie „gitarowego blasku”. Najlepiej by było po prostu o niej zapomnieć, albo chociaż skompilować sobie te najlepsze momenty, których razem z bisajdami wyszło 13. Płyta to jedno, drugie koncerty. Na nich Frusciante szalał bardziej niż zwykle, ale nic z tego nie wychodziło, w 2007 roku jego solówki i improwizacje stały się powtarzalne i nudne, stały się przeciwieństwem tego, co wyprawiał choćby w 2004 roku (moim zdaniem, najlepszym dla niego). Dowodem na to koncert w Chorzowie, wszystkie solówki były wariacją na temat jednego motywu. Przykre. Tym bardziej jednak była potrzebna zespołowi młoda krew. Wieść o odejściu Frusciantego z ulgą przyjąłem nie tylko ja, ale i Flea, Anthony i Chad, czemu dawali wyraz w wywiadach.
Następcą Frusciantego został dość naturalnie Josh Klinghoffer, idealny sideman, mający za sobą współpracę z Polly Jean Harvey, Gnarls Barkley, Bobem Forrestem w ramach The Bicycle Thief i, co najważniejsze, Johnem Frusciante. Oraz samymi RHCP na drugiej części trasy promującej Stadium Arcadium. Byli z nim w Chorzowie, gdzie Josh dał się poznać jako całkiem niezły perkusista.

No dobrze, tyle historii, czas na płytę, a ta zaczyna się tak, że mam mokro w majtach. Mocno nabijana perkusja, przeciągany wokal, rzężące, przesterowane gitary. Jednym słowem (no, trzema) „One Hot Minute”, ich najlepsza płyta. A w refrenie przechodzą w dyskotekowy hit. Zakochałem się w tej piosence, podobnie jak miesiąc wcześniej w singlu, „The Adventures of Rain Dance Maggie”, dyskretnie tanecznym utworze opartym na doskonałej jak zawsze pracy sekcji rytmicznej, delikatnie ozdabianą gitarą Klinghoffera.

Właśnie, sekcja rytmiczna na „I’m With You” odgrywa najważniejsza rolę. To ponad godzinny popis Smitha i Balzary’ego. Flea ciągle jest wierny zasadzie, że mniej znaczy więcej i jego partie często są bardzo proste, ale bardzo efektowne i przebojowe, jak w „Look Around”. Smith też nie sili się na ekwilibrystykę, ale jego partie świetnie uzupełniają najrozmaitsze przeszkadzajki. Do tego Flea uczył się gry na fortepianie i większość piosenek została napisana na tym instrumencie.

Zagadką było, jak poradzi sobie Klinghoffer. Frusciante był odpowiedzialny za największe sukcesy zespołu oraz mentorem i przyjacielem Josha. Tę zażyłość słychać na „I’m With You”, styl Klinghoffera ma wiele wspólnych cech z Johnem. Momentami można pomyśleć, że to gra Frusciante. Za swoich najlepszych lat, czyli oszczędnie, ale pomysłowo, bez zbędnych popisów. Klinghoffer różni się tym, że częściej usuwa się w cień, dając miejsce Flea. Słychać też, że bardziej myśli o strukturze całości piosenki niż tylko o swojej partii, bawi się efektami, pogłosami. Gitara nie jest jego pierwszym instrumentem, co uwidacznia się choćby brakiem klasycznych solówek, który były znakiem rozpoznawczym Frusciantego.

Po tym, co napisałem, może się wydawać, że to płyta idealna. Bardzo chciałbym, żeby tak było, ale to nieprawda. Szkoda, że Rick Rubin powstrzymywał ich przed większym eksperymentowaniem, którego echa słychać właśnie w tym rozedrganym początku „Monarchy of Roses” i nieortodoksyjnym graniu Klinghoffera. Znów zawodzi kompresja, ale do tego można się u nich przyzwyczaić i mieć nadzieję, że master na winyl będzie lepszy.

No i trzy piosenki są do wyrzucenia od razu. „Brendan’s Death Song” to miałka balladka, która co prawda rozkręca się pod koniec, ale psuje ją jęczący Kiedis. „Police Station” i „Even You, Brutus?” są po prostu nudne. „On the Corner” ratuje tylko końcówka i wokal Klinghoffera. Na szczęście płyta kończy się udanym i fajnie rozbujanym „Dance, Dance, Dance”.

Ja ciągle jestem z nimi, choć zupełnie się tego nie spodziewałem, myślałem, że premiera nowej płyty RHCP obejdzie mnie tyle, co zeszłoroczny śnieg. Jednak nie, to nadal dla mnie ważny zespół. A płyta jest ich najlepszą od 12 lat. (Co może nie jest jakimś wyczynem, bo wydali w tym czasie dwie płyty.)

poniedziałek, 19 września 2011

1 dodatkowy powód...

By iść jutro i pojutrze na koncert Screaming Females. Pozostałe powody ładnie wyłuszczył Mike z Sunday at Devil Dirt. Ja od siebie dorzucam jeden:

Cortez the Killer — Screaming Females

to chyba najlepszy cover najlepszej piosenki na świecie.

Screaming Females grają jutro w Kulturalnej w Warszawie i pojutrze w Krakowie w Pięknym Psie. Kto nie idzie, przegrał życie.

środa, 14 września 2011

Uskudar 14 IX 2011

Wracamy po miesięcznej przerwie. W programie przede wszystkim panie.

1. Ana Moura - Rumo ao sul
2. Sezen Aksu & Goran Bregović - Gul
3. Kayah i Bregović - Byłam różą
4. Amira Medunjanin - Sevdah
5. Le Mystere de Voix Bulagires - Polegnala E Pshenitza
6. Caci Vorba - Zuhresko Suno
7. Googoosh - Gol Gham
8. Milla - In a Glade
9. Charles Bradley - Lovin' You  Bsby
10. Stranded Horse - Le bleu et l'ether

czwartek, 8 września 2011

This is Sparta

On August 3, 2011, Jim Ward officially announced that Sparta is "awake," in his blog:

Hi everyone- here is the official word from the sparta headquarters-
“Sparta, awake!"
After a three-year “nap,” Sparta will play their first show since 2008 this November in their hometown of El Paso, TX. They’re confirmed to perform on November 17th at Tricky Falls, the newly renovated venue co-owned by frontman Jim Ward. The band – Ward, drummer Tony Hajjar, bassist Matt Miller, and guitarist Keeley Davis – will also head into the studio this fall to begin work on their fourth LP, the follow-up to 2006’s Threes.
Jaram się okrutnie! 

środa, 7 września 2011

11 płyt na pół roku

Wiem, skończył się trzeci kwartał, a ja robię dopiero podsumowanie półrocza. Koncerty i EPki w drodze. Czas na płyty.

Na UM! pojawiło się podsumowanie redakcyjne, ale jego wynik w żaden (no, prawie żaden) nie pokrywa się z moimi wyborami. Jestem w mniejszości, dlatego tutaj umieszczam swój własny, jak najbardziej prywatny ranking.

Świat:

6. Funeral Party - "Funeral Party"
Na początku była tutaj płyta Williama Elliotta Whitmore'a, ale uświadomiłem sobie, że wyszła już w lipcu. Dlatego szybko podmieniłem ją na debiut Funeral Party. Ta płyta zassała mnie jak debiut Japandroids. Z dokładnie tych samych powodów. Niczym nie skrępowane, szczeniackie granie. Różnice są dwie: to dance punk (taki circa 2003) i są z Kalifornii. Nie mogę się od niej uwolnić

5. Foo Fighters - "Wasting Light"
Ameryki nie odkryli, ale to 12 najlepszych piosenek Grohla w jego karierze. Przebił nawet fenomenalną "In Your Honor" i zatarł złe wrażenie po "Echoes Silence Patience & Grace"

4. Fucked Up - "David Comes to Life"
No co ja tu mogę napisać. Opus magnum tego zespołu. Jeśli kiedykolwiek nagrają coś lepszego, będą równi bogom. Jak na razie "rockowa" płyta roku.

3. PJ Harvey - "Let England Shake"
Polly Jean długo przewodziła stawce. Myślałem, że zostanie tak do końca roku, bo Polly nagrała jedną z najlepszych płyt w swojej karierze. Pierwszy raz tak odważnie wypowiedziała się o polityce. I co najważniejsze, zrobiła to bez odrobiny śmieszności, czy ideologicznego bełkotu, który często dotyka artystów zaangażowanych. Panna Harvey zamiast na propagandę postawiła na historie i obrazy. Muzycznie, do czego już wszystkich przyzwyczaiła, zrobiła kolejną woltę, choć pozostała dość blisko "White Chalk". Uwielbiam.

2. A Hawk and a Hacksaw - "Cervantine"
Zagrać muzykę z Bałkanów lepiej niż ich mieszkańcy? Dozgonny szacunek. Ta płyta jest doskonale brawurowa i nostalgiczna, a głos Stephanie Hladowski jest naprawdę anielski. Jeszcze bardziej żałuję, że nie byłem na zeszłorocznym OFFie.

1. Bombino - "Agadez"
Nie czekałem na tę płytę, ciągle myślałem, że Bombino ma status zaginionego. Znalazł się w Burkina Faso. Po resztę tej fascynującej historii odsyłam tu. Płyta nagrana w profesjonalnym studiu, uwypukla melodyczny geniusz Omary, ale klarowna produkcja odziera tę muzykę z aury tajemniczości, którą miała na płycie wydanej dla Sublime Freqencies. Mimo tego, lepszej płyty z tego roku nie słyszałem.


Polska:

5. Elvis Deluxe - "Favourite State of Mind"
Nic wielkiego w sumie, Elvisy nadal kroczą ścieżką wytyczoną przez Kyuss, ale robią z to takim wdziękiem i dystansem oraz dorzucają trochę niczym nieskrępowanej punkowości, ze kupuję bez żadnego problemu.

4. Muzyka Końca Lata - "PKP Anielina"


3. Ten Typ Mes - "Kandydaci na szaleńców"
No świetne rapsy, choć Mes głupio postąpił wybierając na pierwszego singla "Otwarcie", bo na płycie nie ma nic lepszego, potem wszystko porównywałem do tego doskonałego kawałka.

2. Baaba Kulka - "Baaba Kulka"
Strasznie mi głupio, że nie napisałem ich recenzji do UM! Na pewno pojawią się w ostatkach, bo to zbyt dobra płyta, by ją tam przemilczeć. Czemu jest taka dobra? Bo to niczym nieskrępowana zabawa konwencją. Baaba i Gaba wzięli na warsztat hity Iron Maiden i zrobili z nich hity dla każdego. Dla mnie, dla ciebie i dla twojej mamy.

1. Pablopavo i Ludziki - "10 piosenek"
To bardzo warszawska płyta, ale to tylko jedna z jej wielu zalet. Pawłowi i jego zespołowi udało się znaleźć własny, niepodrabialny styl, który nie mieści się w ramach żadnego konkretnego gatunku. Z reggae wzięli pulsację, z hiphopu rytmy i poetykę, którą również zaczerpnęli z miejskiego folku. Jest też trochę rocka. Prawdziwie warszawski melanż gatunków. I nie zapominajmy o naprawdę wyśmienitych tekstach



środa, 24 sierpnia 2011

Uskudar 17 VIII 2011

Znów spóźniona playlista i jeszcze audycja się nie odbędzie, za co serdecznie przepraszam.

1. A Hawk and A Hacksaw - Foni Tu Argile
2. Beirut - Gulag Orkestar
3. Przemek Sokół - Slavic Soul
4. Przemek Sokół - Kamarat
5. Balkan Beat Box - Bulgaria
6. Storsveit Nix Noltes - Odessa Bulgarish
7. Storsveit Nix Noltes - Kopanitsa
8. Firewater - Balalaika
9. Kocani Orkestar - Ibraim Odhja
10. A Hawk and A Hacksaw - At The Vulturul Negru

wtorek, 9 sierpnia 2011

Offfffffffffffffffffffffffffff

1. Tyle "f", bo tyle widziałem koncertów. 35. Oczywiście nie w całości, bo się nie dało, skroblują się te, na których byłem ponad 15 minut.

2. Moi faworyci nie zawiedli. Omar zawiksował namiot eksperymentalny. Ludzi mnóstwo, myślałem, że jak wyjdę ze świetnego koncertu Matthew Deara (aka Morrissey) 15 minut przed końcem spokojnie zajmę miejsce pod sceną. Nie dało się, więc tańcowałem z przodu, ale z boku. Koncert doskonale kiczowaty i taneczny, choć sam Omar pełnił rolę przede wszystkim wodzireja, a za całą muzykę odpowiadał jego kurdyjski współpracownik.

3. Konono n1 widziałem jedynie pierwsze dwa utwory, czyli jakieś pół godziny. Znów namiot eksperymentalny i znów wypełniony po brzegi. Jak wychodziłem, na dodatkowym zestawie perkusyjnym produkował się  Greg Saunier z Deerhoof, potem przyszła reszta zespołu, ale ja wtedy robiłem wywiad z Brianem Shimkovitzem, czyli Awesome Tapes from Africa. Efekty rozmowy wkrótce na Uwolnij Muzykę!

4. Set Briana przeniesiony na scenę główną świetnie zakończył festiwal. Zamiast tanecznie i afrobeatowo było follkowo i czilałtowo. Idealny koniec OFFa.

5. Piątek upłynął mi pod znakiem wiksy: Matthew Dear zachowuje się na scenie jak Morrissey, ale z zespołem zagrali bardzo tanecznie. Jego ostatnią płytę przesłuchałem raz przed festiwalem i na koncercie było dużo lepiej. Gangpol und Mit podobnie. Na płycie to takie trochę pokręcone elektroakustyczne granie, na żywo wiksa na 100%. Czuby z nich okrutne, co podkreślały tylko pokręcone, zboczone wizualizacje. Podobało mi się.

6. Sobota była jedynym dniem, gdy byłem na festiwalu od początku do końca. Od początku, bo chciałem zobaczyć Olivię z telewizji i szósty raz tres.b. Zostałem do końca, bo przesunęli mi Polvo, a przecież założyłem ich koszulkę tego dnia, więc nie mogłem ich sobie odpuścić. I dobrze zrobiłem.

7. Maćkowi Szajkowskiemu powinni ustawowo wyłączać mikrofon. Jego lewacka konferansjerka zepsuła koncert Kapeli ze Wsi Warszawa.

8. Okrutnie znudziły mnie Barn Owl (uciekłem prawie od razu), Destroyer, Low i Neon Indian (oni byli całkiem ok, ale koncert YACHT podziałał na mnie jak sześciopak redbulli, więc było dla mnie za mało tanecznie)

9. Więcej dziś lub jutro, oczywiście na UM!

czwartek, 4 sierpnia 2011

Uskudar 3 VIII 2011

Szybciutka playlista. Widzimy się w Katowicach ;)

1. Perunika Trio - Ah Kolko Oidoh, Maro
2. Perunika Trio - Pripade Tamna Mugla
3. Kel Assouf - Amidinine
4. Kel Assouf - Tinariwene
5. Konono n1 - Wumbanzanga
6. Konono n1 - Konono Wa Wa Wa
7. Omar Souleyman - Mandal Metel Il Sukkar Ala Il Shai

środa, 3 sierpnia 2011

3 koncerty OFFa

OFF nie jest festiwalem muzyki etnicznej/niezachodniej, jednak w tym roku warto, a nawet trzeba wybrać się na trzy "etniczne" koncerty.

1. Omar Souleyman (piątek 23.00, scena eksperymentalna)
Ja już wiem, że to będzie koncert festiwalu, dowiedzcie się i Wy:



2. Konono n1 (niedziela 23.00, scena eksperymentalna)
Genialny, wieloosobowy zespół z Kinszasy, który łączy ze sobą elektronikę, rock i tradycyjne afrykańskie rytmy i melodie. How awesome is that? Bardzo.


3. Awesome Tapes from Africa (niedziela 2.30, scena ekperymentalna)
Prawdopodobnie najdziksza impreza na OFFie. Brian Shimkovitz, nowojorczyk przyjedzie z torbą pełną afrykańskich kaset, a tam: afrobeat, jazz z Nigerii, pop z RPA i bóg wie co jeszcze. Do tego od października AFTA zmienia się w wytwórnię muzyczną. Brzmi bosko. A tu próbka tego, co usłyszymy w nocy z niedzieli na poniedziałek.

Uskudar 27 VII 2011

Mocno spóźniona playlista z greckiej audycji. Dzisiaj wspominki z Globaltiki i troszkę o OFFie.

1. A Hawk and a Hacksaw - Uskudar
2. Georgia Dagaki - Panselynos
3. Yannis Parios - Thalassa
4. Yannis Parios - Pervolaria
5. Yannis Parios - Paranoika
6. Marika Ninou & Vassilis Tsitsanis - Genithika
7. Melina Kana & Sokrates Malamas - Lene
8. Rita Sakselariou - Genithika
9. Thodoros Georgopoulos - Sofia - Athina
10. Thodoros Georgopoulos.- Shope Pesen
11. Yannis Parios - Panagia Mou
12. Alistis Protopsalti - Venithika
13. A Hawk and a Hacksaw - Mana Thelo Enan Andra

niedziela, 24 lipca 2011

Apokalipsa nadchodzi

20 lipca skończył się świat. Pitchfork przypieczętował, to, na co zanosiło się od dawna. Metal już nie jest obciachem w niezal światku. I nie chodzi mi o różnych eksperymentatorów, jakies drone metale, w ostateczności doomowców, lecz o stary, (nie)dobry thrash metal. Jasne, od dwóch, trzech lat metal jest nowym indie, hipsternia łaziła w koszulkach ze Slayerem. Wydawalo się to jednak żartem. A tu indie Biblia wystawia 8.7 reedycji drugiej płyty Megadeth. Czyli powrót i "odobciachowienie" metalu pełną gębą. Pitchforki kiedyś potrafili skasować ze swojego archiwum pochlebne recenzje płyt, które po kilku latach redaktorzy uznawali za obciachowe (choćby Save Ferris). A teraz odwracają pojęcie obciachu i nawet słuchanie thrash metalu nie jest dla młodych gniewnych czymś wstydliwym. Post-modernizm w pełnej krasie.

Czekam na rehabilitację dżinsowych kurtek z ekranami na plecach, Limp Bizkit oraz Iron Maiden.

poniedziałek, 18 lipca 2011

Uskudar 13 VII 2011

Z lekkim opóźnieniem, ale jest playlista z audycji:

1. William Elliott Whitmore - Bury Your Burdens Down in the Ground
2. Tamikrest - Aratan N Tinariwen
3. Terakaft - Aratan N Azawad
4. Kel Assouf - Tin Hinane
5. Kel Assouf - Tinariwene
6. Toumast - Tinahirithin
7. Toumast - You Got Me Floatin
8. Bombino - Assalam Felawan
9. Bombino - Amidine

The Adventures of Rain Dance Maggie

Mój oficjalnie ulubiony zespół wrócił. Bałem się trochę, bo choć wymiana gitarzysty nie mogła im wyjść na złe, to "Stadium Arcadium" jest ich najsłabszym albumem (oprócz dwóch pierwszych, rzecz jasna). Frusciante ciągnął zespół w złą stronę, jego "gitarowy blask" dominował na innymi elementami. To było bardzo złe. Dlatego też koncert w Chorzowie mnie tak bardzo rozczarował. Owszem, miał momenty świetne, w tym "This Velvet Glove", ale zdominowanie setu przez słabe kawałki z SA i postępujące odosobnienie i przekonanie o własnej wielkości gitarzysty sprawiło, że nie mogę zaliczyć tego koncertu do udanych. Nic dziwwnego, że ogłoszenie decyzji o odejściu Frusciantego przyjąłem z wielką ulgą. Zespół też, co w jednym z wywiadów przyznał Flea. Plotki o powrocie do zespołu Dave'a Navarro okazały się tyle ekscytujące, co fałszywe. Nowym gitarzystą został Klinghoffer, współpracownik Frusciantego.

No dobra, koniec tej gadki. Jest już pierwszy singel i to najważniejsze. Udał im się ten powrót. "The Adventures of Rain Dance Maggie" jest piosenką delikatnie funkową, taneczną, z prościutkim, ale bardzo fajnym basem, który trochę przypomina mi Franz Ferdinand. Oszczędna gitara idealnie współgra z prostotą utworu. No, jest dobrze, ale nie mogę się za bardzo podniecać, bo przecież "Dani California" to też świetny singel był. A płyta wiadomo, jaka.

wtorek, 5 lipca 2011

Mokra Euharmonia

1. Pogoda pokrzyżowała mi plany. Chciałem iść na wszystkie koncerty, w końcu byłem tylko na trzech.

2. Szumnie zapowiadane międzyzespołowe kolaboracje zawiodły. Nie, nie chodzi o to, że były nieudane, ale dwie piosenki w sytuacji, gdy można było się spodziewać całego wspólnego koncertu to trochę żal.

3. Te kolaboracje wyglądały tak, że najpierw przez czterdzieści minut grał jeden wykonawca, potem gość wchodził na dwie piosenki, a potem rozpoczynał swój koncert. Słabo. Kapela i Hedningarna zagrali nowe utwory, a Gooral i Mahala Rai Banda postanowili poprzerabiać swoje piosenki. I paradoksalnie to drugie rozwiązanie wyszło lepiej, bo Kapela i Szwedzi są stylistycznie zbyt blisko, by zaskoczyć, a połączenie góralszczyzny, elektroniki, cyganerii i muzyki bałkańskiej wyszło naprawdę egzotycznie i porywająco.

4. To przede wszystkim zasługa Rumunów, których koncert był zdecydowanie najlepszy w piątek. Porywający, taneczny, szołmeński. I te piękne brzmienie dęciaków. No miód, malina.

5. Świetnie wypadł też Cukunft z muzykami Balkan Beat. To była prawdziwa kolaboracja, z zespołem Rogińskiego wystąpiła sekcja dęta BBB. Przez cały koncert. Przygotowali specjalny repertuar. O to właśnie chodziło, ale nikt tego nie ogłaszał w taki sposób.

6. Koncert Kapeli wypadł świetnie, ale Szajkowski mógłby sobie chociaż tutaj darować lewackie przemowy. Za to zaproszenie Nasty Niakrasavej z Białorusi to bardzo miły gest.

7. Hedningarna mnie rozczarowała, a tak na nich czekałem. Spodziewałem się czegoś zupełnie innego, ale to dlatego, ze dawno straciłem z nimi kontakt.

czwartek, 30 czerwca 2011

Uskudar 29.06.2011

Wczoraj zająłem się przede wszystkim koncertami. Tymi, które przed nanmi (numerki od dwa do pięć) i tymi, które za nami (reszta). Relację z EthnoPortu możecie przeczytać na Uwolnij Muzykę!

1. Vladimirska - Werewolf
2. Elbicho - Pa'Ti
3. Hedningarna - Metsin Tytto
4. Kapela ze Wsi Warszawa - Heartbeat
5. Cukunft - 6
6. Le Trio Joubran - Tanasim II (Samir)
7. Yemen Blues - Trape La Verite
8. A Filetta - A canzona di malatta

poniedziałek, 13 czerwca 2011

Nie

Nie, jeszcze nie umarłem. Audycji nie było z powodów różnych, ale wracam już w tę środę. Najprawdopodobniej w piątek jadę do Poznania na Ethno Port, więc spodziewajcie się relacji za tydzień, a zapowiedzi pojutrze.

Do regularniejszych wpisów i recenzji wracam na początku lipca.

niedziela, 5 czerwca 2011

Zło, zniszczenie, apokalipsa i popsuty palec

Tegoroczny Selector dla mnie był dwoma słowami: Crystal Castles. Do bycia die hard fanem dwójki z Kanady przyznaję się bez bicia. To w ramach disclaimera.

Zupelnie nie rozumiem zachwytow nad Does It Offend You, Yeah? Wokalista coś tam pokrzykiwał, między piosenkami raczej bez sensu. Po ostatniej płycie spodziewałem się radosnego dance punka, a dostałem monotonną łupankę (o, zaraz mi się dostanie, że CC to też monotonna łupanka). Znudził mnie straszliwie ten koncert. Z pozytywów: basistka, cover Nirvany i nojzowa końcówka setu.

Za to Crystal Castles przeciwnie. Na gazecie.pl piszą, że zawiedli, że koncert słabszy od open'erowego. SRSLY? Nie wiem, może dlatego, że Alice po publiczności skakała w Krakowie tylko dwa razy, a nie prawie cały koncert. Może dlatego, że "Alice Practice" zagrali w połowie, a nie na koniec. Piątkowy koncert był lepszy od tego sprzed dwóch lat. Czy lepszy od zeszłorocznych nie wiem i do tej pory nie mogę sobie tego wybaczyć. Naprawdę.

Zaczęli od "Fainting Spells". Ścisk jak na Heńku dwa lata temu. Szast, prast i na "Baptism" leżę pod dwudziestką małolatów. Serio. W nodze coś strzyka. Palec boli niemiłosiernie. Strategicznie wycofuję się spod sceny, choć nie przestaję doznawać. Palec raczej w porządku, mogę nim ruszać, więc tańczyć też. Jest nieźle. A oni nie zatrzymują nawet na sekundę swojej apokalipsy. Pisałem w recenzji Dwójki, że CC to muzyka na afterparty po końcu świata. I tak właśnie jest. Zło, zniszczenie apokalipsa. Do tego świetnie zagrane. Ethan i perkusista idealnie. Alice, wiadomo, bardziej zajęta autodestrukcją niż śpiewaniem, ale tych samobójczych zapędów jakby mniej. I "Black Panther", które wynagrodziło brak "Doe Deer". Ten brak to jedyna wada tego koncertu. I był jeszcze bis! A przecież to u nich tak rzadkie.

Ladytron widziałem z 10 minut, ale nawet moja koleżanka, fanka, powiedziała, że słabe. I wyszliśmy. Koniec Selectora dla mnie. Szkoda tylko, że Katy B zagrała drugiego dnia.

czwartek, 26 maja 2011

Uskudar 26 V 2011

Najważniejsza informacją dnia jest koncert Tinariwen w Warszawie. Tuareska legenda wystapi 22 października w Palladium, a juz  w sierpniu wychodzi ich nowa płyta z gościnnym udziałem min. muzyków TV on the Radio.

A teraz playlista:

1. Mahala Rai Banda - Morceau d'amour
2. Gooral - W moim ogródecku
3. Kapela ze wsi Warszawa - U mojej matecki
4. Hedningarna - Mitta Mina
5. Cukunft - 6
7. Aynur Dogan - Incir Agacisin
8. Tinariwen - Intitlayaghen
9. Francis Bebey - Akwaaba

niedziela, 22 maja 2011

Uskudar - 18 V 2011

Będę okropny. Dzisiaj tylko nazwy wykonawców. Ale to najlepsza dziesiątka wakacyjnych artystów, więc sprawdźcie ich  w całości.

1. Firewater
2. Irina Mikhailova
3. Buraka
4. Bonga
5. Amr Diab
6. Ahmed El Sherif
7. Africa HiTech
8. Mahal Rai
9. Bomba Estereo
10. Budios Band

sobota, 14 maja 2011

Sen nocy wiosennej


1. Pisałem już, że Eufemia jest najlepszym miejscem w mieście? Pisałem. Po czwartku podtrzymuje swoje zdanie.
2. W czwartek w E zagrało dwóch chłopaków. Will Samson z Anglii i Patrick Sudarski z Niemiec. Koncert trwał godzinę, a oni przerzucali się piosenkami. Patrick nawet zażartował, że to trochę nie fair, bo jego piosenki są krótkie w przeciwieństwie do tych Willa.
3. Siedzieli po dwóch stronach stolika, na którym stały efekty, dodatkowy mikrofon, kieliszek wina, kubek z herbatą. Obok nich dwie bliźniacze lampy z Ikei. Pod nogami dywan. Nad głowami drzewo. Za plecami drzewo i płot. Bo Will i Patrick zagrali w ogródku.
4. Ten zabieg nadał koncertowi jeszcze większej magiczności. Ciepłe światło lamp, żwirek pod nogami, ciepła wiosenna, miejska noc i dwóch gości z gitarami grających magiczne, wyciszone piosenki. Czego chcieć więcej?
5. Znów, jak to w Eufemii bywa, obawiałem się o frekwencję. I na początku wydawało se, że moje obawy się spełnią. Było 13 osób. Jednak zaczęli dołączać przechodnie, część wchodzila na teren E, część asekurancko stała za płotem, bo przecież wstęp mógł być płatny.
6. Nie był. Po koncercie przeszedł się chłopak z E ze skrzyneczką. Każdy dawał tyle, ile chciał.
7. Wiem, piszę to przy okazji każdego koncertu w E, ale to naprawdę nie moja wina. Koncerty w E są zawsze wyśmienite, jeszcze nie trafiłem na inny. Naprawdę.
8. Foteczka. Robiłem albo ja albo Krzysiek Magura.

środa, 11 maja 2011

Uskudar 4 V 2011

Znów trzeba było chwilę poczekać  na playlistę, ale już jest. Razem z obiecanym utworem Peruniki.



1. Perunika Trio - Bre Petrunko
2. Perunika Trio - Trugnala E Mala Moma
3. Yemen Blues - Trap La Verite
4. Maria Kalimeni - Journey
5. Omar Souleyman -  Li Raja Behawakom (I Beg You, Baby)
6. Aby ngana Diop - Ndadje
7. Charles Bradley - No Time For Dreaming
8. Charles Bradley - The Telephone Song
9. Bombino - Ahoulaguine Akaline (I Greet My Country)



środa, 27 kwietnia 2011

Uskudar 27 IV 2011

Zgodnie z zapowiedzią Uskudar odwiedziło swoją ojczyznę, czyli Turcję. Wszystkie utwory pochodzą ze składanki "Turkish Freakout" wydanej przez Bouzouki Joe. Psychodela w najlepszym wydaniu

1. Okay Temiz - Dukuz Sekiz
2. Kardalar - Cokertime
3. Erkin Koray - Sevdigim
4. Rifat Oncel - Dosta Bizden Selam Olsun
5. Arif Sag - Osman Ehlivan
6. Cem Karaka - Uryan Geldim
7. Sevil and Ayla - Bebek
8. Baris Manco - Hal Hal
9. Ajda Pekkan - Kaderimin Oyunu
10. Ersen - Gunese Don Cicegim
11. Ersen - Cakmagicak 

czwartek, 21 kwietnia 2011

Uskudar 20 IV 2011

Tym razem playlista pojawia się błyskawicznie. Pogadałem trochę o Warszawie i jej muzyce, choc godzina to zdecydowanie za  mało, więc do tematu na pewno wrócę, a za tydzień, tak, jak zapowiadałem Turcja!

1. Grzesiuk - Nie masz cwaniaka nad Warszawiaka
2. Projekt WARSZAWIAK - Do Stolicy
3. Nikt nie ma zioła na Sienkiewicza
4. Eldo - Miejski Folkor
5. Stanisław Grzesiuk - Ballada o Felku Zdankiewiczu
6. Vavamuffin - VavaTo
7. Pablopavo & Ludziki - Warszawa Wschodnia
8. Płyny - Uniwersam Grochów
9. Stanisław Grzesiuk - Z szaconkiem pani Feluś
10. Projekt WARSZAWIAK - Tango Apaszowskie
11. Kapela Czerniakowskiej - Stare Miasto
12. Orkiestra z Chmielnej - Felek Zdankiewicz

środa, 20 kwietnia 2011

Uskudar 13 IV 2011

Znów strasznie spóźniona playlista z zeszłego tygodnia. Konkurs wygrała Magdalena, co już ogłaszałem na antenie.


1. Mumford & Sons - Meheni Rachi
2. Ravinder Grewal - Jiven Kahengi
3. Nusrat Fateh Ali Khan - Mohe Apne Rang Main Rang Le Nijaam
4. Firewater - Bhangra Bros
5. Gopal Shankar Misra - Raga Darbari Kanhra - Drutgat
6. Ravi Shankar - Discovery of India
7. Jelly - Doliya Ch Jaan

Warszawiacy jak Ślązacy

Ślązakom nie wystarcza bycie grupą etniczną. A Warszawiakom? Czy jest jakieś odrębne poczucie tożsamości mieszkańców stolicy? Czy muzyka z Warszawy różni się od tej z innych części Polski? O tym, i o innych aspektach bycia warszawiakiem już dziś od 23 w Radiu Aktywnym. 

wtorek, 12 kwietnia 2011

Indo-chińska rozdajka

Mam do rozdania dwie rzeczy. Książkę o Chinach i audiobook o Indiach.

Książka to: "Płetwa rekina i syczuański pieprz".Książka nie do końca kucharska.
A żeby ją wygrać wystarczy odpowiedzieć na pytanie: Jakie jest największe miasto prowincji Syczuan?

Audiobook to: "Moje Indie" Jarosława Kreta czytane przez autora.
A żeby go wygrać wystarczy odpowiedzieć na pytanie: Muzyka karnatack pochodzi z której części Indii?

Odpowiadamy komentarzami pod wpisem. Wyniki podam jutro na antenie. Jeśli znajdą się chętni.

Uskudar 6 IV 2011

Mocno spóźniona playlista chińskiej audycji wygląda tak:

1. Ying and Yan - Footsteps to The Future
2. Qin Mei Jing Yue - Waterscape Sillhouette
3. Shanghai Chinese Traditional Orchestra - Dragon
4. Hanggai - Four Seasons
5. Liu Fang & Farhan Sabbagh - The Night of Bonfire
6.Mamer - Celebration
7. Salamat Sadikova - Kecki Eskeruu
8. Min Xiao-Fen - Stone Forest Nocturne
9. Kishore Kumar - Zindagi ki yahi reet

czwartek, 7 kwietnia 2011

Starring New York

1. Wiem, nudny jestem. Ostatnio na blogu pojawiają się tylko playlisty i relacje z koncertów w Eufemii. Mam nadzieję, że zostanie mi to wybaczone, tym bardziej, że każdy kolejny koncert w E jest lepszy od poprzedniego. Byłem na siedmiu (z każdego, oprócz przedostatniego - czyli uroczego wspólnego występu Binoculers i The Great Park - jest relacja). Na pocieszenie mogę dodać, że już niedługo dwa wywiady. Jeden sprzed miesiąca (ach ta prokrastynacja!), jeden świeżutki. Tak, zwywiadowałem nie bez trudności Live Footage.

2. I gadałem z nimi do 3 nad ranem. Do zamknięcia, pierwszy raz mi się coś takiego wydarzyło.

3. Co ja mogę napisać o koncercie? Był prześwietny, jak każdy w E. Znajomi już się ze mnie śmieją, że prawie co tydzień mam koncert roku ;). Ale co poradzić, skoro Michał i Zosia robią TAK świetne rzeczy.

4. Live Footage zagrali dwa pięćdziesięciominutowe sety. Serio. W pierwszym same własne kompozycje. Bardzo filmowe, bardzo piękne. Po prostu piękne. Pierwszy raz też widziałem perkusistę, który jednocześnie gra na klawiszach, a swoich partii bębnów nie zapętla. Szaconeczek panie Feluś.

5. Za to wiolonczelista miał mnóstwo pedałów pod stopami. Zapętlał partie swojego instrumentu wte i wewte,  puszczał je od tyłu, zapętlał klawisze perkusisty, modulował brzmienie, podwyższał je o oktawę. Trudno było się w tym wszystkim połapać. Ale nie było to konieczne, jeśli siedziało się na poduszce i kontemplowało tę filmową muzykę.

6. Drugi set to przede wszystkim covery. Był znany z jutuba J Dilla, zabrakło "Empire State of Mind", na które bardzo liczyłem. Nie narzekam jednak, to był najlepszy koncert w E, na jakim byłem.

7. Tak lepszy od Caruselli, ale minimalnie. Zresztą ciężko je porównywać, bo każdy z nich operuje zupełnie innym rodzajem energii.

8. Będzie bootleg, nie ja robiłem, ale będzie.

9. Jest też nagranie z pierwszego setu. O tu: http://pl.justin.tv/fromstage/b/283093794

10. Chodźcie na małe koncerty, kurde. Co prawda frekwencja była całkiem spora (ze 35 osób), to i tak chodźcie.

11. I kupujcie polskie rap płyty.

sobota, 2 kwietnia 2011

Uskudar 30.03.2011

Za mikrofonem usiadł DJ Mauryc, bo ja byłem na koncercie. O którym już wkrótce ;).

A poleciały takie kawałki:
1. Mulatu Astatke - Yegelle Tezeta
2. Gétatchèw Mèkurya - Aynotché Tèrabu
3. Gétatchèw Mèkurya & The Ex & Guests - Ethiopia Hagere
4. Jimi Tenor & Tony Allen - Got My Egusi
5. Konono Nº1 - Paradiso
6. Demdike Stare - Hashshashin Chant
7. Shackleton - Hamas Rule

poniedziałek, 28 marca 2011

Spaghetti western

1. W niedzielę wybrałem się właśnie tam. Do Eufemii. Na koncert Włochów grających country.

2. Na ten sam pomysł wpadło jeszcze 10 osób. To znaczy dziesięć osób siedziało na krzesłach i poduszkach, oglądając i słuchając Włochów. Kilka jeszcze łaziło co chwilę do baru. Ktoś w drodze do palarni przystawał posłuchać ich przez chwilę. Jednak czułem się, jakby to był koncert w czyimś domu, a nie w klubie.

3. Intymna, delikatna, romantyczna muzyka The Please tylko w tym pomagała. Jest ich czworo, trzech chłopaków i dziewczyna. Chłopaki grają na gitarach, basie i klawiszach. Dziewczyna na talerzu perkusyjnym (tak, jednym) i puzonie. Do tego śpiewa. Wszyscy śpiewają.

4. Co kojarzy mi się z Mumford & Sons czy Fleet Foxes, ale najbardziej chyba z koncert Paula Fritha przed Basią Bułat. Z Basią też mają sporo wspólnego.

5. Było bardzo romantycznie i magicznie. Serio, dawno nie czułem takiej magii na koncercie.

6. Co jakiś czas zamieniali się instrumentami. Albo na przykład pan basista wykorzystał swój instrument jako perkusję. Albo kontrabas. Wszystko brzmiało idealnie, ani za cicho, ani za głośno. Obyło się bez żadnych pomyłek.

7. A koncert oglądało kilkanaście osób.

8. To był mój piąty koncert w Eufemii. Jak na razie są bezkonkurencyjni. Moja miłość do Powiększenia, jako najlepszego repertuarowo klubu w Warszawie trochę osłabła. Tym bardziej, że w E jest dużo przytulniej.

9. Chodźcie na małe koncerty.

10. I kupujcie polskie rap płyty.

sobota, 26 marca 2011

Uskudar 23.03.2011

Znów z opóźnieniem.

W ostatnią środę przemieszczaliśmy się między Afryką a Polską.

1. Les Fin'Amoureuses - Uskudar
2. Tartit - Oufous D'ouofis
3. Salif Keita - Samiga
4. Ballake Sissoko & Vincent Segal - Histoire de Molly
5. Dembo Konte & Kausu Kuyateh - Mamma Manneh
6. RUTA - Jak to dawni dobrze beło
7. RUTA - Lament chłopski
8. Kapela ze Wsi Warszawa - Czerwone Jabłuszko
9. Village Kollektic - Romani Chaj
10. Ali Hassan Kuban - Habibi

A w ogóle, to jest to wpis nr 100.

niedziela, 20 marca 2011

King of the road says you move too slow - Fu Manchu, 19.03.2011, Wrocław

1. Z pustynnych bogów zostali mi tylko Fatso Jetson do zobaczenia. I zreaktywowany kyuss.

2. Na początku myślałem, że może zamiast grania "In Search Of..." koncert będzie takim typowym debeściakiem, bo i zagrali "Hell on Wheels", i "Mongoose", i "Bionic Astronautic". Ale po dwudziestu minutach zaczęli grać swoją najlepszą płytę. Było wyśmienicie. Do tego na bis "Godzilla", "Evil Eye" i "King of The Road" Czy mogło być lepiej?

3. Mogło, mi zabrakło "California Crossing" albo "Ampn". Nie, nie narzekam, bo to był naprawdę świetny koncert. No i w sumie aż do samego początku koncertu nie liczyłem na te kawałki. Wiadomo, apetyt rośnie w miarę jedzenia.

4. Najbardziej w latach posunął się Scott Hill, co jednak nie przeszkadzało mu szaleć z gitarą (przez część koncertu moją ukochaną z pleksi) na scenie. Szalał niczym dwudziestolatek.

5. Reszta panów spokojniejsza. To znaczy Scotta Reedera nie widziałem za zestawem perkusyjnym. Cóż, koncerty Brodki nad koncertami Fu Manchu mają jedną zaletę. Nie ma nich wysokich facetów i nikt mi nie zasłania.

6. Sześć lat na nich czekałem. Kiedyś nawet wysłałem im wiadomość na majspejsie (ok, tak, dawno to było) z zapytaniem, czy nie zagrają w Polsce. Odpowiedzieli, że bardzo chętnie, ale nikt im nie chce zorganizować koncertu. I dwa dni wcześniej byli w Warszawie. Mieli dzień przerwy, a Scott Hill ma tu rodzinę. Ależ byłem wtedy zdruzgotany.

7. Wczoraj za to byłem zniszczony. Moc, moc, moc!

8. Support też nawet dał radę, choć zupełnie do nich nie pasował.

9. Miał być bootleg, ale nie będzie. I to jedyny minus tego wieczoru.

piątek, 18 marca 2011

Coldair i Siobhan Wilson - wywiad

Wreszcie udało mi się pokonać własną prokrastynację i problemy techniczne. Wywiad robiony był na spontanie po koncercie tej pary w Eufemii, dlatego jest krótki i niezbyt odkrywczy. Ogromne podziękowania dla Moni z Sunday at Devil Dirt, która wspomagała mnie w rozmowie. I tak naprawdę większość pytań, które przetrwały redakcję pochodzą od niej. Jeszcze raz wielkie dzięki!


Jak się spotkaliście?

Siobhan: Mieszkam w Paryżu, Tobiasz przyjechał na koncert, a ja miałam z nim grać. Wiedząc to, musiałam się z nim umówić na drinka dzień wcześniej. Okazało się, że bardzo dobrze się dogadujemy, koncert wypadł świetnie, więc Tobiasz zaprosił mnie potem do Polski.

Zagracie tylko te kilka koncertów po Polsce?

Tobiasz: Zobaczymy. Na razie jest tak, że Siobhan gra ze mną na pięciu polskich koncertach, ale mam nadzieję, że zagramy razem jeszcze kiedyś.

Siobhan: Tylko jeśli będziesz dla mnie miły (śmiech).

Tobiasz: Zawsze jestem przecież dla ciebie miły.

Tobiasz, czemu zdecydowałeś się na mieszkanie w Krakowie?

Tobiasz: To jakiś pojazd? (śmiech) Moja dziewczyna zaczęła tam studia, a ja chciałem się wyrwać z Sopotu, mieszkać gdzieś indziej, nieważne gdzie. Pojechałem więc z nią. To tak naprawdę jedyny powód, ale jestem zadowolony z tej decyzji.

Siobhan, co robi Szkotka w Paryżu?

Siobhan: Moją płytę wydała wytwórnia z Paryża, mieszkam tam już pięć lat i śpiewam nawet po francusku.

A po szkocku?

Siobhan: Czasem, pod prysznicem (śmiech).

Dzisiaj zaśpiewałaś jedną piosenkę po francusku, co to było?

Siobhan: Jedna z piosenek Tino Rossiego, korsykańskiego kompozytora najbardziej znanego z piosenek świątecznych, jak „Petit Papa Noel” (śpiewa fragment). Napisał też kilka piosenek miłosnych i dzisiaj zagrałam jedną z nich.

Dlaczego ją wybrałaś?

Siobhan: Bo mój chłopak jest pół-Korsykaninem. Jego ojciec powiedział mi kiedyś, że muszę posłuchać Tino Rossiego. Posłuchałam i bardzo mi się spodobały jego piosenki. Są bardzo stare, z lat trzydziestych.

Jak Ci się podoba granie za granicą?

Siobhan: To mój pierwszy raz…

Naprawdę? To jak w takim razie podoba Ci się Polska?

Siobhan: Bardzo. Naprawdę.

Tobiasz: A nie jest tu jakoś strasznie?

Siobhan: Czasem jest, ale tak, jak w każdym kraju.

Tobiasz: Gdy Siobhan przyjechała do Krakowa, to był jej pierwszy dzień w Polsce, był alarm bombowy na dworcu i jakaś panika…

Siobhan: Tak, ale potem piłam z Tobą wódkę i zupełnie o tym zapomniałam (śmiech).

Tobiasz, wydaje nam się, że Twoja muzyka nie brzmi „po polsku”.

Tobiasz: Dla mnie polski sound to zespoły jak Perfect, cieszę się więc, że nie brzmię jak oni. Może to dlatego, że nie słucham polskiej muzyki.

A może to ma związek z zagranicznym pochodzeniem Kyst?

Tobiasz: Nie. Po prostu mieszkałem w Norwegii przez kilka miesięcy. To nie miało nic wspólnego z moją muzyką. Słucham przede wszystkim zagranicznej muzyki i chyba to jest głównym powodem tego, że nie brzmię „po polsku”. Lubię tylko kilku polskich wykonawców.

Jakich?

Sciankę, Kristen, Indigo Tree, Adama Repuchę. I to już wszystko.

Jakie są wasze plany na ten rok?

Tobiasz: Gram na SXSW w Austin z Kyst w Marcu, pod koniec marca wychodzi też nasza nowa płyta, „Waterworks”. W maju wydaję drugą solową płytę. Potem pojeżdżę po Europie, może zagram kilka koncertów z Siobhan we Francji.

Siobhan: Ja nie mam żadnych konkretnych planów. Po prostu granie koncertów.

Tobiasz: Ze mną (śmiech)

Uskudar - 16.03.2011

Z małym opóźnieniem podaję playlistę. Mimo małych problemów technicznych audycja wypadła całkiem nieźle, choć oczywiście nie udało mi się puścić wszystkiego, co sobie zaplanowałem. Z powodu awarii na początku piosenek było tylko dziewięć. Między nimi pogadałem o Tuaregach i ich historii, nawet trochę o kulturze. Pojawił się też palący temat tuareskiej państwowości. Przede wszystkim królowała muzyka tego dumnego narodu. I tradycyjna, i zeuropeizowana.

1. Khadija & Keltoum Othmani, Aichatou Zaghez,  Othman Othmani, Tarzar Benomar - Chelo
2. Group Bombino - Tenere
3. Group Bombino - Imuhar
4. Bombino - Tar Hani - My Love
5. Group Inerane - Nadan Al Kazawin
6. Tinariwen - Kel Tamashek
7. Tamikrest - Aratane N'Adagh
8. Terakaft - Djer Amon
9. Imaran - Aicha

środa, 16 marca 2011

Francusko-amerykański eksperyment w Eufemii

1. Wiem, że to był wtorek, początek tygodnia, zrobiło się zimniej po niezwykle letnim poniedziałku i w ogóle, ale frekwencja była bardzo słaba. Max. 30 osób. I jak potem te mniej znane zespoły mają do nas wracać, skoro nawet małe sale świecą na ich koncertach pustkami? Podobnie było na świetnym koncercie L'Homme Puma w Aurorze cztery lata temu. I od tamtej pory nie wrócili.

2. Mimo tego, FiliaMotSa zagrali świetny koncert. Głośny, noise rockowy, mocno improwizowany i psychodeliczny. Nawet nie zdawałem sobie sprawy, że skrzypce mogą idealnie brzmieć w takiej muzyce. Oczywiście podrasowane różnymi efektami i maszyną do loopów. Emilie czasem nawet grała na skrzypcach, jak na gitarze. Palcami. Każdy utwór kończył się odpowiednim sprzężeniem. I brawami niewielkiej publiczności.

3. Po nich zagrali Inzinzac, których wcześniej nie słyszałem, więc nie wiedziałem, czego się spodziewać. Opis ze strony Eufemii zupełnie mnie nie przygotował na to, co zagrali.

4. Miało być tak:
Trzonem założonego dwa lata temu zespołu jest francuski muzyk i kompozytor Albanie Bailly (gitara). Po za tym występują z nim Dan Scofield (saksofon sopranowy i tenorowy) oraz Eli Litwin (perkusja). Trio gra muzykę określaną jako rough-edged, razor sharp cerebral która ma w sobie również elementy rocka, jazzu, improwizacji, muzyki nowoczesnej oraz rytmów bałkańskich.Są naczelnymi członkami Filadelfijskiego awangardowego podziemia. Ich wybuchowe występy cieszą się nieustającą popularnością w USA.
5. Było tak:
ŁUBUDUBUDUBUDU!!!!

6. Żartowałem. Kojarzyło mi się trochę z Zu, pewnie przez saksofon. Było jeszcze głośniej niż na FiliaMotSie i bardziej pokręcenie. Jak ja bym ich określił? No właśnie eksperymentalny jazz-metal. Momentami bywało bardziej freejazzowo, momentami z tego hałasu wydobywała się ładna melodia. Generalnie było bardzo głośno i bardzo fajnie.

7. Perkusista Inzinzac, Eli Litwin gra jakby miał przynajmniej dwie ręce i trzy nogi więcej. Serio. To on był gwiazdą wczorajszego wieczoru.

8. Ale nie jest Polakiem. A przynajmniej o tym nie wie. Wie, że ma jakieś korzenie w Rosji. To może jednak jest tym Polakiem.

9. Chodźcie na małe koncerty, nie raz, nie dwa pozytywnie zaskoczą.

10. I kupujcie polskie rap płyty.

Jeśli dziś jest środa to jesteśmy w Nigrze i Mali


Dzisiaj druga odsłona Uskudar. Dzisiaj jedziemy na pustynię, posłuchać, czego słuchają Tuaregowie. I posłuchać o nich samych. Będzie i muzyka tradycyjna, i tuareska muzyczna rewolucja. I to prawdziwa rewolucja, bo tuarescy muzycy w ostatnich latach równie często sięgali po kałasznikowy jak po instrumenty. I o tym też będzie.

poniedziałek, 14 marca 2011

Vintage Indie Party

1. Miałem do wyboru pięć koncertów: Plug&Play, Lora Lie, Karate Free Stylers w Śnie Pszczoły, Grandmaster Flasha w Butiklubie, Małpę w Fonobarze i właśnie Vintage Indie Party w Obiekcie.
2. Najbardziej żałuję, że nie było mnie stać na bilety na Flasha. Podobno rozniósł kosmos. Mam nadzieję, że to nie był jego ostatni raz w Warszawie.
3. Hipster metaluchów mogę zrozumieć (ledwo, bo ledwo), ale hipster emo już nie.
4. Ofiar mody było mnóstwo, ale nic dziwnego, to hipsterska impreza.
5. Pierwszy zespół najlepiej wymazać z pamięci. Może i grali w miarę równo, ale strasznie słabo. Rewelacja warszawskiej gitarowej sceny? No way.
6. Nawet udało mi się ich wymazać z pamięci, bo nie wiem, jak się nazywali.
7. Za to tres.b to zupełnie inna bajka.
8. Zagrali w trójkę, bez Stasia, którego widziałem z nimi na premierowym koncercie w Hydrozagadce. Setlista też zupełnie inna. Po równo starych rzeczy i nowych, jeden cover.
9. Może to zabrzmi dziwnie w wypadku tego zespołu i szczególnie ich drugiej płyty, ale było bardzo gitarowo, post-punkowo i głośno. Choć grali tylko w trójkę. O, wiem, było tak, jakby ich nowa płyta składała się tylko z piosenek w stylu "The Other Hand".
10. Zatem był to ich najlepszy koncert, jaki do tej pory widziałem. Są teraz zupełnie innym zespołem niż na płycie.
11. W takim razie ich następny koncert w Warszawie postaram się nagrać.

czwartek, 10 marca 2011

Uskudar - 9.03.2011

Pierwsza audycja już za nami. Mam nadzieję, że nie było jakoś źle. Głębszych przemyśleń nie mam. Poniżej playlista.

1. A Hawk & A Hacksaw - Uskudar
2. Firewater - Six Forty Five
3. Stranded Horse - And The Shoreline it Withdrew
4. Dengue Fever - Thanks-A-Lot
5. Yasmin Levy - Hallelujah
6. Mamer - Proverb
7. Hanggai - Flowers
8. Balkan Beat Box - Marcha de la Vida
9. Omar Souleyman - Li Raja Behawakom
10. William Elliott Whitmore - When Push Comes to Love (Daytrotter)

poniedziałek, 7 marca 2011

Uskudar - start.

Po ponad roku od powstania bloga, wreszcie mogę napisać, po co w ogóle go założyłem. Miał to być blog audycyjny i wreszcie takim się stanie. W najbliższą środę w Radiu Aktywnym od 23 przez godzinę będziecie mogli usłyszeć mnie i muzykę ze wszystkich stron świata. Audycja nazywa się Uskudar. Dlaczego? O tym już w środę o 23 na www.radioaktywne.pl

niedziela, 27 lutego 2011

Będzie głośno

3 głośne nadchodzące nowe płyty. Polskie.

Turnip Farm - All The Tangled Girls



Setting the Woods on Fire - EP


Znajdź więcej wykonawców takich jak Setting The Woods On Fire w Myspace Muzyka

Plum - Hoax

wtorek, 15 lutego 2011

Les Fin'Amoureuses - Marions Les Roses

Dziś znów o tym, co dzieje się poza Ameryką. I o wskrzeszaniu tradycji.

Kilka dni temu przeczytałem w Polygamii (ale nie mogę znaleźć teraz linka, więc musicie wierzyć mi na słowo), że ludzki mózg lubi fantazję tak samo albo nawet bardziej niż realność. I że dlatego ludzie grają, bo stają się bohatermami gier, a normalne życie nie dostarcza już odpowiednich podniet dla mózgu. Czy jakoś tak. Nie o tym miałem pisać przecież. A o fantazji.

Mój mózg też tak ma. Wystarczy, że włączę "Marions Les Roses" i już już przemieszczam się między Prowansją, Konstantynopolem a Jerozolimą. Gdzieś w czasach wypraw krzyżowych. I dobrze wiem, że ani te piosenki nie są tak stare, ani że nie bardzo da się odtworzyć muzykę z tamtych czasów. W niczym jednak to nie przeszkadza mojemu mózgowi fantaście, który bez najmniejszego problemu poddaje się mistyczności tej płyty. Stare sefardyjskie, francuskie i arabskie pieśni poprzetykane psalmami (które są chyba najlepszymi momentami) służą mu za wehikuł czasu,

Mógłbym się rozwodzić nad tym, że Francuzki grają na rekonstruowanych instrumentach, że brzmienie jest tak przestrzenne, że na pewno nagrywały ją w kościele, ale po co. Zbyt piękna jest ta płyta, by ją tak roztrząsać.

poniedziałek, 14 lutego 2011

PJ Harvey - "Let England Shake"


Czemu na blogu, a nie na Uwolnij Muzykę!? Proste, płyta została już zaklepana. Normalnie w takich wypadkach odpuszczam sobie pisanie recenzji, tym bardziej, ze ostatnio cierpię na nadmiar nowych płyt i chyba przestaję wyrabiać. 24 godziny na dobę to zdecydowanie za mało. Do tego trzeba odliczyć 8 godzin na sen, kilkanaście na studia, życie towarzyskie (zawodowego brak) i zostaje jeszcze mniej. A kupka płyt na dysku rośnie. Do tego jeszcze moja legendarna prokrastynacja. No ale dla Polly zrobię wyjątek.

No i tu miała być mega wypasiona analiza tej płyty. Nie wiem czemu, ale łatwiej rozbiera mi się na części pierwsze płyty artystów, z którymi nie łączą mnie tak silne uczucia. Nie, nie bójcie się, nie jestem psychofanem panny Harvey. Po prostu w jej przypadku chłodne, recenzenckie spojrzenie często ustępuje zupełnie nieobiektywnym emocjom. Może więc lepiej, że zostałem ubiegnięty, bo nad recenzją "Let England Shake" męczyłbym się bardziej niż nad nadchodzącą pracą magisterską (tak, jestem starym piernikiem). I wyszedłby pewnie strasznie suchy tekst, zupełnie nie taki, jaki chciałbym napisać, i co ważniejsze przeczytać. Na szczęście od prywaty mam tego bloga.

Data wydania na pewno nie jest przypadkiem. Dziś Walentynki.Z jednej strony święto różowych serduszek, z drugiej św. Walenty jest patronem chorych umysłowo. Polly, wiadomo, ma mocno zwichrowaną psychikę, a przy okazji napisała jedną z najpiękniejszych piosenek o miłości. A teraz chce zatrząść Anglią i zrobić to znienacka. A jaki jest lepszy na to dzień, niż ten, gdy nikt się tego nie spodziewa?

Fascynujące jest to, jak Polly przy okazji każdego albumu wymyśla się na nowo. I wizerunkowo, i muzycznie. Od mrocznej, uszminkowanej feministki przez Polly zakochaną, modną, wyzywającą laskę w sukienkach z nadrukami ikon popkultury (taką lubię ją najbardziej, był to okres mojej ukochanej "Uh Huh Her") do wiktoriańskiej zjawy. Od surowego, garażowego rocka, przez wpływy elektroniki do fortepianowych miniaturek. Przynajmniej od 10 lat z płyty na płytę jest coraz lepiej. 

Z "White Chalk"Polly została cytra akordowa (lub jak kto woli autoharfa), dostojność (a może to już po prostu kwestia wieku), okazjonalne zawodzenie i wiktoriańskie ciuchy. Reszta jest zupełnie nowa. Polly zaczęła korzystać z sampli, i podobnie jak w przypadku fortepianu cztery lata wcześniej, mimo bycia laikiem, ma mnóstwo wyczucia. Wysamplowany, arabsko brzmiący kobiecy wokal w "England" jest chyba najmocniej uderzającym momentem płyty. Reggae w "Written on a Forhead" dodaje trochę słońca. Gdybym miał wybrać jedną, ulubioną piosenkę, po długim wahaniu postawiłbym na "In the Dark Places", które bardzo przypomina moją ukochaną "Uh Huh Her", tyle że dochodzą dęciaki. Dęciaki, które świadczą o wyjątkowości tego utworu i "Let England Shake" w ogólności. Takich gitarowych strzałów jest jak na lekarstwo - jeszcze "Bitter Branches"

Brak gitarowych strzałów niczego oczywiście nie przesądza, to nawet nie jest zarzut. "White Chalk" jest najlepszą płytą Polly, a króluje tam fortepian i cytra. To znaczy była najlepszą. "Let England Shake", choć jest zupełnie nową, inną jakością, wyrasta głównie z "White Chalk" i niezbyt udanej kolaboracji z Johnem Parishem. No i zatrzęsła. Dokładnie tak, jak chciała.

niedziela, 13 lutego 2011

Niech żyje przyjaźń polsko-szkocka

1. Wiem, idiotyczny tytuł. Lepszy już ukradła Monika, ale tak to już jest, jak jest się leniem.
2. Nie wiem, czy to już pisałem, ale wydaje mi się, że najbliżej Jadło jest właśnie Eufemia. I klimatem (choć jest mniej punkowo) i repertuarem. To znaczy, wiem, byłem tam na razie tylko 3 razy, jednak każdy z tych trzech koncertów odbyłby się na Dobrej.
3. Eufemię z Jadło łączy jeszcze jedno. Gadatliwi ludzie pochowani na szczęście po kątach. Zawsze w takich momentach przypomina mi się koncert Kira Kira właśnie w Jadłodajni. Ludzie przy jednym stoliku tak głośno nadawali, że Kira się ich spytała o czym tak żywo dyskutują. Bez skutku, bo ani nie zamilkli, ani nie odpowiedzieli. Na szczęście wcześniej wyszli.
4. Wtedy Islandkę supportował Kyst, w piątek zagrał sam Tobiasz. I jak w przypadku płyty, było dużo lepiej.
5. Najpierw zagrała Siobhan Wilson. Mike'owi i Monice kojarzy się z Tiny Vipers, mnie z Mariee Sioux. Kto ma rację? Nie wiem sam, ale Siobhan nie zna ani jednej ani drugiej.
6. Troszkę za cicho było, ale bardzo, bardzo, bardzo uroczo. I romantycznie. I w ogóle super. Szkoda, że u nas nikt tak nie gra. Dziewczyny, za gitary!
7. Tobiasz, jak już pisałem wypadł dobrze. Chłopak ma potencjał, niedługo nowa płyta Coldair i nowy Kyst. Całkiem nowy, ze starego składu został tylko on i Adam Byczkowski. Do tego doszedł Touchy Mob prosto z Berlina. Chcę zostać przez nich pozytywnie zaskoczony.
8. Banjo! Kocham ten instrument. Kupię sobie kiedyś, obiecuję i będę grał stare country piosenki poprzeplatane z warszawskimi szlagierami.
9. Najlepsze momenty koncertu? Gdy do Tobiasza dołączała Siobhan. Zdecydowanie.
10. Wywiad będzie, gdy pokonam własne lenistwo i prokrastynację. Nawet własna siostra mnie za to dissuje, więc postaram się to załatwić szybko. Nie spodziewajcie się jednak niczego zajebistego. Za dużo gadałem ja. 

piątek, 11 lutego 2011

Trzęsienie Anglii

Na razie krótko, choć już posłuchałem jej lepiej. Generalnie zgadzam się z tym, co napisał Bartek Chaciński na Polifonii. Polly po nieudanej kolaboracji z Johnem Parishem wróciła na szczyt.


A zastanawiałem się, czy nie zmienić w końcu avatara na RYMie. Głupek ze mnie.

czwartek, 10 lutego 2011

This Is The Jewish Way

1. Doczekałem się.
2. Eufemia jest ok na małe akustyczne koncerty. Na większe już nie. Stąd ograniczenie do 90 osób. I filar przed samą sceną - WTF???!!
3. Pierwszy raz byłem w hipsterskiej miejscówce opanowanej przez metaluchów. Dziwne, że świat się nie skończył. Skoro były metaluchy, było i pogo. Na 5 m2. Nowy rekord. Cud, że nikt nie rozbił Caruselli sprzętu.
4. Cud, że zespół nie skończył koncertu po 4 kawałkach, gdy padło z tłumu "sieg heil". Plotki o rzekomej wyższości intelektualnej metali nad dresami okazały się mocno przesadzone. A ja po raz kolejny zostałem uświadomiony, że polactwo to polactwo. I nic tego nie zmieni.
5. Było głośno. Pod koniec trochę za głośno i zbyt piszcząco, choć doomowe wstawki świetne.
6. W tym lub przyszłym roku mają wydać nową płytę. Zastanawiają się nad podwójną. Więcej szczegółów w wywiadzie, który niebawem. W każdym razie mam już swojego faworyta na ten krążek. Piosenkę z cowbellem. Nie wiem, jak się nazywa, ale jest niezwykle taneczna.
7. Tym razem obyło się bez leżenia na podłodze, choć Tamara zrobiła sobie dwie wycieczki w tłum. Potem tylko wskakiwała na perkusję. Której nie widziałem, bo przed sceną stoi filar. Jeszcze raz: WTF?! Lepiej ten koncert wypadłby choćby w Śnie czy Hydro.
8. Ale i tak mi się bardzo podobało.
9. Czego, niestety, nie mogę powiedzieć o Rachael. Słychać było tylko wokal i perkusję. Przykra wpadka z tym nagłośnieniem.
10. Granie na klawiszkach przyłożonych do strun gitary rządzi!

sobota, 5 lutego 2011

Warsaw City Duel

1. Dwa dni, dwa kluby, cztery zespoły, dwa debiuty.
2. Dzień pierwszy: Time Cafe. The Phantoms + The Obligatory Niggers
3. The Obligatory Niggers. NIGGA PLEASE. Było strasznie. Zjarana perkusistka nie bardzo ogarniała, co się dzieje na scenie. Gitarzysta coś tam sobie rzępolił, a wokalista, jak na wokalistę przystało, darł się. Wszystko razem brzmiało, jak nieudana podróbka Monotonix. MASAKRA.
4. Phantomsi zagrali dużo lepiej. Pierwszy raz widziałem ich już z Miguelem w składzie. Wysoki chudzielec dobrze wpasował się swoimi klawiszami w psychodeliczny surf rock zespołu. Szkoda, że nagłośnienie nie dawało rady i wokal Grzegorza czasem niknął, a czasem był za głośno. Fajnie, że chłopaki poszli na koncercie w stronę lekkiej psychodelii. Mocno było czuć kolorowe lata 60., nie tylko z powodu stylówy Phantomsów. Przez moment poczułem się, jakbyśmy przenieśli się 50 lat wstecz. Bardzo dobry, choć źle nagłośniony koncert.
5. Dzień drugi: Sen Pszczoły. Rachael + No Love Lost
6. Miał być też rzaba, ale go nie było.
7. No Love Lost. Hm, za wiele w mojej pamięci nie zostało, a byłem całkiem trzeźwy. To znaczy, w porównaniu  do Obligatory Niggers było miljon razy lepiej. Tylko trochę zbyt poprawnie. No ale to ich pierwszy koncert. A, mają bardzo dużo znajomych ;)
8. Rachael. Było bardziej punkowo niż w Hydro, ale też zdarzały się długie, psychodeliczne odjazdy. Z koncertu na koncert grają coraz lepiej. W piątek był miód malina. I fantastyczna wersja "Summer Dope".

poniedziałek, 31 stycznia 2011

Koncerty 2010

Ostatni dzień stycznia, muszę się spieszyć, bo potem wszelkie podsumowania będą frajerskie ;). Piosenki roku mają się pojawić na UM!, płyty tamże opublikowałem, więc pozostały tylko koncerty. A tych znów było mnóstwo. Co prawda, nie był to aż tak urodzajny rok jak 2009, ale część koncertów odpuściłem z własnej winy (jak ja mogłem nie iść na Crystal Castles - idiota), część mi odwołali, a na OFFa nie pojechałem, bo wojażowałem. Podobnie jak w zeszłym roku 10 najlepszych koncertów. I podobnie jak wtedy, trochę oszukam.

10. Brodka w Palladium/Rachael w Hydrozagadce
Ostatnie miejsce zarezerwowałem dla reprezentacji Polski. I trochę prywaty. Po kolei. Koncert Brodki był zdecydowanie najlepszym polskim występem, jaki widziałem w zeszłym roku. Pełny profesjonalizm. Świetne nagłośnienie. Świetne piosenki, dobrze dobrane covery. Łzy szczęścia Moniki. I "W pięciu smakach" razy dwa. Koncert Rachael to zupełna antyteza występu Brodki. Mały klub, niezbyt powalająca frekwencja. Brzmieniowy brud i niechlujstwo przykrywające momentami popowe melodie. Duża dawka psychodelii i mocnego gitarowego grania. Z koncertu na koncert są coraz lepsi, a po wymianie basisty przeszli na nowy, wyższy poziom (i nie chodzi o to, że Bart złym basistą był, wręcz przeciwnie, ale nie zawsze pasował do psychodelicznego krajobrazu zespołu).

9. Auf Der Maur w Stodole/Dead Weather w Gdyni
Pierwsze oszukaństwo w tym zestawie. Z jednej strony były to koncerty zupełnie różne. Na koncercie Melissy Stodoła świeciła pustkami, Dead Weather oglądały tysiące na Open'erze. Z drugiej były dość podobne. Królował blues. Jeden i drugi koncert był bardzo ciężki i bardzo przebojowy. Jeden i drugi agresywny i mroczny. Jeden i drugi obfitował w zaskakujące covery. Dlatego są w tym zestawieniu razem.

8. Alina Orlova na Targu Węglowym
Wrzesień zeszłego roku był podejrzanie zimny. Ziąb straszliwy, ciągnęło od morza na dodatek. Do tego dwie godziny stania na zimnie, by doczekać się jej koncertu. Dobrze, że Alina wynagrodziła to z nawiązką. Piękny, wzruszający koncert. I długo wyczekiwany.

7. Basia Bułat w Cafe Kulturalnej
Nie lubię Kulturalnej. To znaczy jest dobrym miejsce na pogaduchy i piwko, ale na koncerty słabym. Z dwóch powodów. Po pierwsze: słabe nagłośnienie, które strasznie przeszkadzało na koncercie Polvo. Po drugie: wiecznie trajkocząca publiczność. Nigdy tego nie zrozumiem. Jak można zapłacić za koncert, a potem sobie beztrosko gadać podczas występów. Krew mnie zalewa. I koncert Basi był przegadany. Ale nie przeszkodziło jej to zagrać fenomenalnie, a biorąc pod uwagę fakt, że z powodu wulkanu, zagrała z okrojonym składem, było jeszcze lepiej. Towarzyszył jej tylko Paul Frith (który również był supportem) i Holly. Koncert w grudniu też był wyśmienity, ale niech następnym razem Basia zagra gdzie indziej. Błagam.


6. The Hives w Gdyni
Energia, szaleństwo, buńczuczność. Szkoda, że na ogromnym festiwalu, a nie klubie. Wtedy byliby wyżej. Ale i tak dawno tak nie skakałem na koncercie. A na festiwalu to chyba nigdy.


5. Yawning Man w Od zmierzchu do świtu
W poprzednim roku dwa razy odwiedziłem Wrocław. Za każdym razem, by zobaczyć koncert, na który czekałem kilka lat. W lipcu był to koncert Yawning Man, legendy Palm Desert. Było to wydarzenie tak wiekopomne, że nawet pogoda się dostosowała. Milion stopni, gorąco i słonecznie. Idealna oprawa dla desert rocka. I nawet to, że Mario Lalli się rozchorował i nie przyjechał nie przeszkadzało tak bardzo.

4. Japandroids w Powiększeniu
Najbardziej młodzieńcza płyta 2009 roku i najbardziej młodzieńczy koncert roku 2010. Powiększenie zapełnione w 120%. Ewenement. Średnia wieku 16-17 lat. Ewenement. Pogo pod sceną. Ewenement. Wieczór pogujący pierwszy raz od koncertu Mondo Generator. Ewenement. Godzina pełna hałasu i potu.

3. Brant Bjork w Firleju
Po tym koncercie do zobaczenia całego składu kyussa brakuje mi tylko Scotta Reedera i grubasa. Pulpeta mogłem zobaczyć we Wrocku, ale różne zawirowania pieniężno-organizacyjne sprawiły, że wybrałem tylko Yawning Mana i nie żałuję. Na Branta musiałem pojechać. Czekałem na ten koncert od 2006 roku. Koncert idealny. I jeden z pierwszych moich bootlegów.

2. Pearl Jam w Gdyni
Od momentu ogłoszenia przez Ziółka wiedziałem, że to będzie koncert roku. I miał do tego wszelkie predyspozycje. Świetny przekrojowy set, Ed w bardzo dobrej formie wokalnej. Mnóstwo energii na scenie i pod nią. Zresztą, czy koncert jednego z ukochanych zespołów, zaczynający się od trzech moich ulubionych piosenek może nie być koncertem roku? Otóż może.

1. Lucky Dragons w Powiększeniu
Poszedłem na ich koncert tak po prostu. Na OFFie nie byłem, więc nie wiedziałem, czego się spodziewać. Osób było może ze dwadzieścia. Każdy miał swój własny instrument. No właśnie, na tym polegają koncerty Lucky Dragons. Para rozdaje różne przeszkadzajki, dziwne, chałupnicze instrumenty. Dzięki temu, że frekwencja była niewielka, wszyscy aktywnie uczestniczyli w tym rytuale. I właśnie ta, tak głęboka interakcja sprawiła, że ich występ znalazł się na szczycie podsumowania roku, ale i wysoko w moim rankingu koncertów życia.